Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Garnek na ogniu

Garnek na ogniu

01.12.2010
Czyta się kilka minut
Jaką rolę w dziejach PRL odgrywały kolejne "polskie miesiące"? Czym rok 1970 różnił się od 1980? O tym dyskutują historycy Łukasz Kamiński i Paweł Machcewicz. Debatę prowadzi Roman Graczyk.
R

Roman Graczyk: Dlaczego, pomimo jego oczywistych niedogodności, a nawet niegodziwości - takich jak terror, nacjonalizacja własności, sowietyzowanie kultury - wielu ludzi w Polsce uznawało, że można w tym systemie żyć, a nawet wiązać z nim swoje aspiracje? Dlaczego wielu dokonało - przynajmniej częściowej - interioryzacji wartości komunistycznych, uznawało ten ustrój za swój, a co najmniej za możliwy do życia, co zawężało bazę potencjalnych buntów?

Paweł Machcewicz: Tego systemu w Polsce by nie było, gdyby nie Armia Czerwona i sowiecka przemoc. Aż do roku 1987-88 panowało przekonanie o bezalternatywności systemu. Ale zarazem wytwarzał on mechanizmy poparcia i przystosowania. W okresie największego terroru na przełomie lat 40. i 50. równolegle do terroru działały mechanizmy pozytywne: były rzesze ludzi, którzy doświadczali awansu społecznego. I choć potem przychodziło rozczarowanie, dla wielu z nich początkowo był to awans właśnie, np. wyjście poza ograniczoną sferę bytowania wiejskiego.

Poza tym dosyć długo, może do początku lat 60., przeważało przekonanie, że ten system jednak modernizuje Polskę: buduje przemysł, urbanizuje, likwiduje analfabetyzm. Do pewnego momentu oceniano, że dystans do Zachodu się zmniejsza. Niebagatelne były też postawy dostosowania w przekonaniu, że tak czy inaczej radykalnej zmiany nie można dokonać i możliwe są tylko zmiany cząstkowe.

W tym sensie rok 1956 był dla milionów ludzi doświadczeniem, które pozwoliło im się pogodzić z systemem. Wcześniej był on postrzegany w masowej skali jako quasi-okupacyjny, narzucony z zewnątrz, skrajnie represyjny i dyktatorski, antynarodowy, antyreligijny i przez kolektywizację godzący w tradycyjne sposoby życia milionów mieszkańców wsi. A potem uznano, że da się w nim żyć: władza zrezygnowała z kolektywizacji, z masowego terroru, z sowietyzacji we wszystkich dziedzinach życia. To spowodowało, że ludzie zaczęli ten system postrzegać jako niewątpliwie dyktatorski, ale w dużej mierze swój.

Łukasz Kamiński: Nie do końca się z tym zgadzam. Powszechnie występowało zjawisko dostosowania się, natomiast dalej idące zjawisko akceptacji czy zaangażowania nie było powszechne - na szerszą skalę występowało jedynie wśród inteligencji.

Jeśli chodzi o interioryzację wartości komunistycznych, mówiłbym raczej o werbalnym przejęciu pewnych haseł, ale to było często używane zarazem przeciw władzy. Np. "wy mówicie, że my, robotnicy, jesteśmy klasą przodującą, więc dobrze, chcemy nią być, ale mamy złe warunki pracy, nie słuchacie naszego głosu" itd. Czyli to, co było przydatne, było akceptowane, ale to nie przekładało się na generalną akceptację systemu.

Ważnym powodem długiego trwania komunizmu w Polsce były skutki poszczególnych kryzysów. Na kryzys możemy patrzeć jako na problem dla systemu, moment zagrożenia jego istnienia. Ale można też popatrzeć z drugiej strony jako na szansę na wychwycenie jego niedoskonałości i ich korektę. Po zmianach system funkcjonuje lepiej, ale też staje się łatwiejszy do przystosowania się, jest mniej codziennych powodów do tego, żeby się sprzeciwiać.

