Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Gdzie ja jestem?

Gdzie ja jestem?

23.04.2018
Czyta się kilka minut
WIELKIE PYTANIA | Niby wiadomo, że świadomość mieści się w mózgu. Bo przecież nie w jelitach, płucach albo sercu. Ale jednak, kiedy mówię „ja”, towarzyszy temu ruch ręką w kierunku mostka, a nie czaszki...
THANANIT / GETTY IMAGES
Z

Zlokalizowanie siebie samego w przestrzeni to jeden z tych problemów, które z początku mogą wydawać się wręcz trywialne. Jak to, gdzie jestem? Co to za głupie pytanie – tu, tutaj. Bo gdzieżby indziej? Spróbujmy jednak dopytać – najlepiej siebie samego – gdzie konkretnie jestem „ja” – a zaczną się schody. Gdzie odbywa się ten mój wewnętrzny dialog, skąd właściwie patrzę na świat?

Miej serce i patrzaj w serce

Czysto historycznie, w niewielu kulturach, w których rozważano tytułowe pytanie tego tekstu, pierwsza odpowiedź brzmiała: „w mózgu”. Jego rola wcale nie jest oczywista. Jest niby jasne, że skoro tak wiele organów zmysłowych znajduje się w głowie, to mózg musi pełnić jakąś rolę w łączeniu ze sobą płynących od nich sygnałów. Samo myślenie nie musiałoby się jednak dokonywać w tym samym miejscu, a jednym z głównych podejrzanych była klatka piersiowa i znajdujące się w niej narządy. Arystoteles w każdym razie uważał, że główną funkcją móz­­gu jest chłodzenie krwi, ludzie zaś są racjonalniejsi od zwierząt dzięki temu, że dzięki większym mózgom potrafią skuteczniej hamować dzikość wynikającą z rozgrzanej krwi.

Etnolog szwedzki Åke Hultkrantz przez 40 lat z przerwami mieszkał pośród różnych plemion rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej. Jedną z jego obsesji było wypytywanie przedstawicieli plemion indiańskich, gdzie, ich zdaniem, zlokalizowana jest jaźń. Mieszkańcy północno-zachodniej części Stanów Zjednoczonych nad wybrzeżem Oceanu Spokojnego, m.in. Szoszoni, uważali, jak duża część współczesnych Europejczyków (choć wcale nie wszyscy, o czym za chwilę), że ich „ja” mieści się w głowie; zwykle wskazywany był tył głowy, czasem kark. Członkowie licznych innych grup, m.in. żyjącego na terenie Kanady plemienia Salish, mówili natomiast, że dusza mieści się „gdzieś w klatce piersiowej”, najczęściej w sercu lub w jego okolicy. Potwierdza to obserwacje Carla Junga, który w 1925 r. wyjechał do Nowego Meksyku, gdzie rozmawiał z wieloma członkami Pueblów. Byli oni ponoć zaskoczeni, że zdaniem Europejczyków myśli się głową, podczas gdy „oczywiście” myśli się sercem.

Serce to ciekawy organ. Jego regularna aktywność, której ustanie oznacza bliską śmierć, każe uznać, że to właśnie w nim kryje się sekret życia. To nie przypadek, że Aztekowie ofiarowywali bogom właśnie serca. Były uważane nie tylko za siedzibę tożsamości indywidualnej, ale też za „okruch Słońca” (istli), a więc odłamek boskiego ciepła na Ziemi. Richard Lind w książce „The Seat of Consciousness in Ancient Literature” pisze, że istnieją tak naprawdę tylko dwie główne lokalizacje duszy opisywane w literaturze starożytnej Europy i Azji: głowa i serce. I to ta druga ma zdecydowane pierwszeństwo. We współczesnej metaforyce serce zostało „zdegradowane” do postaci siedliska emocji i intuicji, a więc miękkich sfer ludzkiej psychiki, w przeciwieństwie do twardego intelektu i racjonalności, które miałyby rezydować w głowie. Taka rola serca to jednak tylko drobna pozostałość po jego dawnej świetności. Ewagriusz z Pontu, chrześcijański mnich, teolog i mistyk, radził, abyśmy „oczyścili swe serca z wszystkich myśli”. Myśli!

W niektórych źródłach hinduistycznych atman, czyli coś w stylu europejskiej zasady indywidualności – „punkt, którym jestem ja” – umiejscawiany jest jednoznacznie w sercu. Tak głosi np. jedna ze standardowych upaniszad, „Prasna”. Inna upaniszada, „Brahma”, przedstawia jednak cztery równoważne położenia: pępek, serce, gardło i głowę. W rzeczywistości nic nie stoi przecież na przeszkodzie, aby moje „ja” było w moim ciele rozproszone, i taką interpretację proponuje klasyczna azjatycka teoria czakr, występująca w wielu formach w najróżniejszych systemach filozoficznych i religijnych, od hinduizmu i dżinizmu po buddyzm.

