Reklama

Hollywood w Tokio

Hollywood w Tokio

22.09.2006
Czyta się kilka minut
Jak zwycięscy Amerykanie potraktowali japońskich zbrodniarzy wojennych? A jak przyjęli to zwykli Japończycy?.
Były premier Hideki Tojo (w środku) oraz jego adwokat, kapitan amerykańskiej armii Beverly Coleman
W

W lipcu tego roku japońska prasa zamieściła nieznaną dotąd wypowiedź cesarza Hirohito sprzed 30 lat, w której sprzeciwia się on temu, aby w świątyni Yasukuni czcić dusze zbrodniarzy wojennych skazanych w 1948 r. przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy ds. Dalekiego Wschodu, zwany Trybunałem Tokijskim (International Military Tribunal for the Far East).

Trudno uwierzyć, że notatki cesarskie odnalazły się po tylu latach przypadkiem właśnie teraz, gdy za sprawą wizyty premiera Koizumiego w świątyni Yasukuni relacje Japonii z sąsiadami - niegdyś ofiarami japońskiej agresji - są najgorsze od lat. Czas pokaże, czy nieżyjący cesarz ma jeszcze posłuch wśród japońskich polityków. Natomiast z Yasukuni rzecz jest o tyle ciekawa, że chodzi o 14 dość przypadkowych osób, skazanych przez Trybunał, który od początku budził kontrowersje.

Najcelniej charakter Trybunału określili sami Japończycy i to na kilka miesięcy przed rozpoczęciem jego prac. Grupa niejakiego pułkownika Matsutani, skupiająca członków japońskiej elity, po serii spotkań w styczniu 1946 r. wydała raport, w którym można przeczytać, że priorytetem Japonii w czasie procesu powinno być utrzymanie Hirohito na tronie cesarskim, i że w tym celu trzeba złożyć ofiarę z kilku wysokich oficerów, których obarczy się winą za wojnę. Spodziewano się też, że Trybunał stanie się "politycznym spektaklem", i że najlepiej wpływać na jego przebieg zza kulis, dbając o dobre stosunki z ławą sędziowską i z prokuratorem.

Raport był oczywiście tajny. Oficjalnie o procesie mówiło się inaczej. "Rozpoczynamy najważniejszy sąd w historii. (...) Stanie się on krokiem milowym w rozwoju nauk prawnych, aby w przyszłości uznać wojnę za przestępstwo i zakazać jej raz na zawsze" - oceniał sędzia Bernard Victor Roling, reprezentujący w Trybunale Holandię.

Amerykanie zadbali o stosowną oprawę. "Główną salę wyłożono ciemnym orzechowym drewnem, pośrodku stoi wielkie podium sędziowskie, przed nim wygodne miejsca dla publiczności. W oczy rzucają się kamerzyści, błysk świateł robi wrażenie hollywoodzkiej premiery" - pisał po pierwszym dniu procesu amerykański korespondent.

Mogłoby tak być, pod warunkiem, że teatralne atrybuty wyostrzałyby ideę Trybunału. Często jednak scenografia służyła tylko za kamuflaż do amerykańsko-japońskiej gry, która z niezawisłym sądem niewiele miała wspólnego.

Sprawiedliwość zwycięzców

Proces ruszył 3 maja 1946 r. Na ławie oskarżonych zasiadł premier z czasu wojny gen. Hideki Tojo, kilku dowódców armii i marynarki, kilku polityków i urzędnicy - w sumie 28 osób oskarżonych o zbrodnie w kategorii "A" (zbrodnie przeciw pokojowi), kategorii "B" (zbrodnie wojenne) oraz kategorii "C" (zbrodnie przeciw ludzkości).