Paweł Machcewicz: Zgoda, że czym innym jest przystosowanie, a czym innym akceptacja. Zresztą jest pytanie: co rozumiemy przez termin "akceptacja"? Myślę, że to było coś innego niż akceptacja w warunkach pluralistycznego systemu politycznego.

Ale upierałbym się, że rok 1956 miał ogromne znaczenie dla poszerzenia nie tylko bazy przystosowania, ale także przejściowej akceptacji dla systemu. Przypomnę ten ogromny entuzjazm, który towarzyszył Gomułce. Myślę, że nie było innego momentu w dziejach Polski po 1944 r., żeby którykolwiek polityk spotkał się z takim entuzjazmem. Ja w swojej książce o roku 1956 cytuję listy, które przysyłano do Gomułki; przysyłano mu też biżuterię, pieniądze, robotnicy dobrowolnie podejmowali zobowiązania produkcyjne.

Oczywiście to nie oznaczało wsparcia dla komunizmu, to było wsparcie dla konkretnego polityka, Władysława Gomułki, który postrzegany był jako polityk narodowy, który powiększa zakres polskiej autonomii wobec Moskwy, który chce budować socjalizm inny niż sowiecki. No i odbywa się to w sytuacji bezalternatywności. Gdyby w 1956 r. wrócił Mikołajczyk i odbudowałoby się PSL, to zapewne te nastroje przesunęłyby się w tę stronę.

Łukasz Kamiński: Czy to było poparcie dla programu Gomułki, czy dla wyobrażenia o tym programie? Moim zdaniem ludzie sobie tak wyobrazili Gomułkę i jego program, a mniej słuchali, co on rzeczywiście im mówi. Najlepszy przykład tej rozbieżności: dekolektywizacja. Gomułka absolutnie nie chciał dekolektywizacji. Powiedział tylko, że nie będzie przymusu kolektywizacji. Ale to natychmiast zostało zinterpretowane jako opowiedzenie się Gomułki za dekolektywizacją. I nastąpiła żywiołowa dekolektywizacja, a Gomułka nie miał innego wyjścia, jak zaakceptować ten stan rzeczy.

Paweł Machcewicz: Tak, Gomułka trochę co innego robił, a co innego obiecywał. Sposób, w jaki on wyszedł z kryzysu październikowego, jest majstersztykiem, na którym mogliby się uczyć także politycy demokratyczni. Więcej obiecywał, niż robił, ale robił rzeczy istotne. Jeden przykład: przecież zwolnienie prymasa Stefana Wyszyńskiego z internowania to była decyzja Gomułki, mimo że odwilż polityczna trwała już od kilku miesięcy. To budowało jego mit. Podobnie jak to, że oparł się Sowietom.

Łukasz Kamiński: Oparł się, ale nie tak, jak to się wtedy wydawało. Teraz to wiemy, bo znamy stenogramy z tych rozmów.

Dla jego legendy to nie miało wtedy żadnego znaczenia. Ważne było, że sprzeciwił się delegacji radzieckiej bawiącej w Warszawie.

Paweł Machcewicz: To było tym ważniejsze, że nie chodziło tu - jak w roku 1980 i 1981 - o groźbę interwencji, ale o interwencję w toku, bo przecież oddziały sowieckie już szły na Warszawę.

Jest taki tekst Zygmunta Kubiaka z pierwszego numeru "Tygodnika Powszechnego" po jego wznowieniu [w latach 1953-56 "TP" był odebrany Jerzemu Turowiczowi i wydawany przez Stowarzyszenie PAX - red.], a więc na Boże Narodzenie 1956, dziś kompletnie zapomniany, a szalenie ważny. Jego tytuł brzmi "Natura i obłęd", co dobrze oddaje myśl autora. Kubiak dowodzi w nim, że komunizm całkowicie lekceważył naturę człowieka, próbując ją zastąpić czymś lepszym, lecz że to lekceważenie prowadziło do zbrodni. Może nigdy potem, aż do lat schyłkowych PRL-u, w prasie polskiej nie pojawiła się tak dotkliwa demistyfikacja komunizmu. Powstaje więc pytanie: skoro przenikliwe umysły już wtedy dobrze rozeznawały istotę komunizmu, to dlaczego późniejsze analizy komunizmu i projekty zmiany politycznej były tak uwikłane w ten mit, i to nie tylko z powodów geopolitycznych?