Zależnie od źródła, można spotkać się z różnymi liczbami czakr, zasadnicza idea jest jednak wspólna: główna oś energetyczna ciała ludzkiego, prowadząca od czubka głowy, przez linię kręgosłupa, aż po krocze, zawiera kilka „punktów węzłowych”. Każdy z nich ma zaś inną specyfikę. W jodze zlokalizowana na czubku głowy czakra Sahasrara związana jest z najwyższym poziomem świadomości, zaś Anahata, czakra serca, odpowiada za równowagę, spokój, czystość myśli. W ten sposób całe „ja” zostaje rozproszone, a zależnie od mojego stanu ducha, czy nawet sytuacji zdrowotnej, moja aktywność (w tym: psychiczna) koncentruje się w innym segmencie osi centralnej.

Jaźń płucno-wątrobowa

Te starożytne intuicje znajdują interesujące potwierdzenie w badaniach współczesnych. W 2011 r. Jakub Limanowski i Heiko Hecht opublikowali w czasopiśmie „Psychology” artykuł („Where Do We Stand On Locating the Self?”), w którym zestawiają odpowiedzi 87 osób na szereg pytań na temat ich „poczucia siebie”. Jedno z zadań polegało na namierzeniu na trójwymiarowym modelu ciała miejsca, w którym mieści się ich jaźń (Self). Odpowiedzi układały się na wyraźnej pionowej osi, przebiegającej od czubka głowy po genitalia, przy czym wystąpiły dwa duże zgrupowania: jedno w głowie, tuż za czołem, a drugie na wysokości mostka; centralnie lub nieco po lewej stronie.

W wielu kulturach poczucie, że „ja” mieści się w sercu, rozlewa się na jego okolice anatomiczne. Najczęściej – na płuca. Hultkrantz odnotował, że w wielu językach amer­indiańskich słowo oznaczające duszę jest takie samo jak słowo na oddech – jak choćby u meksykańskich Cahita, gdzie funkcję taką pełni słowo hiepsi, albo u Ute z Kolorado, gdzie duszę-oddech nazywa się sua’pun. W „Neijing Suwen”, tzw. „kanonie medycyny chińskiej Żółtego Cesarza” (to standardowy tekst taoistyczny i jednocześnie jeden z najstarszych chińskich traktatów medycznych) serce przedstawione jest jak cesarz ciała, który zarządza poprzez shen (duszę), jednak płuca są wysokimi urzędnikami pośredniczącymi, realizującymi jego rozkazy. Kolejne organy mają coraz bardziej poślednie funkcje w państwie ciała.

Jeszcze bardziej zaskakujące dla człowieka Zachodu może być przekonanie wyrażane przez członków plemienia Chewong z Malezji, którzy uważają, że siedzibą myśli i uczuć jest... wątroba. W ich języku występują zwroty typu „moja wątroba ma się dobrze” (co oznacza: czuję się dobrze), „moja wątroba zapomniała” (zapomniałem), ale nawet: „moja wątroba była maleńka” (było mi wstyd). Wszystkie wyrażenia odnoszące się do tego, co dotyczy mnie, mogą zostać wyrażone poprzez zdanie, w którym podmiotem jest rus – to samo słowo, którym opisuje się wątrobę, zarówno ludzką, jak i zwierzęcą.

Wędrówki ja

Kwestia wędrówki dusz to osobny temat-rzeka. Nie zawsze są to spektakularne podróże do Walhalli albo tułaczka po czyśćcu. Hultkrantz odnotował, że zdaniem Pomo mieszkających na terenie dzisiejszej Kalifornii dusza (tciken) znajduje się zwykle w sercu, jednak mogą jej przydarzać się mniejsze lub większe wycieczki. Zemdlenie oznacza, że dusza odsunęła się odrobinkę od swojego należnego miejsca i jeśli nie trafi szybko z powrotem do serca, konsekwencje mogą być śmiertelne. Dłuższa nieobecność duszy w sercu wymaga już interwencji szamana, który przywodzi ją – czasem potrzebna jest do tego dłuższa procedura, jak choćby wtedy, gdy dusza zdążyła zawędrować poza granice naszego świata. Peregrynacje takie, i techniki ich skutecznego zakańczania, świetnie opisywał Mircea Eliade w „Szamanizmie i archaicznych technikach ekstazy”.

W literaturze na temat lokalizacji jaźni uparcie przewija się plotka, że w dawnej Europie sądzono, iż kichnięcie powoduje chwilowe odskoczenie duszy od ciała, zaś wyrażane w wielu językach w reakcji na kichnięcie błogosławieństwo (jak angielskie „Bless you”) miałoby zapobiegać przejęciu w tej krótkiej chwili duszy przez diabła. Nie znalazłem żadnego potwierdzenia tej uroczej pogłoski, choć wielu autorów zarzeka się, że papież Grzegorz I (ok. 540-604) opublikował nawet specjalną bullę zawierającą teologiczną analizę kichania. Dużo lepiej udokumentowane są natomiast krótkotrwałe przypadki odsunięcia się „punktu lokalizacji siebie” na niewielkie odległości od ciała, towarzyszące sytuacjom ekstremalnym, jak krytyczny stan medyczny, wysokie przeciążenia (tzw. „wyjścia z ciała” zgłaszają od czasu do czasu piloci myśliwców) czy doświadczenia mistyczne. Ba, zjawisko takie można odtworzyć w warunkach laboratoryjnych.