Istotą procesu, tak jak w Norymberdze, stać się miały kategorie "A" i "C". Pierwsza zakładała istnienie japońskiego planu (ang. conspiracy) w celu "wszczęcia agresywnych wojen, aby zapewnić sobie dominację w Azji i na Pacyfiku, podbijając kraje, które były tym zamiarom przeciwne". Należało więc udowodnić, że Japonia idąc na wojnę, nie kierowała się racją stanu (choćby mylnie pojętą), ale prowadziła zaplanowany podbój. W opinii oskarżenia Japończycy mieli taki plan już w 1928 r. Najważniejszym jednak było to, że zarzut zbrodni przeciw pokojowi postawiono przywódcom. Za czyny przypisywane dotąd państwom, odpowiadać mieli teraz konkretni ludzie. I to miał być sens Trybunału oraz lekcja, aby nie wszczynać wojen w przyszłości.

Z kolei zbrodnie przeciw ludzkości łatwiej było udowodnić w Norymberdze niż w Tokio. Azja nie miała swego Holokaustu, trudno nazwać też cesarza "japońskim Hitlerem". Armia japońska mordowała wprawdzie ludność cywilną krajów podbitych, ale nie miało to charakteru planowej eksterminacji. Podczas procesu rozwinięto więc formułę tzw. negatywnej odpowiedzialności. Np. dowódca japońskiej armii w Nankinie gen. Matsui Iwane został skazany na śmierć za zaniechanie zdyscyplinowania podwładnych, którzy dokonali tam masakry tysięcy chińskich cywilów.

Siedem miesięcy potrzebował prokurator na prezentację dowodów i przesłuchanie świadków i oskarżonych. Potem kolej przyszła na argumenty drugiej strony.

Sprawiedliwość pokonanych

Oskarżeni i obrona próbowali podważyć samą istotę Trybunału: jeśli sądzenie przywódców pokonanego kraju jest wydarzeniem bez precedensu, to - argumentowali - Trybunał łamie zasadę, iż prawo nie działa wstecz i jest niczym innym jak zemstą zwycięzców na zwyciężonych.

Generał Tojo mówił w ostatnim słowie, że wojna nie gwałciła ówczesnego prawa międzynarodowego, a on "nie wyobrażał sobie, iż sądzony będzie jako człowiek pokonanego narodu tylko dlatego, że kraj jego bił się w wojnie". Tojo zapomniał, że Japonia spodziewała się procesu od dawna. Ale inne jego argumenty miały swój sens.

Amerykański generał, który oglądał proces z bliska, pisał później: "Za każdym razem wychodziłem z sali rozpraw z poczuciem, że niesłusznym jest sądzić człowieka za spełnianie obowiązków wobec własnego kraju i rządu w czasie wojny. Jestem temu na sto procent przeciwny".

Kontrowersje budził też skład ławy oskarżonych. Według jakiego klucza ich dobrano? Obecność Tojo była nie do podważenia, ale pozostali? Dlaczego nie było tam żadnego z bossów biznesu, nakręcających machinę wojenną? Dlaczego zabrakło ludzi nauki i mediów, odpowiedzialnych za rasistowską ideologię? Co z dowódcami "Oddziału 731", który przeprowadził w Chinach tysiące śmiertelnych eksperymentów na ludziach? Słowem, dlaczego sądzono akurat tych, skoro wina innych była większa?

Nie wszystkie błędy popełniono świadomie. Amerykanie mieli słabe rozeznanie, kto w Japonii pociągał za sznurki, a kto był tylko figurantem. Co więcej, w typowaniu oskarżonych prokurator współpracował z urzędnikami cesarskimi, którzy mogli kierować się osobistymi animozjami. Jest jeszcze opinia głównego oskarżyciela Josepha Keenana: "Nie interesuje nas wymierzenie kary jakiejś pojedynczej osobie, oskarżeni są reprezentantami pewnej klasy lub grupy osób".

Jednak zdominowane przez Amerykanów oskarżenie (w Norymberdze było czterech prokuratorów, każdy z innego kraju, tutaj jeden - z USA) mogło decydować, kogo na ławie oskarżonych zabraknie. Sądu uniknęli np. dowódcy "Oddziału 731"; ich eksperymenty okazały się dla USA zbyt cenne.

