Głośno, coraz głośniej. Czy naprawdę musimy tonąć w hałasie?

Kosztowne zabezpieczenia akustyczne ciągną się kilometrami – przy polach i ugorach. Jednak lokalne społeczności nie są w stanie wyegzekwować ochrony swoich własnych domów. „Krowom ekrany zbudowali, ludziom nie” – mówią mieszkańcy Nowego Targu.
Czyta się kilka minut
Domy pod estakadą w ciągu drogi krajowej nr 47 we wsi Lasek. 3 kwietnia 2025 r. // Fot. Agnieszka Kantaruk
Domy pod estakadą w ciągu drogi krajowej nr 47 we wsi Lasek. 3 kwietnia 2025 r. // Fot. Agnieszka Kantaruk

Kafary waliły tak zaciekle, że w domach od hałasu nie dało się wytrzymać, a niektórym sąsiadom popękały ściany. Po zgiełku budowy miał przyjść następny: stały, codzienny hałas pojazdów na nowym odcinku Drogi Krajowej 47. „Zakopianką” przejeżdża nawet 30 tys. pojazdów na dobę – na starej drodze stały one najczęściej w wielogodzinnych korkach, nowa nitka umożliwia dużo szybszą jazdę. Ale szybko oznacza głośno. Bardzo głośno.

Ekrany dźwiękochłonne dla krów, nie dla ludzi

– Te hałasy wzbudziły naszą podejrzliwość. Zaczęliśmy się z sąsiadami zastanawiać, czy inwestor na pewno zadba o to, byśmy do końca życia nie musieli wegetować w ciągłym hałasie – wspomina Stanisław Tętnowski, mieszkaniec nowotarskiego osiedla Na Skarpie. Wczesną wiosną 2024 r. wraz z sąsiadami zaczął prywatne śledztwo. Przyglądali się budowie, zauważyli też montaż ekranów. Tyle że nie tam, gdzie mieszkają ludzie.

– Były przy ugorach, nieużytkach, pastwiskach, pomiędzy nową a starą nitką „zakopianki”, gdzie jest rów i kawałek zbocza, ale nikt tam nie mieszka – wylicza Stefan Pókała. – Gęsto zaludnione osiedla Na Skarpie, Bór, Niwa, Grel oraz wieś Lasek, nad którą przechodzi estakada, zostały bez ekranów.

Mieszkańcy skrzyknęli się do protestu. Jak wspomina Tętnowski, najpierw sądzili, że brak ekranów to jakiś błąd w projekcie. Racjonalnie nie umieli wyjaśnić, dlaczego za publiczne pieniądze stawia się ekrany tam, gdzie do niczego nie służą, a odmawia się ich osiedlom blisko drogi. Napisali petycję, zebrali podpisy większości mieszkańców osiedla, zwrócili się do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, ale nie przyniosło to żadnego efektu. Samochody wjechały na asfalt zgodnie z planem – ekrany się nie pojawiły.

– W przeciągu jednej doby znaleźliśmy się w hałasie, który urywa głowy. To był niesamowity szok dla organizmu – wspomina Jarosław Fryc, którego dom znajduje się w odległości 40 metrów od estakady w Nowym Targu.

Zazwyczaj hałas narasta z czasem: albo pojawia się coraz więcej jego źródeł, albo zwiększa się natężenie pochodzące ze źródła już istniejącego – tak jak miało to miejsce w odniesieniu do starszych fragmentów „zakopianki”. Taki hałas też jest szkodliwy, ale część osób odczuwa przynajmniej iluzoryczne poczucie, że jakoś przyzwyczają się do niego. Ale gdy kilkadziesiąt decybeli więcej pojawia się nagle, potrafi wywrócić całe życie do góry nogami.