Moda na tego typu badania rozpoczęła się od tzw. iluzji gumowej ręki. Jeśli położy się przed kimś na stole gumową rękę, podczas gdy jego własna ręka będzie schowana, to przy równoczesnym gładzeniu ich obu pędzelkiem osoba poddawana takiej procedurze będzie miała wrażenie, że ręka gumowa „należy do niej”. Istnieje cały szereg analogicznych badań, w których różnego typu iluzje wzrokowe albo konflikt pomiędzy danymi pochodzącymi od odmiennych zmysłów powodują „dryf proprioceptyczny” – wrażenie odsuwania się „wrażenia siebie” od rzeczywistych granic własnego ciała.

W jednym z tego typu eksperymentów (Bigna Lenggenhager i in. „Video ergo sum...”) badanemu wkłada się na głowę kask z systemem wirtualnej rzeczywistości i wyświetla mu się obraz jego własnego ciała (filmowanego równocześnie od tyłu kamerą), rzutowanego na obraz pokoju przed nim samym. Inaczej mówiąc, wydaje mu się, że stoi przed nim odwrócony do niego plecami człowiek identyczny jak on, powtarzający na żywo wszystkie jego ruchy. Po chwili osoba ta dźgana jest w plecy kijem, przy czym widzi na własne oczy, jak dźgany kijem jest stojący przed nim „ten drugi”. Wywołuje to ponoć dziwne, niepokojące wrażenie, że „ja jestem z przodu”. Autorzy pracy z dumą raportują, że udaje im się przesunąć punkt lokalizacji jaźni średnio o 24 cm poza ciało badanych.

Przesunięty w lewo

Pomimo całej posiadanej przez nas współcześnie wiedzy neuro­logicznej czy psychologicznej, omawiany w tym artykule problem pozostaje otwarty. Choć znamy dziś rzeczywistą funkcję płuc, serca czy wątroby i wiemy, że organy te nie myślą, to zagadnienie subiektywnej „lokalizacji jaźni” nie otrzymuje jednoznacznej odpowiedzi w ramach neuronauk. Wiemy natomiast, że ma ono związek z kwestią tzw. obrazu ciała: tym, w jaki sposób subiektywnie ustosunkowujemy się do swoich ciał. Nie jest to trywialny związek, a obiektywne fakty anatomiczne nie muszą przekładać się na autentyczne subiektywne przekonania. To, co sądzimy o swoich ciałach, i jak je odczuwamy, jest wynikiem skomplikowanych zależności psychologicznych i społecznych.

Względnie łagodną demonstracją tej zasady jest potwierdzony wieloma badaniami fakt, że mężczyźni mają skłonność do przeszacowywania swojego wzrostu. Poważniejsza jest już choćby ta tendencja, że osoby wykazujące zaburzenia odżywiania zwykle przeceniają swoją wagę ciała, czasem dramatycznie: mimo przedstawianej im dokumentacji fotograficznej i pomiarów są przekonani, że ich ciało wygląda zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Skrajnym przypadkiem jest zaś zaburzenie, nazywane czasem somatoparafrenią, a od 2004 r. również terminem „body integrity identity disorder” (BIID: „zaburzenie poczucia jedności ciała”). Cierpiący nań pacjenci są przekonani, że pewna część ich ciała – najczęściej któraś z kończyn – nie należy do nich. Mimo że potrafią ją kontrolować, odczuwają głębokie przekonanie, że jest to obcy kawałek mięsa, a nie część ich żywego organizmu. Często towarzyszy temu marzenie o amputacji.

To, jak skomplikowane muszą być procesy decydujące o naszej autolokalizacji, obrazuje historia pewnego niewidomego. W 2008 r. grupa włoskich badaczy pod przewodnictwem Franca Bertossy opublikowała artykuł („Point zero: a phenomenological inquiry...”) na temat „punktu zero”, którym to terminem, w nawiązaniu do geometrycznego początku układu współrzędnych, określali lokalizację „ja” wewnątrz naszego ciała. Jeden z badanych (ochotnik nr 55), niewidomy, twierdził, że jego własny „punkt zero” znajduje się w głowie, tuż za oczami – co nie dziwi – jednak stanowczo utrzymywał, że jest on nieznacznie przemieszczony w lewo względem płaszczyzny środkowej ciała. Inaczej mówiąc, utrzymywał, że swoje ciało odczuwa asymetrycznie. Wydaje mu się np., że po prawej stronie „siebie” ma nieco więcej materii głowy niż po lewej stronie. Po dłuższej rozmowie wyszło na jaw, iż odpowiedzialna za to może być jego indywidualna historia utraty wzroku. Otóż widzenie w prawym oku stracił mając ok. 7 lat, zaś w lewym dopiero w wieku 13 lat. „Moje »ja« jest przemieszczone w kierunku oka, które widziało dłużej – stwierdził. – Jest tak, jak gdybym cały był nieco przesunięty w lewo”. ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Filozof przyrody i dziennikarz naukowy, specjalizuje się w kosmologii, astrofizyce oraz zagadnieniach filozoficznych związanych z tymi naukami. Pracownik naukowy Uniwersytetu Papieskiego...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

o których się nawet Panu Bogu nie śniło - a do tego tacy Bułgarzy na przykład, potakują na nie i kręcą głową na tak - czyż to nie temat do dysertacji?

