Higiena żywienia

Ekologiczna kasza. Depresja luksusu.
Czyta się kilka minut
 / ADOBE STOCK
/ ADOBE STOCK

Siedem lat temu Ewa Lipska zapisała ten emblemat w wierszu „UE”, który zaczyna się od słów: Droga pani Schubert, czy pamięta pani jeszcze / Unię Europejską? XXI wiek. Ileż to już lat... Jest coś obraźliwego w mówieniu o poetce czy poecie, że są „proroczy”. Bo cóż po poecie w czasie marnym, jeśli nie jest proroczy? Dokładnie tego oczekujemy: by lepili z tworzywa mowy kształt Istotności. Wydobywali z szumu przygodnej paplaniny te kilka-kilkanaście zdań, które wystarczą, by każdy samodzielnie nakreślił szkic orientacyjny świata, w który został wrzucony.

Ekologiczna kasza. Już nie luksus, lecz rozsądny wybór – a może rozsądek staje się formą luksusu? Istotna część kaszy gryczanej obecnej na polskim rynku spożywczym niedawno okazała się skażona ponad dopuszczalne normy glifosatem – substancją podejrzewaną o działanie rakotwórcze. Nie każdy kojarzy jej nazwę, ale na pewno słyszeliście inną, nawet jeśli nie macie działki pod miastem, gdzie agrest wadzi się z porzeczką, a boża krówka huśta się na smukłym listku melisy: Roundup. Świetny symbol diabelskiej alternatywy, którą proponuje nauka sprzężona z wielkim biznesem: natychmiastowa skuteczność na dziś w zamian za długofalowe uzależnienie i skutki dla równowagi biologicznej w przyszłości. Prawdziwa czarnoksięska moc: wszelki chwast znika w okamgnieniu, a wraz z nim znój wyrywania i straty, które powoduje jego ekspansja. Ale kto widział, jak wygląda zniszczona przez długotrwałe stosowanie ziemia i zajrzał do statystyk stosowania roślin zmodyfikowanych pod kątem odporności na ten środek, ten zaczyna żałować grosza, który zaoszczędził na tym, że rzodkiewka i marchew stały się takie tanie. No i do tego wisienka na torcie – rakotwórczość: nawet jeśli nie jest całkiem solidnie udowodniona, przynajmniej działa na opinię publiczną skuteczniej od opowieści o systemowych szkodach dla żyjątek w glebie.

Wśród opowieści są bowiem i te prawdziwe, i te ważne. To dlatego czytam Lipską zamiast porannej gazety, żeby wzmocnić w sobie tkanki logosu, tak jak pochłaniam owsiankę z jabłkiem, żeby dostarczyć komórkom błonnika i rozmaitych minerałów. Składamy się w równym stopniu z komórek, co ze słów. Komórki jakoś sobie same radzą – o ile nie przesadzimy z jedzeniem glifosatu i preparatów dietetycznych. Ale słowom należy się codzienny detoks. Nauczył mnie tego w liceum mój pan od polskiego, Witold Kaliński. Jeśli raz czy drugi sprawia wam frajdę moje pisanie, to w co najmniej połowie jego zasługa. Za każdym razem, gdy stawiam końcową kropkę, słyszę jego głos: no, kochany, jeśli wystarczy ci trójka, to możemy na tym poprzestać.

Z liceum wyszedłem ale moja druga pani od polskiego przez te lata przychodzi raz po raz z nowym zbiorem wierszy. Słowa o egzaminie z historii, który naraz wszyscy uczniowie oblali, czytane około matury jak jednozdaniowy klucz do rocznego wykładu o wojnie, niedawno wróciły do mnie w swojej strasznej aktualności. Pamięta pani jeszcze Unię Europejską? Ile już razy, uprawiając fenomenologię współczesnego stołu i lodówki, potykałem się o historie takie jak ta z glifosatem, kaszą i bezradnością wobec wielkiego koncernu? Z cukrem, tłuszczem palmowym, paniką glutenową czy laktozową. Czy jest sens się zamartwiać?

XXI wiek. Ileż to już lat...

Sieciowe sklepy z książkami przypominają alejki supermarketu, pełne ładnego, niepożywnego badziewia. Uczę się do nich wchodzić z czujnością, jaką zachowuję w spożywczym czy na targu, gdzie już wiem, jak poprzestać na podstawowych produktach. Lipska jak woda. Chleb Miłosza, czarny, z grubym ziarnem, żuć powoli. Posolić Herbertem. Sok malinowy z butelki Leśmiana, byle z umiarem, bo zakręci w głowie. Gorzką czekoladę wziąć z szuflady Szymborskiej. Ostatnio sporo jadłem Dehnela, jak lekko podsmażone szlachetne mięso. Małymi kęsami, ale bardzo mnie wzmocnił. Znalezienie dobrej księgarni to jak wydeptanie sobie ścieżek do straganów z dobrymi warzywami. Wtedy warto ostrożnie w palce coś nowego, odwinąć z papierka, ugryźć. Niekiedy da się połknąć.

Ale nie ma co narzekać z samym początkiem roku. XXI wiek trwa dopiero 19 lat. To nasza młodość, droga pani Schubert i chociaż zegary / upierają się przy swoim, trzymam ten czas mocno / w garści.

Ospałość pierwszych poranków nowego roku mogą wam rozjaśnić orzeźwiające racuszki z pomarańczą. Obieramy bardzo starannie – także z białej skórki, zwanej uczenie mezo­karpem, kroimy na cienkie plasterki, skrapiamy cytrusowym likierem triple sec (najbardziej znany to ten marki Cointreau) lub innym alkoholem, który pasuje nam do cytrusów, i posypujemy ­cukrem. W misce łączymy 120 g mąki z żółtkiem i 250 ml lodowatej wody gazowanej i szczyptą soli, odstawiamy na kwadrans do lodówki, po czym ubijamy białko i dodajemy je do masy. Zanurzamy w niej plasterki pomarańczy i smażymy krótko z obu stron, aż się ozłocą w głębokim oleju roślinnym. Odsączamy z nadmiaru tłuszczu na papierowych ręcznikach, na wydaniu można posypać cukrem pudrem (także z niewielkim dodatkiem zmielonych goździków). ©℗

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 1-2/2020