Pan Wrzątek. Maciej Sieńczyk to arcymistrz komiksu

Na spotkaniu autorskim spytano Sieńczyka, skąd wziął pomysł na opowieść o człowieku, który dla złagodzenia cierpienia kociąt chodził wokół nich, by pchły przeskoczyły na jego łydki. Tak, to był sam Sieńczyk.

08.07.2023

Czyta się kilka minut

Fragment ilustracji z albumu „Spotkanie po latach”,  Reprodukcja dzięki uprzejmości autora i Wydawnictwa Literackiego /
Fragment ilustracji z albumu „Spotkanie po latach”, Reprodukcja dzięki uprzejmości autora i Wydawnictwa Literackiego /

Kto nie zna takiego poziomu wstrętu wobec rzeczywistości, że aż nie chce się niczego dotykać, niczemu oddawać i z nikim gadać? Nogi drżą, ręce się pocą, źrenice zwężają z odrazy, napięcie blokuje całe ciało. Brzmi znajomo? Znam jednak prosty sposób na to, jak być i przeżyć w takim stanie. Obiecuję: niczego nie trzeba będzie dotykać poza jedną książką, nowym albumem graficznym Macieja Sieńczyka „Spotkanie po latach” (chodzi tu tak naprawdę o spotkanie z rzeczywistością).

Gdyby zaś kogoś stan dogłębnego poirytowania i złośliwej zgryzoty, „nienawistki”, „podniechcenia” karmił, to również zalecam Sieńczyka. Albumy tego artysty, włącznie z ostatnim, dają bowiem nieskończoną ilość amunicji przeciwko światu.

Na początku lektury pojawia się śmiech, bo autor swoją bombastyczną, sardoniczną, pękatą karykaturą ośmiesza wszystkich, jak leci, a już najbardziej tzw. klasę czytającą, czyli nas. Ale potem zaczyna być widać, jak żrące od sarkazmu historie przegryzają się przez kartki. Aż wreszcie, pod warstewką liryzmu, pojawia się wyraźnie kanciastość świata i leniwa zgoda na wszystko, co i tak musi być. W tym właśnie miejscu, nad białą kartką, ślęczy nasz rysownik i wtłacza to, co w świecie dziwne i nieadekwatne, w proste komiksowe formy. Skąd u niego taka wrażliwość?

Zbieracz z Pragi

Maciej Sieńczyk urodził się w 1972 r. w Lublinie, skończył Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie i od początku lat 90. obecny był na stołecznej scenie artystycznej. Przez przyjaźń z Pawłem Duninem-Wąsowiczem związał się z pismem „Lampa” i wydawnictwem Lampa i Iskra Boża. Ilustrował książki Adama Wiedemanna, Michała Witkowskiego, Doroty Masłowskiej, co mocno wskazuje na jego związek z nową wrażliwością końca lat tysięcznych. Obecnie jego ilustracje wystawiane są w galerii aTak, a wcześniej – w galerii Raster, która mieściła u siebie wydawnictwo Lampy.

Miejsce, a przede wszystkim działania wydawnictwa (i osobno galerii) obrosły legendą. Zwykle narzeka się na odseparowanie środowisk artystycznych, ale tam, w jednym miejscu, na przełomie wieków można było spotkać debiutujących Dorotę Masłowską, Jakuba Żulczyka, malarzy grupy Ładnie, warszawskich poetów i oryginałów. Jak głoszą miejskie legendy, obrazy Sasnala stały oparte o kuchenkę, na której coś zawzięcie i na oleju pichcił Dunin-Wąsowicz, obok tworzono kadrę do piłkarzyków. A wszyscy czuli się tam jak w schronie, nad którym krążyły egzemplarze prasy w milionowych nakładach i miraże czekającego wszystkich bogactwa.

Sieńczyk, gdy przyglądać się dziś jego wizerunkowi i filmom, które publikuje w mediach społecznościowych, zachował coś z tego ducha przekory i dystansu. Emploi artysty wskazuje na człowieka bez zamiłowań artystycznych; statystycznego, raczej skromnego bliźniego z warszawskiej Pragi. Czy to obrona przed – jak kiedyś powiedział – „korozją charakteru”, którą przynosi zainteresowanie mediów? Czy raczej wynik ciśnień sprzed dwóch i więcej dekad, gdy wszystko mogło być prawdziwe, ale nie nadciągające bogactwo i sława? Trudno powiedzieć.