Darowałbym sobie wszystkie te poszukiwania własnego Ja w przekazach i mądrości ludowej, jego literackich alegorii, czy filozoficznych dywagacji. Sprawa prawdopodobnie jest jak zwykle mniej skomplikowana, wystarczy tylko bacznie obserwować nasze biologiczne zachowania. Naukowcy już oficjalnie potwierdzili, że w naszym brzuchu posiadamy drugie tyle komórek nerwowych co w mózgu, mało tego, działają one niezależnie od naszego mózgu, zaś sposób jaki z nim współpracują jest jeszcze ogromną tajemnicą. Dochodzi to tego coś jeszcze, 40% masy naszego ciała składa się z materiału nie posiadającego naszego DNA. Przeróżna drobnoustroje, związki chemiczne też oddziaływają na nas i nic na to poradzić nie możemy. Naszą pierwszą potrzebą biologiczną jest utrzymanie się przy życiu, a wiec jedzenie i picie, oddychanie jest jak powietrze, po prostu jest i wtedy my jesteśmy. Drugą siła, która nas pcha do działania, to prokreacja, przekazanie naszych genów następnym pokoleniom. Co tu dużo mówić wielu z nas myśli genitaliami, szczególnie w wieku młodzieńczym. Gdzie tu miejsce na wielkość człowieka w odniesieniu do własnego Ja. Masz gatunek jest bardzo bogaty w osobniki ekstrawaganckie, u których pewne standardy zostały naruszone, a gorąca krew karze im robić rzeczy wielkie, czasami straszne. Słowem, jesteśmy niezłe popieprzeni.

nie tyle "jesteśmy" tacy czy owacy, co nasze instynkty, emocje, działania sterowane są DNA, za jego pośrednictwem hormonami, bodźcami zewnętrznymi na które reagujemy znowu według matrycy DNA i wytresowanych odruchów, itede - nie widać miejsca na "ja", a zwłaszcza na "moja decyzja" - [no i oczywiście Pan Bog jedynie czasami może coś nam doradzić, albo powstrzymać naszą rękę uniesioną do... na przykład do góry]

Nie ma "ja"? To i nie ma sensu mówić "moje"! Dość konekwętne, ale skoro tak, to nie ma sensu mòwić np."powiedziałem","pomyślałem", "zrobiłem", czy "poszedłem", itp. Poprawnie było by "zrobiło się" poszło się", "pomyślało się" i tym podobne. Skoro nie ma "ja" to jak na nasze instynkty cokolwiek może wpływać? Albo "coś jest nasze", albo nie nasze! Żeby coś było moje muszę przyjąć jakieś podmiotowe "ja"! Ucho nie wie, że słyszy, oko nie wie, że widzi... To komu niby miałby "podpowiadać" Bòg? Nawet taka kulawą forma okazjonalnymi zaklada, że jakiemuś "mnie"

oczywiście, można mówić "pomyślało się", nic nie stoi na przeszkodzie - prócz językowej składni, gramatyki, tradycji itepe; ✚✚✚ wiele jest takich fenomenów które nie istnieją, a które mają swoje odniesienia w języku; ✚✚✚ przyjąć podmiotowe "ja" sobie Pan może, nic nie kosztuje i nikt nie zabrania, a w organizacji życia jak najbardziej to pomaga - ale nie oznacza, że coś takiego rzeczywiście istnieje ✚✚✚ JA to automatyczny skutek pracy naszego mózgu, tak jak i obrazy, dźwięki, zapachy - i tyle; ✚✚✚ a co do "podpowiadającego Boga" - no nie, prosze Pana, to był żart - a Pan naprawdę na poważnie?... ✚✚✚ żeby sprawę po raz ostatni wyoślić - JA jest iluzją, w pewnym sensie podobnie jak widok oazy na rozpalonej słońcem pustyni albo głosy w głowie schizofrenika, i niech się Pan zastanowi, czy ta oaza fatamorganowa istnieje czy nie - a jak Pana być może w końcu olśni, to prosze dać znać, razem się pośmiejemy

dla ułatwienia myślenia podpowiadam, proszę poszperać w necie, "ja" w kontekście neuronauk

