Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Tamtego lata na Ałtaju

Tamtego lata na Ałtaju

29.01.2018
Czyta się kilka minut
W polityce nuda, w kulturze bryndza, za oknem (parafrazując trzech słynnych poetów) ni chu-chu tematu. Taki jest żywot felietonisty.
Andrzej Stasiuk / Fot. Grażyna Makara
Andrzej Stasiuk / Fot. Grażyna Makara
W

Wyglądasz i ni chu-chu. Nuda, bryndza i mgła. Wtedy pozostają wspomnienia. Im felietonista starszy, tym ma więcej wspomnień. Młodzi felietoniści mają gorzej. Tak jak wszyscy młodzi zresztą.

W każdym razie w lipcu minionego roku zwinęliśmy namioty nad rzeką Katuń gdzieś za Kupczegen. Rzeka była zielona, jakby płynął nią szwedzki grynszpan. Jechaliśmy Czujskim Traktem oczywiście do Mongolii. Przez cały ten cudny Ałtaj z dolinami jak ze snu, kurhanami, kamiennymi „babami”, prastarym szlakiem koczowników, którzy przed wiekami w swoich szyszakach i łuskowych pancerzach wieźli Zachodowi wynalazek spodni.

Tujekta, Ongudaj, Jaloman, Czibit, Aktasz… od samych nazw kręciło się w głowie. Jakieś trzysta mieliśmy do granicy. Pustą, gładką drogą wśród gór i rzek. Mieliśmy jeszcze stanąć w Kosz-Agacz, „najbardziej suchym miejscu Federacji Rosyjskiej”. Tyle razy tam stawałem, że...

6176

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Karta migracyjna jako metafora.

Hmmm … Polska widziana z Ałtaju … po raz kolejny zastanowiłem się, dlaczego na Polską jakoś łatwiej patrzy się z daleka. I przypomniałem sobie „Moby Dicka” Hermana Melvilla, gdzie ten wspomina rozbiór Polski. To zresztą tylko jeden z przykładów, bo jak się poszpera w zagranicznych tekstach z tamtych czasów, to okazuje się że zniknięcie Rzeczpospolitej z mapy świata wywołało niezłą gęsią skórkę. Co zresztą nietrudno sobie wyobrazić. Powiedzmy że dziś Szwecja i Niemcy podzieliłyby między sobą Danię. No albo Rosjanie zajęliby jednak Ukrainę czy choćby Czeczenię. Nie można by się było pewnie opędzić od niedobrego uczucia, że skoro coś takiego przytrafiło się innym, to może przytrafić się i nam. Co jednak rozbiory oznaczały dla samych zainteresowanych tj. dla nas czy naszych przodków ? To też można sobie wyobrazić – pewnie pojawiło się poczucie bezsilności, klęski czy przede wszystkim wstydu. Idące pewnie w parze z zachwianiem zaufania do samych siebie. I pewnie nie było czasu się nad tym zbyt długo zastanawiać, bo „ledwo wysechł atrament na dokumentach pod którym podpisano rozbiory, to już na zachodzie słychać już było huk dział Napoleona”. Tym samym jednak podpowiedzi jak dawać sobie radę z nowoczesnością, prędzej udzielą rodacy którzy znaleźli się w ten czy inny sposób poza – nieistniejącymi z reguły – granicami kraju, bo też i poza nim mieli szansę znalezienia własnej drogi - niż ci którzy w nim zostali.