Skrajną zmianę akustyczną przeżyli mieszkańcy podkarpackiej wsi Czarna, której wjechała wprost pod okna część Paneuropejskiego Korytarza Transportowego, czyli trasy z zachodu na wschód, biegnącej przez terytorium Polski od przejścia granicznego z Niemcami w Jędrzychowicach, aż do przejścia z Ukrainą w Korczowej. Ich również zostawiono bez ekranów. – W czasie, gdy budowano tutejszy odcinek autostrady, podniesiono w Polsce, wbrew wytycznym WHO, dopuszczalne normy hałasu. Chodziło o to, by można było budować autostrady taniej, bez infrastruktury chroniącej przed hałasem – wspomina Łukasz Belter z miejscowego Stowarzyszenia na rzecz Wiedzy i Rozwoju „WiR Kopernik”, które zorganizowało akcję „Stop hałasowi od autostrady”. Ludzie zwracali się do władz gminnych i regionalnych, prosili o pomoc lokalnych polityków, w tym posłów. Nic nie wskórali, ale ich protest przerodził się w ogólnopolską inicjatywę, której efektem są prace nad obywatelskim projektem zmian ustawowych, mających wzmocnić ochronę przed hałasem. Chcą go złożyć na ręce Marszałka Sejmu RP.

Jarosław Fryc w ogrodzie swojego domu w pobliżu drogi krajowej nr 47 poprowadzonej na estakadzie. Nowy Targ, osiedle Na Skarpie, 3 kwietnia 2025 r. // Fot. Agnieszka Kantaruk

Hałas zalegalizowany

Dlaczego o ekrany tak trudno jest się doprosić? Wszystko zależy od wytycznych z analizy środowiskowej, wykonywanej dla konkretnej inwestycji. Jej autorzy, używając oprogramowania do obliczeń akustycznych, prognozują, czy dojdzie do przekroczenia dopuszczalnych norm. – Lokalizacja ekranów zawsze wynika z treści decyzji wydanych przez organy odpowiedzialne za ochronę środowiska. Dokumenty te wskazują, w których miejscach powstaną ekrany, jaki będą miały charakter, czy będą przezroczyste, czy tzw. pełne, i jaka będzie ich wysokość – potwierdza Kacper Michna, rzecznik prasowy krakowskiego oddziału GDDKiA.

Ale jest też pewien haczyk: dopuszczalne poziomy hałasu ustawione są w Polsce tak wysoko, że potrzeba naprawdę potężnego dźwięku, by oficjalny pomiar wykazał przekroczenia. Normy nie mają więc nic wspólnego z troską o nasze zdrowie, a jest tak od 2012 r. Wówczas minister środowiska Marcin Korolec, mając na celu ograniczenie kosztów robót drogowych w trakcie boomu budowlanego tuż przed Mistrzostwami Europy w Piłce Nożnej, podwyższył dopuszczalne poziomy hałasu do tego stopnia, że mało co mogło je przekroczyć. Zrobił to nie zasięgając opinii Ministerstwa Zdrowia ani innych jednostek naukowo-badawczych. Doprowadziło to Polskę aż przed Trybunał Sprawiedliwości UE, który w wyroku z 20 kwietnia 2023 r. stwierdził, iż Polska nie dostosowuje się do wymogów UE w zakresie walki z hałasem.

Skoro dopuszczalne poziomy hałasu są tak wysokie, to może przynajmniej nie są przekraczane? Ależ skąd! Polska jako kraj członkowski Unii zobowiązana jest do sporządzania raz na pięć lat strategicznych map hałasu, obrazujących stan narażenia obywateli. Sporządza się je dla miast powyżej 100 tys. mieszkańców, głównych dróg, lotnisk, linii kolejowych i obiektów przemysłowych. Można się z nich dowiedzieć, że dopuszczalne normy hałasu są w Polsce przekraczane niemal wszędzie, gdzie tylko na władzach miast i zarządców obiektów generujących hałas spoczywa obowiązek ich opracowania.