Znak nie jest podobny do przedmiotu. Różnica między pojęciem a rzeczą dotyczy nie treści lecz jedynie sposobu istnienia pojęcia i rzeczy! Pojęcie zawsze posiada jedynie istnienie intencjonalne, podczas gdy rzecz posiada istnienie realne. Myli Pan sposób poznania z przedmiotem poznania. Czym innym jest sposób w jaki coś odkrywam (badam np. jakimś urządzeniem ludzki mózg, - mierzę jakieś tam wartości, prądy i co tylko tam chcę) mogę też coś doświadczać, doznawać jakichś przeżyć, to nie jest nigdy tym samym "czymś" co odkrywam. Jeżeli najogólniej mówiąc pojecie "ja" podobnie jak np. pojecie "istnienia" jest niedefiniowalne to nie znaczy, że nie "przedmiotu" którego znakiem jest "ja" i który mam prawo zanegować. Zresztą, gdy go neguję to popadam w sprzeczność. Ludzie np. wierzą i przyjmują, że istnieją atomy, w świetle współczesnej nauki, to taka sama prawda jak to, że istnieje św. Mikołaj. To co nauka podaje i jakoś tam próbuje opisać, czy zmierzyć to jedynie "model" i zbiór pojęć, przyjętych na zasadzie wnioskowania: są prezenty? - więc św. Mikołaj rzeczywiście istnieje.

oczywiście, że nauka tworzy jedynie modele, pełna zgoda; a co do "ja" - w znaczeniu, jakie temu pojęciu zwykle przypisujemy [w tym m. in. atrybut wolnej woli, ośrodek decyzyjny, centrum mikrokosmosu] nie istnieje, koniec kropka [banałem jest już stwierdzenie, że fizycznie nie istnieje tym bardziej]. "Ja" to pochodna pracy mózgu. To jak ekran monitora podłączonego do komputera, a na ekranie wielkimi literami "MYŚLĘ, WIĘC JESTEM" - no niech mu będzie... p.s. z tą wiarą w atomy i ich analogią do św. Mikołaja to Szanowny Pan według mnie lekko przesadził

Świętej pamięci A. Lepper któregoś razu na pytanie "Panie Andrzeju,ale dlaczego...?" Odpowiedział "- bo ja tak mòwię" Proszę jedynie zauważyć, żeby stwierdzić, , że coś jest jedynie złudzeniem, to wymaga zdolności autorefleksyjnej! Czyli podmiotu, zdolnego do obserwowania i analizowania samego siebie (w tym przypadku, auto-weryfikacji swojej wiedzy) było nie było, co namniej cechy cechy "wsobnej". Jezeli "ja" jest jedynie złudzeniem, to skąd wiem, że to nie jest jedynie kolejne złudzenie? Nie ma sensu powielać niepotrzebnie bytów (brzytwa Ockhmana) bo tak można budować ciąg w nieskończoność Nieprzesadzałbym też z tym "kombinezonem genetycznym" oczywiście jest w genach więcej determinantów niż byśmy sobie życzyli, jednak dotyczą one przede wszystkim cech fizycznych, wiem nie tylko tych, ale przypisywanie im wszystkich funkcji jest błędem redukcjonizmu. Czy to mój garnitur genetyczny stwierdza i decyduje kiedy jest noc albo dzień? Czy to zależy od mojej pozycji na Ziemi i aktualnego układu planet? Dla redukcjonisty efekt tego, że jadę np. samochodem, jako kierowca, odwiedzić moją ciotkę, jest konsekwencją tego, że but naciska pedał gazu, albo tego, że wybucha mieszanka paliwowa w cylindrach auto które prowadzę, przepraszam, - według Pana poprawniej jest stwierdzić "prowadzi się". Ja refleksem pracy mòzgu? Może w pewnym sensie i tak można to nazwać. Dla mnie mózg to jedynie organ, taki "instrument", ale żeby fortepian zagrał coś z sensem potrzeba pianisty,

taki organ, "instrument", jak zwykły procesor potrafi nie tylko zagrać, ale i namalować ✚✚✚ DNA decyduje nie tylko o długości nosa, ale także i przede wszystkim o wytwarzaniu i dystrybucji hormonów - a to już potężna sfera psychiki, odczuć, emocji, popędów, instynktów itede ✚✚✚ nasze kocham, nienawidzę, boję sie- to efekt pojawiania się w organizmie śladowych ilości związków chemicznych i nic więcej, prosze Pana ✚✚✚ nie tylko DNA decyduje - organizm reaguje na bodźce zewnętrzne jak właśnieświatło, temperatura, dźwięki, o tym już pisałem ✚✚✚ fenomem świadomości jest od tysiącleci obiektem ludzkiego zainteresowania, napisano na ten temat tony dzieł naukowych i filozoficznych [ja osobiście szczerze i życzliwie polecam "Spektrum świadomości" Kena Wilbera], jednak najbardziej spektakularne w tej materii odkrycia i doświadczenia pozostają udziałem mistyków, tak tych starożytnych, jak nam współczesnych, zarówno chrześcijańskich, jak i wychowanych w innych tradycjach światopoglądowych [tu dla "początkujących"bez wahania "Fala jest morzem " Willigisa Jägera] ✚✚✚ to, co Pan pisze o 'konieczności autorefleksji' tradycje wschodu z lekkim uśmiechem kwitują tak: nie może oko samo na siebie patrzeć - sugestia jest taka, że ten, co obserwuje "JA" i o nim rozważa, nie jest tym JA - to coś więcej, a na pewno coś poza i ewentualnie ponad, no i oczywiście jednocześnie z JA tożsame - ale to już wschodnia szkoła jazdy, w której my, tresowani na zachodzie jesteśmy cie-niu-teń-cy jak żyletki ✚✚✚ co nam pozostaje, to spróbować pójść drogą dawnych albo współczesnych mistrzów, i za ich przykładem usiąść przed ścianą w milczeniu - to nic nie kosztuje, a naprawdę dużo daje, polecam, pozdrawiam i z Panem Bogiem

