Fakty i akty (i mity)

Pamiętam, jak wiele lat temu moja mama, wysłuchawszy kolejnej porcji reklam w radiu, powiedziała ni to do mnie, ni to do siebie: „Nie mogę już tych kłamstw słuchać, wszyscy nas okłamują, nikomu nie można wierzyć”.
Czyta się kilka minut

Kiedy zapytałam, o co jej chodzi, odpowiedziała, że ma po dziurki w nosie świata, w którym każdy chce ją oszukać, by mieć na tym jakąś korzyść dla siebie. Ale choć mama się zżymała na speców od reklamy, to wydawało się nam wtedy, że można się na ten potok kłamstw impregnować. Zresztą owe reklamy magicznych kremów wyprostowujących zmarszczki w jedną noc oraz proszków do prania, co dają ubrania jak ze sklepu, to był dopiero wstęp, uwertura do tej spektakularnej symfonii kłamstwa, jakiej słuchamy obecnie, i co najgorsze – nie słyszymy jej fałszywych tonów.

W związku z tym w dniu, gdy akcje Facebooka potaniały o – bagatela – 30 mld dolarów, w związku z niejasnościami dotyczącymi współpracy giganta z firmą Cambridge Analytica, która – jak się dowiadujemy – użyła nielegalnie danych milionów użytkowników portalu, by wpłynąć na ich preferencje wyborcze – nie znajdę dla państwa lepszej lektury niż książka brytyjskiego dziennikarza i publicysty Matthew d’Ancony „Postprawda”, która właśnie ukazała się w księgarniach.

Najczęściej powtarzanym na jej kartach słowem jest nazwisko Donalda Trumpa, jednak – jak sam autor zaznacza we wstępie – to nie jest kolejna książka o nowej prawicy i jej irytujących nas sukcesach. To świetna i przystępnie napisana pozycja o tym, jak kategoria „prawdy” została zdezawuowana w dzisiejszym świecie. Trump bowiem to jedynie symptom toczącej świat choroby, a nie jej przyczyna. D’Ancona szuka więc źródeł schorzenia, często w miejscach, które mogą się nie spodobać liberalnej części sporu politycznego. Ot, choćby w postmodernizmie. Jak ujmowali to zdaniem autora przeciwnicy tego nurtu – był on niczym innym jak tylko błyskotliwie opakowanym starożytnym sporem między wierzącymi w prawdę a relatywistami („Człowiek jest miarą wszechrzeczy”, rzekł w V wieku p.n.e. Protagoras, dodając: „wszystko jest dla mnie takim, jakim mi się zdaje, a dla ciebie takim, jakim tobie się zdaje”. Co – zgodzicie się państwo – można śmiało uznać za profetyczną wizję wszelkich gównoburz na Facebooku).

D’Ancona pisząc o postmodernistach jako tych, którzy odświeżyli relatywizm, doprawiając go nieco „prestiżowym” cynizmem, czyni ich współodpowiedzialnymi za pierwsze „plamy rdzy na pancerzu prawdy”. I tak oto niemający zapewne zielonego pojęcia o istnieniu modnych filozofów typu Derrida, Lyotard i inni Trump stał się – by znów użyć słów brytyjskiego dziennikarza – „niespodziewanym beneficjentem” ich filozofii, niejako naturalnie biegłym w tworzeniu lyotardowskiej hiperrzeczywistości – np. opowieści o tym, jak widział w TV muzułmanów tańczących na ulicach Jersey City z radości po upadku wież WTC. „Widziałem to gdzieś w telewizji wiele lat temu. I nigdy tego nie zapomnę”. Protagoras byłby dumny.

Jednocześnie nowe media wpychają nas w bańki informacyjne, na zasadzie „homofilskiej segregacji”, czyli pragnienia, by zbierać się w gronie sobie podobnych (à propos podobno pod Krakowem wyrasta właśnie osiedle wyłącznie dla ludzi wierzących), wzmacniając nasze ugruntowane już przekonania i zniechęcając do szukania przejawów złożoności świata.

Ta cieniutka książeczka niemal cała składa się ze smakowitych kąsków, które mogłabym tu cytować aż po wyczerpanie limitu przyznanych mi przez redakcję znaków. Ograniczę się jednak do kluczowej refleksji autora, który zastanawia się, co u diabła mamy robić w obliczu tego jakże autodestrukcyjnego zagrożenia, tak by wartości takie jak prawda, rzetelność i uczciwość przetrwały w świecie? Otóż musimy ich samodzielnie bronić i domagać się od systemu tego, by nauczył nasze dzieci, jak „wybierać i rozróżniać treści rozrzucane przez cyfrowe tornado”. I to na poziomie szkoły podstawowej. Ucząc dzieci pisać i czytać, uczmy je również poruszania się po świecie informacji, które do nich przypłyną razem z wejściem w świat ludzi piśmiennych. Muszą się nauczyć czytać krytycznie, sprawdzać i podawać w wątpliwość. Inaczej czeka nas klęska.

„Idee zaniedbywane przez ludzi, którzy powinni się nimi zajmować – to znaczy wyćwiczonych w sztuce krytycznej analizy idei – wymykają się czasem spod kontroli i zdobywają tak przemożną władzę nad rozgorączkowanymi masami ludzkimi, że przestają do nich docierać racjonalne argumenty (…). Koncepcje filozoficzne pielęgnowane w zaciszach profesorskich gabinetów mogą zniszczyć cywilizacje” – napisał w swoich „ Dwóch koncepcjach wolności” Isaiah Berlin. Matthew d’Ancona mówi nam: nagradzając zwycięstwem politycznym kłamców, wyrzekamy się swoich obowiązków obywatelskich. Nie wzmacniajmy więc tego, co już niby wiemy, sprawdźmy to, nim klikniemy i podamy dalej. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 14/2018