„Bracia Andersson”. Znamy to nazwisko, bo od lat należy do czołówki europejskiego kina. A filmy takie jak „Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu” są wyrazem szczególnego humanizmu – nie wprost, w wyjątkowo sardonicznym wydaniu. Lecz Roy Andersson to nie jedyny filmowiec w rodzinie. Jest nim także jeden z jego braci, dużo mniej znany, oraz bratanica Johanna Bernhardson, która stworzyła ten dokument. Opowiada w nim historię szwedzkiego awansu społecznego, wielkiej kariery, rodzinnej skłonności do alkoholu i różnego rodzaju upadków. Próbuje dociec, dlaczego jej ojciec i wujowie od lat nie rozmawiają ze sobą. Chciałaby ich do siebie zbliżyć poprzez film, ale może nie zdążyć. Zwłaszcza że bracia wygrali zupełnie odmienne losy na życiowej loterii. W cieniu wielkiego mistrza, prowadząc trudne rozmowy i robiąc kwerendy w domowych archiwach, reżyserka stawia pytania o to, co dziedziczymy po swoich przodkach, a co sprawia, że drogi urodzonych w tej samej rodzinie mogą się tak radykalnie rozejść.
„Ewangelia wg Ciretty”. To nie jest Neapol pocztówkowy, jakkolwiek wielu pielgrzymuje tam właśnie w poszukiwaniu autentycznych klimatów, malowniczej biedy, „prawdziwych ludzi”. Caroline von der Tann pokazuje miasto z perspektywy jednego z nich – bezdomnego, prostytuującego się niegdyś chłopaka, dziś ulicznego śpiewaka, który mimo ciężkich doświadczeń nie utracił pogody ducha. I dzieli się nią szczodrze z napotkanymi ludźmi, zazwyczaj uznawanymi za społeczny margines. Dla tytułowego Ciretty współczesny Neapol jest kobietą, ma twarz Matki Boskiej Bolesnej, trwa dzięki wspólnym rytuałom i sąsiedzkiej samopomocy, szczególnie w czasach pandemii koronawirusa. Film staje się też zapisem świata odchodzącego w niebyt pod wpływem komercjalizacji i stara się przechwycić energię tych nieuchronnych przemian. Zaglądamy do miejsc raczej zamkniętych dla turystów, gdzie, jak nigdzie indziej, mieszają się sacrum i profanum, a wzajemna troska spotyka się z pochwałą zmysłowego życia i amatorskiej sztuki.
„Jestem postacią fikcyjną”. Tytuł filmu to wyznanie, które doskonale określa fenomen Andrzeja Seweryna – aktora totalnego. Bo kogoś, kto od sześćdziesięciu lat z taką maestrią przywdziewa sceniczne i ekranowe maski, a jednocześnie stroni od tabloidowej autopromocji, trudno jest zobaczyć bez charakteryzacji i pozy. Arkadiusz Bartosiak podjął się tej próby. W jego obiektywie Maks Baum, Zdzisław Beksiński, serialowy Wanycz czy Netfliksowa drag queen schodzą na dalszy plan, ustępując miejsca człowiekowi spełnionemu, który ani na chwilę nie zwalnia tempa. Kamera ledwie za nim nadąża, albowiem grafik międzynarodowego aktora, a do tego reżysera i dyrektora teatru, okazuje się bardzo napięty. Jednak najciekawiej bywa wtedy, gdy widzimy Seweryna „nieprofesjonalnego” – na łóżku rehabilitacyjnym, podczas ożywionej dyskusji z panią sprzątającą toalety, jako troskliwego dziadka. Oczywiście, można dywagować, na ile ów Seweryn jest kolejną rolą Seweryna. Powstał na szczęście portret żywy i dynamiczny, daleki od biograficznych formatów.