Z całym szacunkiem dla Pana i pańskich poglądów, teraz lepiej rozumiem Pana stanowisko, jest w mim sporo koherencji, z resztą już chyba już to sygnalizowałem. I niech mi nie ma Pan za złe, spójność poglądów to jedno, "wewnętrzna" logika jako druga, też jakoś tam pasuje, tylko te "wyjściowe" przesłanki... Pan wybaczy, ale z takim samym szacunkiem szczerze dziękuję za wszelkiej maści monizmy panteistyczne, materialistyczne itd. i ich hybrydy... poubierane w "duchowe" formacje. - Pan rozumie, ale to już było... Co do jednego z Pańskich autorytetów.... No cóż? Można i tak: "Jezus nie rozumiał swojej śmierci jako śmierci odkupieńczej. (...) W całej metaforyce krwi i odkupienia trudno znaleźć jakiś sens" ("Fala jest morzem", str. 88). albo "To, co nazywamy Bogiem, rozwija się jak wachlarz w ewolucji" (tamże, str. 74) Co ja tu mogę od siebie dodać? Chyba jedynie, że "nie dorosłem" do takiego poziomu. PS Niech się Pan nie obrazi, ale znowu "szkolny błąd" pisząc: " nasze kocham, nienawidzę, boję się- to efekt pojawiania się w organizmie śladowych ilości związków chemicznych" myli Pan w dziecinny sposób skutek z przyczyną, ale czy warto... Z pełnym szacunkiem pozdrawiam Pana i z Panem Bogiem!

Pańska reakcja kojarzy mi się jednoznacznie z odruchem Pawłowa - pisze Pan "To już było..." - owszem, ale nie w naszej szkole - nas tresowano do zupełnie innego walczyka, a dodatkowym elementem tresury było wgrywanie reakcji strachu, niechęci a nawet agresji wobec innych melodyjek ✚✚✚ Pan pamięta te ostrzeżenia, jakie katechetka na religii, a potem ksiądz z ambony do baranków kierował, przed świadkami Jehowy, wyznawcami Krishny, dziś nawet przed Harry Potterem i Hello Kitty? uzasadnienie zawsze takie samo - to Szatan podsuwa wam te słowa/teksty, to jego podstępna metoda, by zwieść was na manowce, a jedyna droga do nieba i Boga wiedzie przez katolicki kościół i konfesjonał... ja doskonale znam i pamiętam to uczucie, ten głęboko zakodowany odruch lęku przed czymkolwiek bez imprimatur - w tle diabeł, smoła, koniec kropka - Pan najwyraźniej jeszcze się tego lęku nie pozbył... ✚✚✚ ale wracając do Pawłowa, otóż to właśnie już on prowadził słynne eksperymenty ukazujące mechanizmy i ścieżki naszej biologiczności, przed nim Galvani pokazał, że "od mózgu do ręki biegnie drucik nie nerw", do lat 60-tych ub. wieku słynne już badania nad LSD i po dziś dzień nad biochemią mózgu i całego organizmu, teraz to już morze informacji i wyników badań na ten temat - a Pan zdaje się utknął na mieliźnie absurdu, i dalej chce wierzyć, że Bóg stworzył człowieka w którymś tam dniu, ziemię parę dni wcześniej. W Pańskiej interpretacji skutku i przyczyny Pan sam zakochuje się na własne życzenie, dla lepszego efektu pobudza [chyba piórkiem?...] swe jądra do wydzielania testosteronu, zdobywa wybrankę i odbywa z nią stosunek płciowy, po czym wysyła do przysadki mózgowej polecenie uwalniania do krwiobiegu porcji oksytocyny aby było jeszcze milej... Wie Pan, po prostu nie chce mi się przytaczać wszystkich tych faktów, co dla Pana i dla czytelników na poziomie TP winny być oczywiste i banalne - sugeruję pogrzebać w necie i uzupełnić wiedzę na ten temat. ✚✚✚ p.s. co do książki W. Jägera - oprócz z przyczyn oczywistych Panu niemiłych przytoczonych przez niego cytatów znajdują się tam także takie fragmenty, podaję prosto z leżącego przede mną egzemplarza z autografem Autora: "pytanie: Co zatem z nauką Jezusa? odpowiedź: On sam jest tą nauką. Co takiego głosi w swoich kazaniach? Królestwo Boże. Królestwo Boże jest blisko, już jest, jest w nas"; albo: "Wszystkie te drogi [duchowe] są ścieżkami wiodącymi na szczyt tej samej góry(..) Kto rozpoczyna wspinaczkę na końcu, gdy przejdzie przez chmury zobaczy, że wszyscy wspinacze zawsze byli w drodze na tej samej górze i mieli przed oczyma ten sam cel". Czy ten, bardzo moim zdaniem adekwatny: "Wielu ludzi zostało zdeterminowanych przez obraz karzącego Boga, którego spotka u kresu życia. Dlatego całe życie spędzają w strachu i lęku - często pomimo posiadanej wiedzy." Lekceważenie całej treści czy nawet autora z powodu zakodowanego przywiązania do ortodoksji teologicznej nie jest rozsądne. To coś tak, jakby na przykład postać i dzieło JP II bagatelizować z powodu jego kontrowersyjnego podejścia do tematu pedofilii wśród księży katolickich. "Nie lękajcie się!" - te słowa JP II Panu dedykuję.