Łukasz Kamiński: Myślę, że to było skutkiem roku 1956. Pojawia się wtedy nowa kategoria osób sprzeciwiających się ustrojowi - rewizjoniści, potem "komandosi" - w jakiś sposób wywodzących się z komunizmu. Więc dla nich taka postawa jest naturalna: szukają zmiany, bazując na tym, co znają. Takie głosy, o jakich pan powiedział na przykładzie tekstu Kubiaka, schodzą więc na margines albo są formą potocznego wyrażania gniewu wobec komunizmu, ale nie jego analizą. Ludzie działający w dłuższej perspektywie, nie pod wpływem doraźnych emocji, raczej formułowali programy, które wydawały im się możliwe do realizacji, zgodnie z definicją polityki jako sztuki urzeczywistniania możliwego. Ale też ta radykalna perspektywa całkiem nie znika: ona jest np. w deklaracji programowej "Ruchu" [konspiracyjnej organizacji niepodległościowej, działającej w drugiej połowie lat 60. i rozbitej przez władze - red.].

Paweł Machcewicz: Oprócz "Ruchu" był nurt niewielkich podziemnych organizacji młodzieżowych w latach 60. Ale warto patrzeć na komunizm jako na część lewicowego mitu, który miał ogromną siłę oddziaływania. Ten mit obiecywał ludziom wyjście z biedy, nierówności społecznych, a w Październiku ’56 i jeszcze dłużej dobrze pamiętano np. polskie doświadczenia Wielkiego Kryzysu z lat 30., powszechną biedę itp. W tym sensie marksizmu nie da się sprowadzić do Gułagu. Z tego mitu nie było łatwo się wyzwolić.

Przebadałem dużą ilość akt operacyjnych Wydziału IV SB w Krakowie od późnych lat 50. Z tych dokumentów wyłania się obraz oficerów SB jako grupy zawodowej i jej ewolucja na przestrzeni dłuższego okresu. Pod koniec lat 50. oni działają w sposób, który znamionuje pewien wigor ideologiczny i przekonanie o długotrwałości systemu, któremu służą. 20 lat później już tego nie ma. To prowadzi mnie do pytania o wpływ kryzysów systemu na morale aparatu przemocy. Czy gdyby nie było destalinizacji, losy komunizmu w Polsce mogłyby się potoczyć zupełnie inaczej? Czy gdyby system nie miał po drodze paru wpadek, to ci oficerowie SB, o których mówię, że stracili ideologiczny wigor pod koniec lat 70., nadal by go mieli?

Łukasz Kamiński: Dla esbeków doświadczenie kolejnych kryzysów systemu na pewno było w jakimś stopniu demoralizujące. Uczyło ich np. tego, że trzeba być ostrożnym, bo nie wiadomo, co za kolejnym zakrętem okaże się bardziej słuszne, a co mniej.

Co by się działo w Polsce, gdyby nie doświadczenie roku 1956? Mam na ten temat hipotezę, którą nazywam ekonomią oporu. Ludzie zasadniczo buntują się w dwóch sytuacjach. Albo wtedy, kiedy mają nadzieję na zmianę. Albo wtedy, kiedy są przyparci do muru. Takim buntem był opór chłopów przeciw kolektywizacji w latach 50. Przykładem takiego buntu na skalę bloku komunistycznego jest bunt w Braszowie w Rumunii w 1987 r. To jest jedyny bunt społeczny w Rumunii o szerszym wymiarze i on następuje nie w momencie liberalizacji, czyli nie po 1965 r. wraz z dojściem Ceauşescu do władzy, ale w momencie największego nasilenia terroru.