Mimo tych starań jego renoma rośnie. Wśród chcących uchodzić za kulturalnych Sieńczyk znany jest powszechnie, ale często nieświadomie, choćby z ilustracji (sam nie wiem, co tak pociąga zamawiających) w prasie kolorowej. Mniej znany jest z nieoczywistych zamiłowań kolekcjonerskich. Otóż Sieńczyk bez opamiętania grzebie w śmietnikach. Swego czasu zbierał protezy nóg, specjalizuje się także w plakatach z okresu PRL poświęconych bezpieczeństwu i higienie pracy. Nie wzgardzi też okazjonalnym, socjalistycznym drukiem i dziwnym przedmiotem. Słowem: oddany jest zepsutemu campowi sprzed dekad. Niedawno w mediach społecznościowych chwalił się wejściem w posiadanie skajowego etui z czasów PRL. Na kapcie.

Kocopały

Największą część dzieła Sieńczyka stanowią albumy komiksowe (albo powieści graficzne): „Hydriola” (2005), „Wrzątkun” (2009), „Przygody na bezludnej wyspie” (2012, pierwszy w historii komiks nominowany do Nagrody Nike) oraz wydane właśnie „Spotkanie po latach”. Wszystkie, poza ostatnim, opublikowało wydawnictwo Lampa i Iskra Boża, zbierając drukowane wcześniej w należącym do wydawnictwa piśmie „Lampa” komiksy, przetworzone tak, by pasowały do łączących je albumowych, narracyjnych ram.

Od powieści graficznych Sieńczyka nie odróżnia się klimatem wydana przez niego proza „Wśród przyjaciół” (2016), która, podobnie jak albumy, rozpada się w plątaninę samodzielnych, amorficznych historii (co wydawcy tłumaczyli swego czasu podobieństwem utworu do „Dekameronu”). Książka, warto zauważyć, choć wydana przed pandemią, ­antycypuje covidową izolację. Odwrócony „Dekameron” Sieńczyka to opowieści o śmierci i rozkładających się ciałach starców w nieodwiedzanych przez bliskich domach.

Najnowszy album zaczyna się od zwyczajnej towarzyskiej wizyty: „dawni znajomi kupili nowe mieszkanie i zapragnęli, abym ich odwiedził” – wyznaje narrator (i możliwe alter ego autora). Na drugiej planszy rusza już anegdota: „Chcesz pewnie opowiedzieć historię zatytułowaną »ręce«? – zapytała [znajoma], na co [znajomy] przytaknął samym opuszczeniem powiek”. Opuszczeniem powiek! No jasne, tak się przecież komunikują wrażliwi ludzie.

O czym jest ta historia? O sztucznych rękach, które wkłada się do rękawów tak, by wyglądały jak prawdziwe. To ręce, „które pozwalają grać na pianinie osobom pozbawionym wszelkich zdolności”. Czy już jest śmiesznie, czy jeszcze tylko troszkę dziwnie?

Kolejna anegdota, stronę dalej. O nudnym mężczyźnie, który „wydzwaniał do wszystkich i opowiadał o znakomitości swojej i swojej rodziny, aż… dostał mleka” i wszyscy go pokochali. Narrator nazywa tę postać laktosem i kwituje odmianę jego losu słowami: „w naszej kulturze nawet ludziom o zatwardziałych sercach uginają się nogi przed powagą macierzyństwa”. Ktoś parsknął ze śmiechu?

Albo początek innego albumu, weźmy takie „Przygody na bezludnej wyspie”: „Pewnego razu siedziałem w fotelu, porządkując swoje pamiątki. Wreszcie poczułem znużenie i głowa mi opadła na miękkie oparcie. (…) Zbudziło mnie ciche pukanie. Za drzwiami na wycieraczce leżał podniszczony zeszyt zatytułowany »Przygody na bezludnej wyspie«”. W ten oto sposób narrator trafia do historii, w której bohater znalezionego zeszytu zaciągnął się na statek płynący do egzotycznych krajów.

Na pokładzie witają go tak: „Przypomina pan mojego znajomego, który nagle zachorował. Na początku było lekkie pieczenie, a potem zaczęły wypływać z niego krwawe glutki…”. Zero zdziwienia. Bohater ma gotową odpowiedź: „Gdyby pana znajomy potraktował owo pieczenie obojętnie, na pewno nie przybrałoby tak groźnej postaci. Organizm czuje, kiedy się boimy, i wówczas pozwala sobie na więcej”. I tak dalej, temu podobne kocopoły, od których śmiać się można, aż do przykrych zmian w mimice twarzy zwiastujących utrwaloną złośliwość.