Nie ma się co mazać! Ma Pan kompleksy, lęki...? Lepiej się sprawnie za siebie zabrać niż żałośnie użalać. Z tym "włażeniem na górę", to tak jak wcześniej pisałem "to już było!" Jak Pan przegapił, to polecam niezwłocznie zdobyć, nie odkładać na półkę, nauczyć się (najlepiej) na pamięć, a część karmy (nie pokarmu, tylko "karmy" - Pan rozumie?) już nigdy do Pana nie wróci. O czym mowa? Jest taka wspaniała pozycja J.A.S "Droga w światy nadzmysłowe" z pewnością przypadnie do gustu i ... Daj Boże pomoże! I proszę mi już tu nie beczeć! Ale może lepie już bez tych kontredansów. Zostawmy kulturę masową i sekciarstwo w spokoju, i ad rem! Wie Pan..., wiemy obaj, - "tego" nie ma, -"tamto" jest złudzeniem, - tamto "inne" to jeszcze coś innego.... Skąd to wiem? No oględnie mówiąc przebrnęliśmy my to, , - nieważne! Ale z pewnością są geny!!! I Tu wszystko się doskonale ujaśnia!!! No bo gen plus gen, to już dwa geny, a potem, to się samo kręci... Jasna sprawa jak słońce! Słyszał Pan kiedyś o dwóch sistrach Abby i Britanny? Podpowiem! Siostry bliźniaczki (monozygotyczne) i dzielące jedno wspólne ciało tzw. siostry syjamskie. W ich przypadku poza identycznym, takim kropka w kropkę "kaftanie genetycznym" - co jest w ogóle cechą bliźniąt monozygotycznych (to jakby dwa identyczne "klony", nie mylić z drzewami! Pan rozumie?) mają jeden wspólny korpus, dwie nogi i parę rąk i są dwie! Wie pan co same mówią o sobie? Albo o nich ich rodzice? Powtórzę, identyczny wspólny genotyp! ( Dla Pana to już z pewnością będzie albo jedna osoba, albo dwie takie same osoby, Pan sam już sobie to po swojemu wyjaśni.) Wróćmy do pytania. - Ano, rodzice twierdzą, że siostry mają odrębne charaktery, tudzież upodobania i gusty... One same o sobie, każda z osobna, wyrażają się w inny sposób. Jak Pan sądzi? Mają jeden wspólny dokument tożsamości? Jedną i tę samą "równoległą" tożsamość? I przepraszam za wyrażenie, dążą do życia w tzw. "trójkącie"? Te same geny w całym ich ciele, w mózgach też, te same wspólne hormony, enzymy, itp., itd.!!! Czyli z automatu, posiadają identyczną : wiarę lub niewiarę? wiedzę? światopogląd? Czy nawet "bazowo", emocje powinny mieć - jeżeli przyjąć Pański punkt widzenia - co najmniej identyczne? - Bo jeżeli nie, to ... Bodajże kilka lat temu zdały prawo jazdy, jak będzie wypadek z ich powodu, to jak by Pan rozstrzygnął która i w jakim stopniu ponosi odpowiedzialność? Drugi przykład, niedawno, po roku pobytu na stacji kosmicznej niejaki Scott Kelly szczęśliwie powrócił na Ziemię. Ale pan Scott nie przypadkowo został wysłany w przestrzeń. Mówiąc krótko, Kelly ma monozygotycznego brata bliźniaka, tyle że ten pozostał na Ziemi. Porównywano ich geny przed i po misji Kellego. Oczywiście przed misją geny braci były identyczne, ale jak podaje NASA-a, po powrocie oprócz drobnych różnic fizycznych, stwierdzono "setki mutacji" DNA, część z nich na ziemi powróciła do "normy", ale jak podaje agencja ok. 7% pozostało zmienione "nie tymczasowo"! I jak Pan sądzi? Kelly Skot ma w siedmiu procentach inną tożsamość? Przestał, albo na nowo zaczął kochać swoją żonę, może zaczął się w siedmiu procentach wahać? Wie Pan? Są ludzie, nawet uczeni, i gdy ich spytać dlaczego upadł na ziemię przedmiot, który świadomie przed momentem wypuściłem z reki, bez wahania odpowiadają: Jak to dlaczego? Bo go puściłeś! Oczywiście, gdybym go nadal trzymał, to by nie upadł, jasne jak słońce! Żadna eureka, ale... Czy to prawda, że dlatego, że go już nie trzymam, to spadł on na ziemię? Niech już w spokoju sobie Pan to sam wyjaśni jak to jest? PS Jedna skromna prośba, tylko jedna! Jak ma Pan frustrację, lęki i miesiączkę typu męskiego, to proszę nie silić się na pisanie pod moim adresem. Niech Pan to jakoś załatwi ze swoimi genami, czy jakimiś tam organicznymi płynami. A i jeszcze jedno, dlaczego poleciłem Panu "tę książkę"? To "toksyczna" pozycja, widziałem to po sobie i osobach mi bliskich. Kiedyś krążyła i zbierała spore żniwo, dziś to pewnie antyk, nie wiem. Znam „kapkę” tę tematykę, byłem, miałem okazję być w kilku miejscach Azji, nie u źródeł, ale trochę widziałem.... i słyszałem... Trochę to trwa za mim świadomie potrafi się wybrać (widzi Pan jak napisałem? "potrafi się") między tym czy lepiej poznawać czy myśleć? Tu postawię kropkę (.) Jeżeli doczytał Pan do tego momentu, to pozostaje mi jedynie podziękować za cierpliwość i przy okazji pozdrowić Pana! Pozdrawiam!