„Putin’s Playground”. „Granice Rosji nigdzie się nie kończą” – słyszymy z ust Władimira Władimirowicza i wiemy, iż nie jest to żart, już prędzej groźna metafora. Konrad Szołajski i Małgorzata Prociak niczym reporterzy śledczy podążają za bezkresnym spojrzeniem rosyjskiego prezydenta, odwiedzając po kolei miejsca na mapie Europy, gdzie od lat odbywa się hybrydowa kontynuacja zimnej wojny. Odnajdują posowieckie relikty w krajobrazie i w myśleniu, punktują przykłady dezinformacji, spotykają się z głowami państw i ekspertami w temacie. A przede wszystkim tropią kremlowskie agentury próbujące zdestabilizować sytuację polityczną w Polsce, Czechach, Bułgarii, Mołdawii czy na Łotwie. W przeciwieństwie do serialu „Reset”, dokument ten nie służy politycznej propagandzie. Jest raczej osobistym, w dużej mierze autotematycznym spojrzeniem na ogromnej skali antyunijne i antynatowskie zakusy, które w dobie inwazji na Ukrainę nabierają, także i u nas, znacznie groźniejszych niż dotychczas kształtów.
„Przechwycone”. Dokumentalistce Oksanie Karpowicz trafił się rarytas: otrzymała dostęp do rozmów telefonicznych prowadzonych przez rosyjskich żołnierzy w Ukrainie, podsłuchanych i nagranych przez tamtejsze służby specjalne. Kontaktując się z odciętymi od informacji żonami i matkami, młodzi najeźdźcy po swojemu, pod wpływem różnych emocji, relacjonują wojnę. Słychać w tym echa propagandy, autocenzury czy głębokiego wyparcia, ale chwilami dochodzi do głosu kawałek brutalnej prawdy. Kanadyjsko-francusko-ukraiński dokument montuje porażające często świadectwa z filmowymi obrazami tego, co pozostawili za sobą mówiący. Jeszcze większe wrażenie niż postapokaliptyczne ruiny robią wnętrza rozszabrowanych mieszkań – ślady normalnego życia pomieszane ze śladami dokonanego przed chwilą barbarzyństwa. Ten film jak mało który zagląda do współczesnego jądra ciemności, czyli również tam, gdzie „wojskowa operacja specjalna” dokonała całkowitego spustoszenia w umysłach milionów Rosjan i Rosjanek.
„Rok z życia kraju”. Tomasz Wolski, podobnie jak Siergiej Łoznica, z którym polskiemu reżyserowi zdarza się współpracować, wyspecjalizował się w filmach znajdujących w archiwaliach nową jakość. A już na pewno proponuje nieco inne spojrzenie na found footage i tak jest tym razem, kiedy na warsztat trafiły bogate materiały z okresu stanu wojennego w Polsce. Ów czas zapisał się z grubsza w sposób oczywisty – w zależności od tego, kto akurat dzierżył w ręku kamerę. Lecz tym razem współczesny dokumentalista szuka nieciągłości i pęknięć w oficjalnym czy opozycyjnym obrazie. Trzymając się faktów, dekonstruuje jednoznaczny podział na systemowych oprawców i ofiary, jako że bardziej interesuje go przemilczana „szara strefa”. To jej mieszkańcom oddaje głos, na przykład takim, którzy po 13 grudnia nie mogli sobie odmówić świętowania hucznego sylwestra. Albo hutnikowi-kinomanowi, który skarży się do kamery, że z powodu nocnej zmiany nie może obejrzeć w telewizji ulubionego serialu.
„Tako rzecze Peaches”. Twórca traktatu o Zaratustrze chyba nie obraziłby się za ten tytuł, bowiem kanadyjska wokalistka i performerka od czterdziestu lat próbuje przeorać zbiorowe myślenie. Dodajmy: z użyciem ostrych popkulturowych narzędzi. Potomkini galicyjskich Żydów i niegdysiejsza świetliczanka na scenie przeistacza się w ikonę kobiecego i queerowego protestu, czego ukoronowaniem był album „Teaches of Peaches” z 2000 r. Dokument Philippa Fusseneggera i Judy Landkammer odnajduje swoją bohaterkę w Berlinie dwie dekady później, w trakcie trasy koncertowej pod tym samym tytułem. Peaches rzuca tutaj kolejne wyzwania – publiczności i sobie – związane z cielesnością i wiekiem. Nie uznaje przy tym żadnych ograniczeń, jeśli idzie o artystyczną ekspresję. Towarzyszymy jej zarówno podczas widowiskowych występów, jak i za ich kulisami, w sytuacjach bardziej intymnych. A jednocześnie wędrujemy za nią w czasie, co składa się na wielowarstwowy obraz tej barwnej i soczystej postaci.