Zatem nie da się odpowiedzieć na pytanie, czy system przetrwałby dłużej, gdyby nie było destalinizacji. Niektórzy mówią, że koniec komunizmu zaczyna się w roku 1956. Moim zdaniem można też spojrzeć na to inaczej: gdyby nie doszło do tej korekty z 1956 r., system nie dostałby nowej szansy i upadłby szybciej.

Paweł Machcewicz: Nie do końca zgadzam się z obserwacją dotyczącą załamywania się morale w SB. Oczywiście z biegiem lat wyczerpywały się motywacje ideologiczne funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa. Ale to nie oznacza, że zmniejszała się ich lojalność i gotowość do obrony systemu. Zauważmy, że w fazie wciąż ideologicznej, w roku 1956, pod wpływem referatu Chruszczowa i krytyki represyjnych metod w Polsce ten aparat na jakiś czas staje się zupełnie zdezorientowany i nie może być skutecznym narzędziem w ręku władzy - to oczywiście mija. A w roku 1980, w fazie nieideologicznej, nic nie wiemy o tym, żeby funkcjonariusze dystansowali się od władzy, a wiemy, że byli gotowi bronić systemu.

Miałem na myśli raczej to, jak oni pracowali. Pod koniec lat 50. działają z dużą pewnością siebie, jak zaplanują jakieś działanie wobec osoby, którą chcą zwerbować, to je bez wahań wykonają, włącznie z tym, że bez pytania nachodzą ludzi w domu - i są skuteczni. 20 lat później niektóre werbunki ciągną się latami, ponieważ plany są niezdecydowane i stronią od środków gwałtownych - a to gorzej działa.

Paweł Machcewicz: Nie jestem pewien, czy cezurą nie jest tutaj rok 1955-56. Bo wcześniej ten aparat był bardzo zmobilizowany, działał w warunkach powszechnego strachu i poczucia zagrożenia, wtedy mógł sobie na dużo pozwolić. W latach 60. ten aparat jest bardziej wykształcony i w pewnych wymiarach staje się bardziej skuteczny. I, z kolei, jego wielka mobilizacja, która następuje w celu rozbicia Solidarności i potem penetracji podziemia solidarnościowego, jest jednak przykładem skutecznej działalności, chociaż nie motywowanej już wiarą w marksizm-leninizm.

Ale chciałbym się jeszcze odnieść do pytania, jak się ma liberalizacja systemu do kryzysów systemu. Myślę, że to jest pewna prawidłowość: że reformowanie jest najniebezpieczniejszym momentem dla reżimów komunistycznych i szerzej w ogóle dla reżimów dyktatorskich. Gdy zaczyna się liberalizować - na to zwrócił uwagę już Tocqueville, opisując drogę do Rewolucji Francuskiej - powoduje to erozję systemu. Lata po śmierci Stalina są tej prawidłowości klasycznym przykładem. Bunt w NRD w czerwcu 1953 r. następuje też w warunkach liberalizacji, której patronuje Beria.

Tak samo polski Czerwiec ’56 następuje w warunkach zaawansowanej już "odwilży", u robotników Poznania obniża się bariera strachu i oni jakby wypróbowują, na ile sobie mogą pozwolić; są masówki w zakładach pracy, coraz ostrzejsze żądania. A z kolei aparat bezpieczeństwa nie bardzo wie, jak działać w zmienionych regułach. Bezpieka doskonale wiedziała, co się szykuje, więc gdyby to się działo rok wcześniej, to tych najbardziej aktywnych robotników by aresztowano i bunt by uśmierzono przed wybuchem. Natomiast w 1956 r. na naradzie, która się odbywa w przeddzień wydarzeń z 28 czerwca, zapada decyzja absolutnie połowiczna: aresztowania tylko jednego robotnika z Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. W ten sposób niczemu nie zapobieżono.

Zatem niewątpliwie liberalizacja sprzyja buntom, ale nie zawsze bunt następuje w momencie liberalizacji. Np. w Grudniu ’70 nie było żadnej liberalizacji, tylko ludzie poczuli się zdesperowani.