I tak zaskakuje, że wielu pośród nich okazało się kompetentnymi państwowcami albo jak kto woli administratorami. Pewnie na czele z Kościuszką, który dosłownie podłożył choćby podwaliny pod dzisiejszy West Point, który uczelnią stał się po wysłaniu przezeń licznych monitów do ówczesnych „kompetentnych czynników”. Dziś salutują jego pomnikowi kadeci a w Australii ma swoją górę. Widać był Harvardowi i dzielnemu kapitanowi Cookowi równy. Albo taki hrabia Gołuchowski, co to napisał Habsburgom Konstytucję. I szereg daleko mniej znanych postaci, które sprawdziły się a to w urzędniczeniu a to w inżynierii czy to na Syberii czy w Ameryce Południowej. Dziwne jak na synów kraju, który rozleciał się przecież swego czasu właśnie na skutek braku kompetencji i zmysłu państwowego. Tymczasem jak to ze sprzecznościami bywa i ta jest pewnie pozorna i wynika pewnie z tego, że przegrani – przynajmniej w pospolitym odczuciu - nie mają racji. Jeśli kraj w końcu upadł, to i świętowanie Konstytucji 3 maja jest jakieś nie do końca zrozumiałe. Tymczasem jednak niczego innego nie mamy. Żadnego mitu który natchnie nas sensem. A kiedy tym naciąganym wypadają już zęby to i tak nie pozostaje nic innego niż rozum, tak jak choćby komunistom, którzy cofając się pozwalali krok po kroku na powstawanie kolejnych instytucji państwa prawa i których urzędnicy odpowiedzialni za zabójstwo ks. Popiełuszki osądzeni zostali na podstawie było nie było prawa cywilnego. A i choć suwerenność była ograniczona, to żadnemu z państw zaborczych nie udało się wchłonąć Polski w 100 % do swoich porządków. Królestwo Polskie czy Rzeczpospolita Krakowska były jednak jakąś ograniczoną formą samorządu a i nawet w PRL rosyjskie czy radzieckie porządki przetłumaczone były na koślawy, ale jednak akt prawny, nazwany zresztą konstytucją.

Ciut to w każdym razie suche, kostyczne i rozumowe. Szwajcarskie i szwedzkie w jednym ale to wbrew pozorom także my. Jednocześnie wydaje się, że ta rozumowość czy jak kto woli zachodniość dotyczy jedynie sfery publicznej. Wyczuwalny jest w każdym razie jakiś dystans do przekładania go na inne sfery życia. I za Kościuszką nie poszedł żaden Vanderbiltski czy Rokeffelerski. Ani Einsteinski. Owszem, za granicą znajdą się polscy lekarze, architekci czy naukowcy, ale koniec końców wydają się przebywać w jakieś nibylandii pomiędzy wyobrażoną Polską a wyobrażonym krajem zamieszkania. W każdym razie nie przeobrażają świata niosąc przed sobą pochodnię rozumu albo też nie do końca rezonują z „science” i z „commerce”. Można by tu znów knuć że to że tamto, że peryferyjne położenie choćby, ale wydaja się że jest to kwestia świadomego wyboru. Bo dlaczego choćby – było nie było protestanccy ! - ojcowie założyciele naszej literatury Rej i Kochanowski pisali coś o jakichś arkadiach i lipach czy poświęcili treny nie centurionom machającym mieczami w lesie teutoburskim, lecz małej dziewczynce ? Jeśli weźmie się na pomoc tzw. grzechy kardynalne to była to pewnie czy też jest próba nie poddania się choćby gniewowi czy chciwości, z reguły mało skuteczna bo grzechem kardynalnym nad Wisłą wydaje się być znów acedia. W każdym razie przemierzając swego czasu USA dotarłem do Missisipi. Dotarłem zresztą nie byle jak, bo samochodem równie płaskim co czarnym, z chowanymi reflektorami, którymi można się było do woli bawić. Trochę zadatkiem na coś poważnego – model fiero ale zawsze Pontiac. To po drugiej stronie to był już „dziki” zachód. Choć wychowany na westernach nie ruszyłem dalej do ziemi obiecanej, tylko skręciłem na południe bo tam grali Jazz. Czasem oczywiście pojawiał się jakiś wyrzut, że trzeba było jednak dalej, do LA i Frisco, ale na szczęście do David Lynch zaczął jeździć do Łodzi i Bydgoszczy .

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]