Obrona i część ławy sędziowskiej miała więcej wątpliwości: czy hipokryzją nie jest zarzucanie Japonii imperialnych podbojów w sytuacji, gdy Europejczycy wracają właśnie do swych azjatyckich kolonii, porzuconych przez japońską armię? Układ sił w Azji widać było już w doborze sędziów: tylko 4 z 11 było Azjatami. Poza tym, co w roli sędziego robił przedstawiciel ZSRR, który to kraj złamał pakt o neutralności z Japonią i zaanektował Wyspy Kurylskie? Odpowiedź Japończyków mogła być jedna: zwycięzców się nie sądzi.

Te historie nie są w Japonii tajemnicą. Dużo rzadziej w kontekście Trybunału pada natomiast imię ówczesnego cesarza.

Wielki nieobecny

Gen. John Fellers miał do wypełnienia w Japonii oryginalną misję. Przez kilka miesięcy aranżował zeznania więźniów, którzy później zasiedli na ławie oskarżonych Trybunału. Fellers, zaufany gen. MacArthura - dowódcy sił amerykańskich na Dalekim Wschodzie - wyłożył sprawę jasno w rozmowie z admirałem Mitsumasą Yonai: "Byłoby dobrze, gdyby Japończycy mogli udowodnić, że cesarz jest kompletnie niewinny. Szczególnie winą za wszystko obarczyć trzeba Tojo. Mówiąc wprost, chcę, aby Tojo powiedział [na rozprawie] coś takiego: »Jeszcze przed konferencją cesarską podjąłem decyzję, by przeć w kierunku wojny z USA, mimo że jego wysokość [cesarz] był wojnie przeciwny«".

MacArthur, który uparcie i wbrew części amerykańskich ekspertów forsował ideę demokratyzacji Japonii, jednocześnie - i przy poparciu prezydenta Trumana - robił, co mógł, by oczyścić cesarza z wszelkich zarzutów. I udało mu się. Cesarz nie tylko uniknął ławy oskarżonych, ale nie wystąpił nawet w charakterze świadka. Nikt też nie poprosił go o wyjaśnienie na piśmie jego roli w czasie wojny.

Cesarz uznawany był w Japonii za boga i niewykluczone, że MacArthur dał się ponieść japońskiej propagandzie. Górę wziął pogląd, że usunięcie Hirohito lub postawienie mu zarzutów doprowadzi do rozpadu państwa, na co czekają komuniści. Poza tym MacArthur uznał, że Japonię najlepiej reformować przy pomocy cesarza, który będzie mógł oznajmić poddanym, iż demokracja jest dobra. Tymczasem w samej rodzinie cesarskiej nie brakowało głosów, że Hirohito powinien ustąpić. Bo nawet jeśli autorytet tronu potrzebny był w trudnym okresie reform, to panującego zastąpić mógł jego syn Akihito.

Pełna rola Hirohito w czasie wojny jasna nie jest, całkiem bezwolny jednak nie był. Skoro w 1945 r. głos cesarski przesądził o kapitulacji, to znaczy, że miał wpływ na decyzje. Wiadomo też, że cieszył się z sukcesów japońskiej armii i np. po ataku na Pearl Harbor był "w świetnym humorze". To nie zarzut, ale sprzeczność z wykreowanym obrazem pacyfisty.

Nawet jeśli przyjąć, że Hirohito był tylko marionetką w ręku militarystów, wciąż pozostaje kwestia odpowiedzialności moralnej. "Nie będzie na świecie moralności, dopóki cesarz nie abdykuje tak szybko, jak to tylko możliwe" - pisał japoński poeta Miyoshi Tatsuji. Wszystkie czyny armii japońskiej dedykowane były bowiem cesarzowi.

Sam proces przed Trybunałem przebiegł gładko. Wszyscy pytani skwapliwie potwierdzali niewinność cesarza. Tylko Tojo popełnił gafę, zresztą w dobrej wierze: "Żaden japoński poddany, a tym bardziej wysoki oficjał, nigdy nie sprzeciwiłby się woli cesarza" - oświadczył. Kilka dni później, pouczony w celi, zeznania skorygował.

