Hineni – oto jestem

Ostatni album Leonarda Cohena otwiera kołysanka dla cierpienia. Pisał ją poeta gotowy na odejście z tego świata.
Czyta się kilka minut

Wołał: „Kineni, hineni, otom ja, jestem gotów mój Panie”. Podobnie odpowiadali prorocy, słysząc wezwanie Boga, i w całkowitym oddaniu stawali przed Jedynym.

Jonasz mógł powtórzyć te słowa i zarazem, na podobieństwo Mojżesza i Jeremiasza, tłumaczyć, dlaczego nie jest sposobny do takiej misji. Mógł się podnieść i stanąć w gotowości. Zacząć się modlić. Domagać od swego Pana słów jasnych.

Ten nakaz zawsze wiązał się z ruchem, drogą ku górze, postawą stojącą. Bóg powiedział mu: „Wstań, idź do Niniwy – wielkiego miasta”. Tymczasem wszystko, co czynił Jonasz, było wpisane w ruch zstępowania. Najpierw zszedł do portu w Jaffie. Tam zszedł w głąb okrętu, a potem popadł w odrętwienie głębokiego snu, co językowo w hebrajskim związane jest właśnie ze schodzeniem. Sen nie jest tu odpoczynkiem. Jest sposobem na nieobecność.

Dalsze etapy wpisują się w tę logikę. Budzi go kapitan statku. Każe mu wstać i jakoś zareagować na gwałtowny sztorm. Losy wskazują, że sztorm zdarzył się za sprawą Jonasza. Ten postanawia wskoczyć do morza. Utonąć. Przeważa w nim instynkt śmierci. Ucieka przed Bogiem, gotów nawet umrzeć. Tu już nie można mówić o depresji, smutku, ale o przerażeniu, ucieczce przed sobą i nakazem, który go dotknął.

Połknęła go wielka ryba, przez Greków interpretowana jako wieloryb. Ta wielka ryba zdaje się być nieświadomością. Ona prowadzi nas w głąb siebie samych. Odsłania wiedzę, która wychodzi poza krąg rzeczywistego, znanego zdrowemu rozsądkowi. Prowadzi ku nowej samoświadomości.

Przez trzy dni, cały i zdrowy, znajdował się w stanie medytacyjnym. Nie on kierował swoim losem, ale ryba i Bóg, który ją przygotował do wielkiej misji.

Po trzech dniach ryba wyrzuciła go na suchy ląd. Stanął przed królem Niniwy. A ten powstał z tronu. Zdjął suknię, nałożył wór pokutny, posypał głowę popiołem. Król wznosił się do skruchy, do odpowiedzialności. Podjął wysiłek, by zachować autorytet w czasach kryzysu. Powstał z własnej woli. Jest niemal przeciwieństwem proroka. Jonasz podjął misję, ale do końca nie potrafił się z nią utożsamić. Stale się od niej uchylał.

Słowa „wchodzi” i „schodzi” – po hebrajsku alija i jerida – mają silny sens religijny. O aliji się mówi, gdy ktoś emigruje czy przybywa do Ziemi Świętej, i wtedy, gdy żyd w synagodze jest wzywany do czytania Tory. A to jest już wielkim zaszczytem i wyróżnieniem. Jerida wskazuje na osobę, która opuszcza, ucieka z Izraela. Kierunek ruchu Jonasza od początku do końca księgi wskazuje na jedno: on nie chce podjąć się tej misji. Ucieka z ziemi Izraela. Zstępuje.

Dlaczego? Na to pytanie będę dalej szukał odpowiedzi. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 21/2019