Wyobraźmy sobie, że Lechosław Goździk, przywódca robotniczy z Października ’56, objawia się w 1988 r. na strajku w Nowej Hucie czy w Stalowej Woli i mówi do strajkujących to, co mówił w Październiku: towarzysze, trzeba poprzeć naszych sprawdzonych towarzyszy, którzy kandydują do Biura Politycznego PZPR, bo wtedy nasze postulaty zostaną spełnione. Goździk w Październiku ’56 mówił jak przedstawiciel klasy robotniczej, podmiotu dziejów w rozumieniu marksistowskim, jak ktoś, kto wierzy w tę obietnicę - i buntownicy wtedy słuchali tych słów ze zrozumieniem. Ale ktoś taki w roku 1988 byłby przez robotników przegnany precz. Dlaczego oblicze buntownika tak bardzo się zmieniało? Czy można powiedzieć o jakimś kumulowaniu doświadczeń?

Łukasz Kamiński: W tej paraleli jest coś, z czym bym się nie zgodził. Bo moim zdaniem bunt z roku 1956 i bunt z lat 80. są najbardziej do siebie podobne. Natura żądań społecznych w roku 1956 i w roku 1980 była dość zbliżona, natomiast przywódcy byli inni.

Paweł Machcewicz: Goździk rzeczywiście nie byłby zrozumiany w roku 1988. Ale w roku 1980 już by znalazł większy posłuch. Myślę, że w latach 80. dokonała się już taka ostateczna, masowa kompromitacja komunizmu i jego delegitymizacja w wymiarze ideowym. Ludzie zdali sobie sprawę z tego, że wprawdzie nie ma starych nierówności, takich jak przed wojną, ale powstały nowe, nowa klasa uprzywilejowana. A także, że ten system już niczego nie modernizuje, lecz pogłębia zacofanie, nie daje żadnych szans na rozwój.

Warto zwrócić uwagę na bezpośrednie lekcje z poprzednich kryzysów. Porównajmy rok 1970 z 1980. Wśród postulatów zgłaszanych w Grudniu ’70 znajdziemy np. hasła związków zawodowych, niezależnych od biurokracji partyjnej i związkowej. To przykład Ogólnomiejskiego Komitetu Strajkowego w Szczecinie. Ale choć takie postulaty były, wszystko potoczyło się inaczej niż 10 lat później - i na tym polega lekcja, która została odrobiona. W 1970 r. w Szczecinie negocjacje toczył Komitet w okrojonym składzie, z udziałem delegatów tylko dwóch zakładów pracy, poza terenem stoczni, i robotnicy dali się w końcu zmanipulować.

Tak więc w 1980 r. stoczniowcy wiedzieli, że tego rodzaju postulatowi muszą towarzyszyć gwarancje, iż niezależne związki powstaną naprawdę, że trzeba negocjować na swoim terenie, i że dobrym sposobem protestu jest strajk okupacyjny, a nie wyjście na ulice.

Andrzej Paczkowski policzył, że w latach 70. było po kilkadziesiąt strajków rocznie, czyli że ten bunt tlił się cały czas. Pan dr Kamiński sformułował kiedyś tezę, że w gruncie rzeczy w PRL trwał permanentny kryzys, który objawiał się raz mocniej, a raz słabiej. Jaki model wyjaśniający wydaje się Panom najlepszy?

Łukasz Kamiński: Wprawdzie wielokrotnie tę tezę stawiałem, ale jako pierwszy chyba postawił ją profesor Paczkowski. Posłużyłbym się tu modelem kulinarnym. Z tym tylko, że on pasuje wyłącznie do sytuacji polskiej, a nie pasuje do opisu dziejów komunizmu w żadnym innym kraju bloku komunistycznego w Europie.

Mamy więc garnek na ogniu. Garnkiem jest komunizm w Polsce, a ogniem całe nasze niedopasowanie do komunizmu, np. dziedzictwo historyczne. W związku z tym ogień buzuje, przykrywka na garnku cały czas podskakuje, raz bardziej, a raz mniej. Komuniści mogą sytuację ratować albo dmuchając do garnka, albo obciążając przykrywkę. W garnku ciągle wrze, ale co kilka-kilkanaście lat dochodzi do kipienia.

