Tylko że właśnie zwymiotowało na mnie dziecko, wcześniej umieszczone na moich kolanach podstępem. Bez szczególnych próśb i pytań. „To na chwilkę, proszę pana!”. „Ależ oczywiście”.
Wkrótce tłuściutka, rozgadana mama zapomniała o mnie i o swoim synku. Jechaliśmy więc sobie we dwóch. Spokojnie, bez zbędnych słów, równie zainteresowani tym, co dzieje się za oknem. Można powiedzieć: w ciszy i przyjaźni. Aż tu buch! Małego zemdliło, nie wytrzymał i stało się – wprost na moje spodnie!
Afrykańskie mamy nie patyczkują się z maluchami. Chłopiec dostał dwa razy w łeb i zaczął płakać. Mama wytarła mnie jakąś brudną szmatą: „Przepraszam pana”. „Doprawdy nic wielkiego”.
Frankofońska Afryka komunikuje się z otoczeniem w sposób nadzwyczaj uprzejmy. Nie ma w słowach spoufalania się. Jest dystynkcja, delikatny dystans. Cieszyłem się, że za godzinę, może dwie, tam dotrę. Znudziłem się anglofońskim luzem: „bracie”, „siostro”, „odpręż się”.
Jedynym problemem była granica. Zbliżała się z każdym kilometrem. I czułem to doskonale w żołądku.
Na wszelkie wyprawy „tam” zabieram ze sobą węgiel i silne lekarstwo. Wiadomo: jesz, nie jesz, przez trzy dni i tak musisz cierpieć.
To jest cierpienie żołądkowe. Ale tym razem wiem, że sensacje nie pochodzą z brzucha, ale z głowy. Wiążą się z przekraczaniem granic państw, policyjnych barier, roadblocków ustawionych przez armię, partyzantów albo zwyczajnych rabusiów. Uzbrojeni faceci, na pustej drodze, w odludnej okolicy lubią celować do bezbronnych ludzi. Najchętniej wybierają tych, którzy mogą coś im ofiarować. Bawią się przy tym granatami, krzyczą, popychają. Wszystko po to, żeby wzmocnić efekt negocjacyjny i złupić jak najwięcej pieniędzy. To zdarza się w wielu miejscach na świecie.
Na ofiarę wybierają sobie cudzoziemca, podróżnika. On jest obcy, a więc bardziej bezbronny niż inni. On jest w drodze, a więc na pewno ma coś wartościowego przy sobie. Ty możesz tylko stracić nerwy, pieniądze, trochę poszarpanej godności. Zarobisz najwyżej guza, nic więcej. Przecież sytuacja nie będzie ani niezwykła, ani pouczająca – ot, zwykłe wymuszanie pieniędzy.
Popatrzyłem na tłumek współpasażerów. Drobni handlarze, mamy z dzieciakami, kilkoro staruszków. Wiedziałem, że padnie na mnie. Moja skóra świeci się jak wielki neon: „Uwaga! Tu jestem! Można mnie przerobić na parę groszy!”.
No i dojechaliśmy. Staję w kolejce. Czekam w pokorze. Do budki strażnika granicznego wchodzę z miną męczennika. Mundur. Paskudny grubas promienieje, szczerzy do mnie kły. Co za bandzior!
Nieczęsto trafia ci się taka gratka, co? Patrzę na rewolwer, który ma przypięty do pasa. On widzi, ja widzę. Jest jeszcze bardziej zadowolony. Bez słowa ustaliliśmy, co trzeba. Kto jest tu szefem, a kto tu zapłaci. „Dzień dobry panu!”. „Dzień dobry” – burczę. „Mogę zobaczyć pański paszport?”. „Oczywiście” – podaję z ociąganiem. Wiem, że „to” się właśnie zaczyna.
I co wymyślisz, Gruby? Zła wiza? Paszport nieważny? Podrobiony? Jestem szpiegiem? Najemnikiem? Kim? Jak odegramy scenę, którą odgrywaliśmy ja dziesiątki, a ty tysiące razy? Zaczniesz krzyczeć, może nawet mnie skujesz. Jak będę miał pecha, to wyląduję na dołku. Macie tu dołek?
Ale twardo muszę powtarzać, że jestem bratem ambasadora, a ty będziesz miał kłopoty. Każę ci dzwonić natychmiast do konsulatu. W końcu zatnę się. Przestanę z tobą rozmawiać. Ale przecież nie chcesz zrobić mi krzywdy, prawda? Chcesz tylko postraszyć. Popatrzysz na zegarek, powiesz, że pewnie autobus zaraz odjedzie. Wiesz, że kupiłem bilet i szkoda mi będzie stracić pieniądze. Potem złagodniejesz. Zaczniesz mówić, że służba jest ciężka i masz troje dzieci.
Padnie kluczowe przy tym spotkaniu słowo „cadeau”. Zawsze chcecie „prezenciku”. Dlaczego nie powiesz „pieniądze”? „Łapówka”? „Chcę pana okraść”? Cadeau – to słowo poprawia ci humor? Liczysz na kokosy? Ale ja nie mam kasy na twoje cadeau. Cadeau to może być najwyżej pięć dolarów, nie więcej. I tak będziesz za to używał przez trzy dni! Więcej nikt ci nie zapłaci w tej dziurze.
Wertuje starannie mój paszport. Szuka, do czego się czepić. Ja patrzę na niego zimnym wzrokiem. Chcę mu przekazać telepatycznie: „Nie złupisz mnie bardziej niż na pięć dolarów. Pięć! Rozumiesz?”.
Nagle grubas wali pieczęć do mojego paszportu. Co? „Dziękuję panu!”. „To wszystko?”. „Przyjemnych wakacji w Burkina Faso!”. „O ku…!” – mówię po polsku. „Słucham?”. „Nic, nic. Powiedziałem do zobaczenia. To w moim ojczystym języku”. „Europa – uśmiecha się. – My, Afrykanie, ciągle powinniśmy się od was sporo nauczyć. Życzę wszystkiego najlepszego!”. Bierze mnie pod łokieć, uprzejmie prowadzi do wyjścia. ©℗
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