Kurz śpiewak

Sieńczyk się jednak nie krzywi. Jak wytrzymuje bez śmiechu? Swego czasu przyznawał się do fascynacji Raymondem Rousselem, francuskim pisarzem z przełomu wieków, protoplastą surrealistów. Roussel znany jest z wymyślnego sposobu budowania zdań i obrazów, zupełnie przejrzystego, opartego na matematyce sylab czy głosek, dającego przez to najdziwniejsze zestawienia słów i wynikających z nich obrazów, jakby bez pośrednictwa autora. Wśród bohaterów Sieńczykowych historii znajdziemy zatem wspomnianego laktosa, ale też wrzątkuna, czyli dzieciaka, który mógł żyć tylko we wrzątku, agrona – postać z podmiejskich działek, czy chlebieja – zawstydzającego ludzi niecałujących chleba, ale też inne równie ciekawe postacie. Język zniesie wszystko.

Skoro pojawił się komizm, warto poznać inne jego barwy. W „Słowniku komunałów” Gustave Flaubert twierdzi, że zapisał „Wszystko, co należy mówić w towarzystwie, aby być człowiekiem przyzwoitym i sympatycznym”. I tak dla przykładu: „Biblia – to najstarsza książka świata”, „Kozacy – jedzą świece”, „Musztarda – to ruina żołądka”. Podobny posmak ironii, nawet bardziej zjadliwej przez swoją dyskrecję, czuje się u Sieńczyka, gdy wypowiada się o końcu parytetu złota, poppsychologicznych problemach z negowaniem sygnałów z ciała, które „pozwala sobie na więcej”, i obśmianiu niemal każdej poważnej sprawy dyskutowanej przez nas „w towarzystwie” na co dzień. Sprawa taka doznaje wtedy lekkiego désintéressement, by w końcu, przez wstyd albo inne licho, już nikt nie zawracał nią sobie gitary. Za przykład niech posłuży poletko permakultury i takie oto zagadnienie: „czy gdyby podlewać grządki wodą suto zaprawioną miodem, można by uzyskać wyjątkowo słodkie owoce”?

Owszem, okrucieństwo autora wobec ludzkich przywar daje opowieści moc, ale jest ono zaledwie przedsmakiem prawdziwej radości z lektury. Otóż Sieńczyk to autor romantyczny. Głęboko uczuciowy i wrażliwy. Z tego właśnie zasobu należy czerpać, gdy wchodzimy w stan wrzenia, w którym stale przebywać musi wspomniany już wrzątkun. Ba! On bez zanurzenia w gotującej wodzie nie przeżyje. Czy to nie genialna metafora naszych czasów: FOMO, ADD, ADHD, PTSD itd.? Co zatem wymyśla na takie dictum stwórca wrzątkuna? Maszynę-zbiornik, która pozwoli mu w tym wrzątku żyć i funkcjonować jak w czajniku. Śmieszne? A może też trochę surrealistyczne, a nawet liryczne? Ktoś delikatnie z tej wrzącej wody podaje nam pomocną dłoń.

Pierwszy raz złapałem to wrażenie, proszę się nie śmiać, gdy bohater Sieńczyka opisał nużące zazwyczaj sprzątanie: „Aby zamiatanie posuwało się szybciej, wyobraziłem sobie, że paproszki i drobiny kurzu śpiewają” – obok oczywiście ­rysunek śpiewających kurzków. W tegorocznym albumie pojawiają się także niekochani mężczyźni i kobiety. „Czy rzeczywiście czuła się pani aż tak bardzo niekochana? O tak – odpowiada kobieta – niekochaniem mnie można by wybrukować wszystkie piekła obojętności”.

Na spotkaniu autorskim spytano Sieńczyka, skąd się wziął pomysł na opowieść o człowieku, który w celu złagodzenia cierpienia kociąt chodzi wokół nich, by ich pchły przeskoczyły na jego łydki. Tak. To był sam Sieńczyk.

Wstyd i woda

Jeśli dotąd w odniesieniu do pomysłów rysownika padały nazwiska francuskich mistrzów stylu i wyobraźni, należy podkreślić, że sam Sieńczyk jest erudytą, a źródeł jego inspiracji można szukać właściwie wszędzie: u Edgara Allana ­Poego, w absurdach socjalistycznych druków ulotnych czy też wśród drugiego garnituru niemieckich romantyków (fantastyczne postacie, zmyślone awantury). Ale przychodzi mi do głowy jeszcze amerykańska psycholożka Brené Brown. Wstyd, o którym u niej czytamy, jest praktykowany przez samego Sieńczyka w jego opowieściach: przeżyć, ujawnić, być autentycznym. Współczesna psychologia podpowiada, że jesteśmy absurdalni, a większość z tego, co robimy, to automatyzmy. Tym cenniejsze są momenty, gdy automatyzm się na moment zacina. Jest wtedy dziwnie, ale za to można się rozejrzeć.