System komunistyczny w Polsce - w odróżnieniu od "bratnich krajów" - nigdy nie miał okresów prawdziwej stabilizacji, to znaczy takiej, gdy mechanizmy systemowe naprawdę dobrze funkcjonują. Nigdy nie był w stanie zapewnić zaopatrzenia konsumpcyjnego na przyzwoitym poziomie, nigdy podstawowe funkcje gospodarcze państwa nie były wypełniane.

Paweł Machcewicz: Nie zgadzam się. Był okres początków Gierka, był okres 1957-1959. Moim zdaniem takie krótkie okresy można wskazać, kiedy jest społeczne poczucie stabilizacji.

Łukasz Kamiński: Nie bardzo. W roku 1957 było kilkadziesiąt strajków.

Paweł Machcewicz: Ale ile było tych strajków w roku 1957 i jakie? Bo izolowane, niewielkie strajki nie zmieniają poczucia stabilizacji, o którym mówię.

Łukasz Kamiński: Nie policzyliśmy tego jeszcze dokładnie, ale było kilka wielkich strajków. Mamy wielki strajk w Bydgoszczy, wielki strajk w Łodzi, brutalnie spacyfikowany. Broniłbym swojej hipotezy. Bo strajki to jedno, a drugie to poziom akceptacji społecznej. I właśnie liczba protestów społecznych w Polsce - czyli co kilka lat duży wybuch, a pomiędzy nimi wiele lokalnych protestów - świadczy o tym, że ten system właściwie nigdy nie został zaakceptowany.

Paweł Machcewicz: Jestem sceptyczny wobec tezy, że komunizm w Europie Środkowej był w stanie permanentnego kryzysu.

W Europie Środkowo-Wschodniej nie, ale w Polsce być może tak. Rozumiem, że Panowie zgadzacie się co do tego, że odmienność Polski w tym zakresie od innych krajów bloku była uderzająca.

Paweł Machcewicz: Zgadzam się z dr. Kamińskim w tej sprawie. Nie zgadzam się jednak z tym, że polska inteligencja w swej większości zaakceptowała system. Jest taka książka Johna­ Connelly’ego pt. "Captive University", która w przekonujący sposób pokazuje, że - w odróżnieniu od Czechosłowacji czy Niemiec Wschodnich - w Polsce komunistom zabrakło dostatecznie licznych i zdeterminowanych kadr, żeby w pełni zsowietyzować uniwersytety.

Łukasz Kamiński: Jest pytanie, czy tych odmienności nie powinniśmy szukać także po stronie komunistycznej.

Paweł Machcewicz: Zgoda. U nas nie doszło do procesu Gomułki, zaś w Czechosłowacji był proces Slanskiego, a na Węgrzech proces Rajka. To pokazuje, że nawet model stalinizacji był w Polsce nieco inny, pod pewnymi względami łagodniejszy.

Dr ŁUKASZ KAMIŃSKI (ur. 1973) jest historykiem, dyrektorem Biura Edukacji Publicznej IPN i pracownikiem Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego. Opublikował m.in. "Opór społeczny w Europie Środkowej w latach 1948-1953 na przykładzie Polski, NRD i Czechosłowacji"; "Wokół pogromu kieleckiego" (redaktor); "Przed i po 13 grudnia. Państwa Bloku Wschodniego wobec kryzysu w PRL 1980-1982" (redaktor).

Prof. PAWEŁ MACHCEWICZ (ur. 1966) jest historykiem, dyrektorem Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i profesorem Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. W latach 2000-2006 był dyrektorem Biura Edukacji Publicznej IPN. Opublikował m.in.: "Władysław Gomułka"; "Polski rok 1956"; "Wokół Jedwabnego" (redaktor); "Monachijska menażeria. Walka z Radiem Wolna Europa 1950-1989".

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]