weźmie Pan pod rozwagę pierwszego lepszego schizofrenika i już ma Pan dwa różne paszporty z takim samym zdjęciem... teraz na poważnie - pomijam te idiotyzmy z "miesiączka męską", głupoty Pan takie wypisuje że szkoda gadać, po prostu - i z tymi siostrami, i z astronautą, widać pojęcia nie ma o czym pisze - radzę na wstrzymanie wziąć - no i staranniej dobierać lektury, bo te obecne najwyraźniej Panu szkodzą

Już Panu raz pisałem „cegła nigdy nie jest domem” – myślałem, że prościej się nie da, ale jak widzę nawet taka „łopatologia” na niektórych nie działa, dlatego podałem inny przykład…. Ale… Przeróbmy to jeszcze raz! Wymieńmy kilka cech istotowych domu, tj. jaki może być dom? No i podajmy tak dla przykładu kila cech np. mieszkalny, rodzinny, przestrzenny, ergonomiczny, zamieszkały, opuszczony, zamknięty, otwarty, gościnny, otwarty dla przyjaciół, starców, opieki społecznej… i tak praktycznie bez końca. A jakie cechy istotowe może mieć cegłówka? Tu też można wymieniać bez końca…. Tylko proszę zauważyć, czy którakolwiek z cech istotowych domu zawiera się chociażby „szczątkowo” w cegle? Cegła może być „gościnna” ,„rodzinna” „łatwa do umeblowania”, a może być z werandą i tarasem? Trzeba, albo wystarczy tylko rozumieć, że orzekanie o domu nie wynika z orzekania o cegle!!! A dlaczego to niech już sobie Pan sam „przepracuje”. Już na koniec, - widzi Pan są tacy uczeni ludzie, którzy jak wspominałem, odpowiadają, że „przedmiot upadł bo go puściłem” Gdy im zadać pomocnicze pytanie „a gdyby ten sam przedmiot ważyłby dwa razy więcej, to jak by spadł?, w jakim czasie?” Zdecydowana, zapewniam!, zdecydowana większość odpowiada „- no jak to jak? - dwa razy szybciej!” Gdy ich dopytuję: „z czego to wynika? skąd to wiedzą?” Najczęściej słyszę, że „to logiczne!, bo jak coś jest dwa razy cięższe to i dwa razy szybciej musi spadać!” Konia z rzędem i chyba nominację do Nobla z fizyki dla tych nowych naukowych odkrywców „praw logiki” no i samo przez się, „praw fizyki” .

Kim jestem? Jaka jest moja toż-samość? Czy jest to soma oddzielona od reszty "świata" osobniczą przemianą materii opartą na cudzo-żywności(pneuma)? Czy jest to psyche jako behawior dla podtrzymania tej egzemplarycznej pneumy? A co z ludzkim intelektem zdolnym do abstrakcji i konstruującym istniejące Jedno(Boga)? Bóg to hipotetyczno-nominalna konstrukcja psyche, czy ontologiczne odkrycie rzeczywistości? Hipostasis-liczba jako proporcja; proporcja jako kwant istnienia w tzw. polu racjonalności i Logos jako początek istnienia wszystkiego w relacji-w tym można doszukiwać się ludzkiej jażni. Psyche, pneuma i soma konstruujące osobniczą jażń, a które powstały w procesie ewolucji, wychodząc od hipostazy "otwartej"(Alfa),zmierzają ku hipostazie "zamkniętej"(Omega), czyli ku Jednemu jako Bogu. Czyli jażń (człowieka) jest zawarta między Alfa i Omega, które jest Relacją, czyli Istnieniem, czyli Istotą-w trzech Osobach,które przekraczją osobniczą tożsamość(nieprzekazywalność) ...Gdzie ja jestem? Tam gdzie jest Jedno-Bóg. "Gdzie mieszka Bóg-ja wiem"-tak śpiewa Izreal, jako ten, "co widzi Boga". Więc gdzie mieszka Bóg-a ja wraz z Nim?
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]