Z map hałasu da się wyciągnąć konkluzję, że gdziekolwiek powstaje droga do szybkiej jazdy, z dużym obłożeniem, tam ludzie będą narażeni na bardzo intensywny hałas. Ale mapy mapami, a nowe inwestycje mają swoje prawa. Jak pokazał dalszy ciąg nowotarskiej historii, opinia środowiskowa to dokument mający większą władzę niż ministerstwo, organy ochrony środowiska, posłowie, burmistrz, wójtowie i radni razem wzięci. To akustyk rozdaje karty, decydując w pojedynkę, jak zostaną rozdysponowane setki tysięcy złotych na ochronę przed hałasem i kogo ta ochrona obejmie – ludzi czy krowy. I nikt nie może zakwestionować jego decyzji, co rzuca pewne światło na fakt, dlaczego w kraju stoją kilometrami ekrany w miejscach, gdzie nikt nie mieszka, a jednocześnie nie można się doprosić ochrony akustycznej na terenach gęsto zaludnionych.

Dodatkowo opinie środowiskowe sporządzane są na długo przed tym, nim rzeczywiście dojdzie do robót budowlanych, a po nich – do otwarcia trasy. Tymczasem „pomiędzy” wiele się dzieje. Z danych Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców wynika, że z końcem 2023 r. zarejestrowanych było w Polsce 27 mln 347 tys. samochodów osobowych (co trzeci ma co najmniej 20 lat), 672 tys. więcej niż rok wcześniej. W roku 2024 pulę zasiliło kolejne 967 tys. pojazdów. Dla porównania: w 1990 r. wszystkich aut w kraju mieliśmy 5,2 mln.

Hałas bez konsekwencji

GDDKiA w ciągu roku od uruchomienia nowej drogi jest zobligowana do przeprowadzenia analizy porealizacyjnej oraz do oceny wcześniejszych prognoz (na co ma kolejnych sześć miesięcy). Dopiero po półtora roku może się więc okazać, że zmuszono ludzi do życia w hałasie nie do wytrzymania. Nikt nie poniesie za to konsekwencji, bo prawo żadnej odpowiedzialności w tej kwestii nie przewiduje.

– W naszej społeczności żyją osoby ciężko chore, często wymagające skomplikowanej rehabilitacji, które nie mogą czekać tak długo – mówi Aneta Piłat, która razem z sołtysem wsi Lasek Józefem Skotnickim koordynowała wysyłanie pism do wszystkich adekwatnych instytucji po tym, jak 30 sierpnia 2024 r. uruchomiono nowy odcinek DK 47, a wieś znalazła się w strefie silnego hałasu. Przechodzi nad nią olbrzymi wiadukt, zaś brak ekranów przekłada się też na fakt, że w przypadku stłuczek albo odśnieżania wszystko, co spada z konstrukcji, ląduje w ogródkach albo na lokalnej drodze.

Ostatnie pismo, z prośbą o wykonanie pomiarów hałasu, trafiło do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Krakowie. – Ekrany to jedno, ale by starać się o lokal zastępczy dla osoby ciężko chorej, która nie może przebywać non-stop w hałasie i wibracjach płynących od drogi, musimy mieć dowody w postaci wyników pomiarów – wyjaśnia Aneta Piłat. Na pismo wysłane 21 stycznia 2025 r. odpowiedź wciąż nie nadeszła.

Bezskuteczne okazały się też wszystkie wnioski kierowane do GDDKiA oraz instytucji ochrony środowiska przez włodarzy Nowego Targu. Radna Ewa Pawlikowska nie może się tej sytuacji nadziwić: – Przecież hałas, zaraz po smogu, ma najbardziej negatywny wpływ na zdrowie ludzi i niesie z sobą poważne koszty społeczne.

Najgorsze jest to, że instytucji, które powinny o nas w tej kwestii dbać, nie brakuje. Mamy Wojewódzkie Inspektoraty Ochrony Środowiska i Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska, podlegające Ministerstwu Klimatu i Środowiska; urzędami adekwatnymi do zgłaszania problemów z hałasem są jeszcze starostowie i marszałkowie województw. Jednak ludzie walczący z hałasem są mocno rozczarowani tymi instytucjami. „Pisma można pisać, ale hałasu od tego nie będzie mniej” – to jeden z typowych komentarzy.

