Jest wyborczy gorący maj, mimo pogodowego zimna. W ogólnym gwarze nawet najmądrzejsze myśli się gubią. Ale maj to maj, co by się w nim nie działo, najbardziej majowym tematem jest dla mnie Matka Boża.
Na mszy św. dla kardynałów po konklawe papież Leon XIV mówił też o Niej. Podobnie na mszy św. inaugurującej pontyfikat. Mówił zwięźle, zresztą zawsze mówi tak, że trudno to puszczać mimo uszu. Nie mówił o Maryi rzeczy nowych, dotąd niesłyszanych. Ale Leon XIV należy do kaznodziejów, którzy wydobywają ze skarbca rzeczy na nowo, nawet jeśli są stare. Bo tak to jest ze sprawami wiary. Zawsze są nowe.
Historia Jej kultu to także historia oczyszczania go z naleciałości, by nie powiedzieć: zapożyczeń z kultów pogańskich. Oczywiście wizerunki Matki Jezusa były obrazami z wyobraźni. Nikt nie portretował Matki. W ogóle Żydzi nie portretowali nikogo, zabraniały tego przepisy religijne. To zaś, że znalazła się Ona w pismach z drugiego wieku, może świadczyć o tym, że była jakoś obecna już wcześniej, choćby w ustnej tradycji.
Matka Jezusa jest obecna w niezliczonych objawieniach prywatnych. Choć objawienia prywatne nie wchodzą w skład zasad wiary, choć można być człowiekiem wierzącym i ich nie przyjmować, to trudno załatwić te wszystkie objawienia jednym wzruszeniem ramion. Matka Boża z niejaką natarczywością komunikuje się z ludźmi. To temat odrębny, tu nas interesuje Ona jako matka Jezusa. Jezusa – niezwykłego człowieka, niezwykłego Boga.
Niewątpliwie kochała Syna. Z nielicznych informacji zawartych w Ewangelii można wnosić, że nie była to miłość zaborcza. Kiedy się zawieruszył w Jerozolimie, wyrzuca mu, że Ona i Józef się o niego martwili, ale jest to wyrzut pełen miłości. Kiedy wyszedł z domu, był już człowiekiem dorosłym. Z daleka Mu towarzyszy, zjawia się raz, w każdym razie przynajmniej to jedno spotkanie jest odnotowane, spotkanie i dziwna odpowiedź Jezusa, w której pozornie (tak, pozornie) ją umniejsza. I drugi raz, kiedy Syn jest ukrzyżowany i umiera. Przed śmiercią, kiedy jest tak trudno mówić, On mówi do niej i do umiłowanego ucznia. Innych opisów nie mamy. O jej spotkaniu ze Zmartwychwstałym snujemy tylko przypuszczenia.
Ale nawet tych ledwie kilka zdań wystarczy, by się dowiedzieć, kim Ona jest. Oczywiście, w oparciu o te zapisane słowa snujemy nasze rozmyślania o Niej, domyślamy brakujące rozmowy i wydarzenia. Nie mówię, że fałszywie. Snujemy rozważania, że było inaczej lub że coś, o czym nie ma wzmianki w Ewangelii, się zdarzyło. Ja wolę sceptyczne stwierdzenie, że nie wiemy. Bo to, co wiemy, już jest wystarczające, by wiedzieć, co to znaczy „Matka Jezusa”.
Jest maj i śpiewamy litanię do Matki Bożej. Ciekawe, jak słowa tej litanii brzmiałyby w Jej uszach. Być może dla Niej, znającej Biblię, brzmiałyby normalnie, choć niektóre wezwania z pewnością byłyby nieco dziwne, jak nieco dziwne są różne przejawy naszej pobożności. Muszą pewnie być takie, bo ludzkim językiem próbujemy wyrazić to, co jest niewyrażalne. Jest – tak albo inaczej – obecna w naszej religijności, w naszej wierze. Wiedza zawarta w kilkunastu wierszach Ewangelii wystarcza.
Poprzednia niedziela była niedzielą wyborów prezydenta. Ważnym dniem dla nas. Takich ważnych i jeszcze ważniejszych dni wiele już przeżyliśmy. Piękne i straszne – wszystkie odeszły do przeszłości. Trwamy i Ona trwa w naszej wierze, w naszej religijności. Ozdabiamy wizerunki i teksty, dorabiamy legendy, malujemy rozmaite twarze, ale najważniejsze się nie zmienia. Matka Jezusa, matka nasza przez Jezusa, trwa. I w maju warto o tym przypomnieć.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