Proszę spojrzeć na ilość wody przelewającej się na planszach tych komiksów (na okładkach trzech z czterech jest woda) – jest jej tyle, że powinna nas utopić. To wszystko symbolizuje nieświadome, wyparte, wstydliwe. A Sieńczyk uczy nas, jak w tym pływać. Nie terapeutycznie, bynajmniej. Gdy kultura zamienia się w terapię, autor proponuje, by traktować tę kanciastą rzeczywistość jako źródło (tak, znowu woda) rozkoszy, życia i energii. Zastanówmy się np., dlaczego „Pan Żaróweczka” ze „Spotkania po latach”, zwany tak od ilości kropel potu na skórze, zaczął pięknie pachnieć po pięćdziesiątce i dlaczego pokochało go nagle całe miasto?

Sieńczyk zaczynał rysować w latach 90. Z tamtego czasu został nam w pamięci wszechobecny parnasizm (Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert, Wisława Szymborska) ścinany przez autorów pisma „Brulion” i Totart, co miało później swój ciąg dalszy w banalizmie forsowanym przez Pawła Dunina-Wąsowicza i gorączkowych poszukiwaniach autentyczności: à rebours, przez szyderstwo, po swojemu. Na tamtą rzeczywistość, „z krainy pazłotka”, będąc poważnym człowiekiem, można się było tylko obrazić. Albo walczyć – ironią, banałem, postmodernizmem. Ale Sieńczyk używając takich właśnie sposobów (ilustrował przecież wszystkie ówczesne ironie), po dwudziestu latach ich destylacji doszedł do odmiennych wniosków. Może w Polsce jednak coś się zmieniło, może nie ma sensu być wiecznym partyzantem? Rzeczywistość nabrała nagle słodszego smaku. Jakiego dokładnie?

Grona

Gdy patrzę na wyraz graficzny plansz, ich kompozycje, albo nawet na same ich kolory, przychodzi mi do głowy metafora z autobiograficznej prozy Mircei Eliadego. Autor śni, budzi się, coś wspomina i nagle „czuje, jakby znalazł się we wnętrzu winogrona”. Rumuński antropolog, znawca i syntetyzator tysięcy lat kultury, nie traci kontaktu z bazą: rodzimą przyrodą, jej słodyczą i słońcem. Domem. Sieńczyk podobnie wrzuca nas do wnętrza winogrona. Na każdej stronie jego rysunków jest zielono, brązowo i onirycznie.

Tak proszę potraktować te komiksy – każdy z nich to niby drobna rzecz (najnowszy jest największy) i czyta się je mniej więcej tak długo, jak zjada kiść winogron. Jedna strona, jedna historyjka, jedno gronko. Winogrona mogą być rodzime, nawet powinny być polskie, co ułatwia nam ocieplenie klimatu. Lektura będzie trochę kwaśna, momentami słodkawa, niby przykra, a przecież radosna, ale już sam ten nierówny smak płynący ze wszystkich stron, jak glukoza płynąca do krwi, przynosi zmianę spojrzenia.

Krzywouści zrozumieją w lot: „złość jest energią”, której poziom w końcu zmusza do działania. Melancholicy – też, bo: „energia jest wieczną radością”. Wszystko dzięki nieco idiotycznemu, a trochę prostodusznemu spojrzeniu na świat. Jeśli Sieńczyk miałby kandydować do Nobla, to może zacząć od pokojowego. ©

MACIEJ SIEŃCZYK jest rysownikiem, autorem powieści graficznych, pisarzem. Od początku swojej twórczości związany z miesięcznikiem „Lampa”, i wydawnictwem Lampa i Iskra Boża. W 2013 r. jako pierwszy w historii twórca komiksu został nominowany do Nagrody Literackiej Nike i znalazł się w finale.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Miłośnik sztuk wizualnych, z wykształcenia socjolog, zawodowo zajmuje się komunikacją w edukacji. Autor kilku opowiadań "Przekąski-Zakąski", poradnika graficznego "Jak czuć się dobrze, gdy cię wywalą", próz poetyckich "Oświęcimki" oraz tomiku wierszy "Biały… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 29/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Pan Wrzątek