W efekcie np. mieszkańcy podkrakowskiej Modlnicy, gdzie w grudniu 2024 r. otwarto kolejny fragment północnej obwodnicy Krakowa (z ekranami przy polach, a bez ekranów przy osiedlach), chodzą po domach w ochronnikach słuchu i błagają o pomoc w telewizyjnych programach, a ci, którzy odczuwają w domach hałas od krajowej siódemki w rejonie, gdzie jest ona wylotówką z Krakowa na Warszawę, chodzą po przejściu dla pieszych z transparentami i blokują ruch na drodze w Widomej.

Tak jest w całym kraju. W samej Warszawie trwa jednocześnie kilka protestów, m.in. o brak ekranów przy trasach S7 i S8. Łącznie liczba podobnych akcji obywatelskich idzie w setki.

Procedury zabijają protesty

Mieszkańcy nowotarskich osiedli pisma do WIOŚ i RDOŚ wysłali jesienią 2024 r. Prosili o stwierdzenie, czy dochodzi u nich do przekroczenia dopuszczalnych poziomów hałasu, czy nie. Ich listy, bez względu na to w jakiej formie i do kogo je adresowali, trafiły na biurko mgr inż. Ewy Gondek, kierownika Delegatury WIOŚ w Nowym Sączu, która odpisała wszystkim to samo: „Przedmiotowa sprawa pozostaje poza kompetencjami WIOŚ, gdyż dotyczy braku wykonania ekranów akustycznych przewidzianych w projekcie ww. inwestycji drogowej”, wobec czego WIOŚ przekazuje pisma od mieszkańców Małopolskiemu Wojewódzkiemu Inspektoratowi Nadzoru Budowlanego.

Tego było już mieszkańcom za wiele: przecież informacja o tym, że ekranów nie ma w żadnym projekcie, była podawana publicznie już od wiosny 2024 r., mówili o tym także przedstawiciele władz oraz GDDKiA. Ludzie napisali więc do Ministerstwa Klimatu i Środowiska z błaganiem o pomoc, ale skończyło się na tym, że ich sprawę odesłano do jednostek, które nie zajęły się nią dotychczas. Przekierowano ją również do wyjaśnienia do Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego.

W końcu biurokratyczna przepychanka zdenerwowała podhalańskiego posła Andrzeja Guta-Mostowego, któremu wyjaśnienia w sprawie składał na piśmie marszałek Sejmu Szymon Hołownia, zasięgnąwszy wcześniej wiedzy od wiceministra infrastruktury Stanisława Bukowca. Poseł PiS dowiedział się w ten sposób tego, co wszyscy: nie ma ekranów, bo nie było ich w projekcie, a nie było ich w projekcie, bo analiza środowiskowa wykazała, że ich być nie musi. Czyli dalej nic, tylko krowy ekrany mają.

Teraz władze miasta i mieszkańcy mogą zrobić już tylko jedną rzecz: zlecić akredytowanemu laboratorium akustycznemu wykonanie pomiarów hałasu, a po uzyskaniu potwierdzenia, że dochodzi do przekraczania dopuszczalnych poziomów, wrócić ze sprawą do marszałka województwa, opierając się na art. 362 Prawa Ochrony Środowiska. Zadaniem marszałka będzie w takiej sytuacji doprowadzenie do rozwiązania problemu, ponieważ jak czytamy w uzasadnieniu wyroku Sądu Najwyższego w podobnej sprawie: 

„Tolerowanie przez organy samorządu terytorialnego przekroczenia dopuszczalnych norm hałasu jest działaniem bezprawnym, mogącym naruszać dobra osobiste osób”. 

Nie da się jednak przeoczyć, że stopień skomplikowania procedur prowadzących do zmniejszenia uciążliwości hałasu drogowego jest tak znaczący, iż wielu poszkodowanych w ogóle takiej walki nie podejmie. A dopóki to się nie zmieni, przyrost liczby dróg w kraju będzie dumą dla rządu, ale dla ludzi zmuszonych żyć w ich cieniu – niekończącą się udręką.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 16/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Głośno. Jeszcze głośniej