„Wałęsa według Wałęsy”. Zawiedzie się ten, kto poszukuje kolejnych lustracyjnych rozrachunków, okolicznościowej laurki lub portretu złożonego z memów. Andrzej Fidyk kupuje byłego prezydenta z całym dobrodziejstwem, pozwalając mu się wygadać, przechwalać, przejęzyczać. Wałęsa rozmawia z reżyserem o swym życiorysie, ogląda siebie w materiałach archiwalnych, komentuje z nogą w gipsie swoje dokonania. Nie znajdziemy tu innych współczesnych komentatorów, prócz żony Danuty, co wydaje się zasadnym wyborem – trudno wyobrazić sobie bohaterstwo Wałęsy bez jej wsparcia i poświęcenia. Po drodze mamy przebieżkę przez najnowszą polską historię, w której było wiele zwrotów akcji (w tym bardzo symbolicznych, jak ośrodek internowania zamieniony w luksusowy kurort). I choć film ma cechy telewizyjnego „półkownika” (powstawał jeszcze przed tzw. dobrą zmianą), jego bohater odsłania wiele różnych twarzy: naiwnego idealisty, wyrachowanego pragmatyka oraz urodzonego „walczaka” z przerostem ego i niewątpliwymi zasługami.
„Wszystko ma żyć”. Takich bohaterek dzisiaj szczególnie nam potrzeba. Anna była niegdyś najsilniejszą kobietą świata, ale i teraz jest prawdziwą siłaczką. Nauczycielka biologii i mistrzyni w trójboju siłowym poświęciła życie, by ratować bezdomne i chore koty czy psy, co w ogarniętej wojną Ukrainie, w obliczu zagrożenia, licznych niedoborów i nieustannych migracji, musi być wyczynem szczególnym. Tetiana Dorodnicyna i Andrij Litwinienko w tym niezwykłym polsko-ukraińskim dokumencie portretują osobę, która na każdym kroku przewartościowuje potoczne wyobrażenia, również na temat kobiecości. W mediach społecznościowych, dzięki swojemu samozaparciu i charyzmie, Anna stworzyła międzynarodową sieć pomocy dla ukraińskich czworonogów. Dlatego ogląda się ten film z nadzieją i wzruszeniem, nawet bez wielkich cywilizacyjnych uogólnień, dotyczących stosunku naszych ukraińskich sąsiadów do braci mniejszych.
„Zniknąć bez śladu”. Może to być ciekawy przypis do „Perfect Days” Wima Wendersa, choć zawiera w sobie wiele rozmaitych scenariuszy i bez ogródek odsłania swój ciemniejszy rewers. Oto w Japonii tysiące ludzi z dnia na dzień wyparowują z dotychczasowego otoczenia, zmieniając – na własne życzenie! – swoją tożsamość, miejsce pobytu i krąg znajomych. Zjawisko to, nazywane jōhatsu, obsługują półlegalne firmy organizujące cały proceder zniknięcia. Niemiecko-japoński duet, Andreas Hartmann i Arata Mori, przygląda się temu na konkretnych przykładach. Niezależnie, czy chodzi o długi, kredyty albo inne wstydliwe sprawy, za każdym razem stoi za tym czyjaś ogromna desperacja, a często dramat opuszczonych rodzin. Z detektywistycznym nerwem film śledzi losy „znikniętych”, ukazując obraz społeczeństwa zatomizowanego, żyjącego pod niejedną morderczą presją, w którym mimo wszystko podejmuje się walkę o ocalenie nadszarpniętych więzi.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