Wyrok zapadł w listopadzie 1948 r. Żaden z oskarżonych nie przyznał się do winy. Sędziowie zdecydowali inaczej. Głosami osiem do trzech wszystkich oskarżonych skazano: siedmiu na karę śmierci, a resztę na dożywocie bądź niższe kary. Egzekucje wykonano 23 grudnia 1948 r. w więzieniu Sugamo. Na wieść o śmierci ekspremiera cesarz zapłakał.

Lekcja prawa

Pomimo wszystko Trybunał był jednak czymś więcej niż tylko farsą rzetelnego procesu. W Japonii nawet dziś sąd pełni rolę mniej eksponowaną niż w zachodnich demokracjach. Ponad pół wieku temu był po prostu fasadowym organem dyscyplinowania społeczeństwa przez opresywne państwo. W tym sensie fakt, że relacje z procesu zbrodniarzy publikowane były w mediach, że wyrok nie zapadł jednogłośnie, a opinie sędziów były jawne, oswajał Japończyków z kulturą prawną Zachodu.

Już same procedury Trybunału mogły szokować. Liberalny intelektualista Yoshimoto Takashi wspominał: "Pamiętam świeże uczucie zdziwienia z tego pierwszego zetknięcia z europejską ideą sądownictwa, tak inną od mglistych procedur naszych azjatyckich sądów. Zamiast odrąbania głowy bez prawdziwego procesu, oskarżeni mogli się bronić, a wyważony werdykt zdawał się być rezultatem jawnych procedur".

Trybunał podzielił lewicę i prawicę w Japonii wedle kryteriów wyznaczonych przez ideologię. Prawica i nacjonaliści nie byli zaskoczeni procesem ani wyrokiem - dla nich był to rewanż na pokonanych. Pogląd, że piękne ideały dobrze wyglądają na papierze, ale w realnym świecie liczą się siła i interesy, potwierdzało również werbowanie przez Amerykanów - jeszcze podczas trwania procesu - japońskich żołnierzy na wojnę z komunistami w Chinach. Owszem, japońska armia dopuszczała się przestępstw, ale w czasie wojny jest to niestety normą. Po Hiroszimie i Nagasaki Amerykanie powinni to wiedzieć.

Japońska lewica zaś, która serio podeszła do procesu, czuła się oszukana. Zaraz po wojnie w liberalnej prasie pojawiały się długie listy zbrodniarzy do ukarania. Można więc pytać, czy nie należało choćby symbolicznie włączyć Japończyków do procesu w roli oskarżycieli? Pacyfizm i idea sądzenia wojennych przywódców zachowały dla japońskiej lewicy swą uniwersalną wartość, ale już bez oglądania się na USA. Po Trybunale japońska lewica na dziesiątki lat pozostanie skrajnie antyamerykańska.

A społeczeństwo? Umęczone latami wojny i życiem w warunkach powojennej biedy przyjęło werdykt Trybunału z bierną akceptacją. Ludzie dość mieli militaryzmu, ale zarazem żołnierze armii cesarskiej, polegli lub skazani po wojnie, budzili sympatię. Widziano w nich głównie ofiary "wojennej zawieruchy". Niewiele było natomiast współczucia dla ofiar, zabitych przez japońską armię. Społeczeństwo, które prawie w całości poparło militaryzm, nie zdobyło się na rachunek sumienia. Łatwiej było zapomnieć. Utrzymanie Hirohito na tronie kwestię winy jeszcze zamazało.

Ponad pół wieku później przeszłość wciąż wdziera się w stosunki Japonii z sąsiadami. Od pięciu lat nie było oficjalnego spotkania przywódców Chin i Japonii. Powód? Wizyty Koizumiego w Yasukuni. Wraca wciąż problem japońskich podręczników historii, w prasie krytykuje się Trybunał Tokijski, ostatnio głośniej z prawicowych pozycji. Są to już jednak współczesne problemy Japonii i jej sąsiadów. Historia służy tu za "amunicję" do osiągania bieżących politycznych celów.

W dziedzicznym świecie japońskiej polityki władzę obejmują teraz ludzie, których dziadkowie 60 lat temu zasiadali w Tokio na ławie oskarżonych. Ale to już temat na całkiem inną opowieść.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]