Dziennikarzy takich jak on żołnierze lubią najbardziej. Nie zgrywał kogoś, kim nie był. Co jak co, ale takie udawanie żołnierze w okopach wyczuwają na kilometr.
Ernie Pyle w dodatku wierzył, że aby opowiadać o życiu żołnierzy, musi na własnej skórze przekonać się, co czuje człowiek pod karabinowym ogniem i w szaleństwie zabijania. Uważał, że inaczej nie tylko się nie da, ale i nie wypada. Dlatego pchał się na front i starał się dzielić z żołnierzami ich trudy i ryzyko. Nazywał to punktem widzenia pełzającego robaka.
Żołnierze wierzyli mu więc, bo wiedział, o czym pisze. Podobała im się jego skrupulatność, dbałość o szczegóły. Oraz to, że pisał o nich, a nie o sobie, co miała w zwyczaju większość korespondentów wojennych.
STARSZY KOLEGA | Niewysoki i suchy jak szczapa, o mocno przerzedzonej czuprynie, musiał się wydawać żołnierzom starszym człowiekiem. Podczas II wojny światowej przekroczył czterdziestkę, gdy zwykli szeregowcy US Army mieli po dwadzieścia, dwadzieścia parę lat. Takich właśnie młokosów, u progu życia, dorośli posyłają na śmierć w wojenny czas.
Urodzony 3 sierpnia 1900 r., dla większości z nich był więc w wieku ich ojców. Ale oni mieli go raczej za starszego kolegę, powiernika i doradcę. Amerykańscy dowódcy mawiali, że mając do wyboru pochwałę w rozkazie dziennym albo wzmiankę o sobie w artykule Pyle’a, ich żołnierze bez wahania wybraliby wzmiankę w artykule.
Pracował dla koncernu prasowego Scrippsów i Howarda, wydającego w USA pół tysiąca gazet. Należał do najpopularniejszych dziennikarzy w Stanach. Żołnierze wiedzieli, że jeśli ich nazwisko znajdzie się w którejś z frontowych korespondencji, ich rodziny, sąsiedzi i dziewczyny prędzej niż z powolnej poczty polowej dowiedzą się, gdzie są i jak się mają.
Może i nie był najlepszym pisarzem, ale – jak to ujął pewien nowojorski krytyk – umiał zaspokajać najważniejsze potrzeby amerykańskiej przeciętności: bycia dostrzeganym i docenionym.

W DRODZE | Od zawsze coś gnało go w świat. Jego rodzice, rolnicy z Indiany, gospodarujący na kawałku dzierżawionej ziemi, nie dziwili się, że nie chce spędzić życia, tyrając jak oni. Musieli być dumni, gdy zapisał się na studia dziennikarskie. Musieli być też przerażeni, gdy rzucił studia (do końca został mu tylko jeden semestr), by wybrać się z akademicką drużyną baseballową w morską podróż do Japonii. Po powrocie oznajmił, że dziennikarstwa najlepiej nauczy się w jakiejś redakcji.
Zatrudnił się więc jako reporter w niewielkiej gazecie w miasteczku La Porte. Wkrótce jednak pognał na Wschodnie Wybrzeże i znalazł angaż w popołudniówce „Washington Daily News”, należącej do wspomnianego koncernu Scripps-Howard. Niedługo po przyjeździe, na mocno zakrapianej zabawie, poznał Geraldine „Jerry” Siebolds, dziewczynę z Minnesoty. Została jego żoną i towarzyszką burzliwego życia.
Zaczęli je od wielkiej wędrówki. Zaraz po ślubie zwolnili się z pracy i fordem marki T („samochodem stworzonym dla przeciętnej amerykańskiej rodziny”, jak głosiła jego reklama) ruszyli przed siebie, dokąd oczy poniosą. W 10 tygodni przejechali 10 tys. mil.
HISTORIE LUDZI | Po powrocie wrócił do dziennikarstwa. Pisał o lotnictwie, a choć nie pilotował samolotów, jako pasażer przeleciał prawie 200 tys. kilometrów – zawsze musiał wypróbować na własnej skórze to, o czym opowiadał. Potem wyruszyli z żoną w kolejną, jeszcze dłuższą podróż: Teksas, Kalifornia, Nowy Meksyk, Meksyk.
Przywiózł z wyprawy historie ludzi, których po drodze spotkał. Podróżne dzienniki Pyle’a były opowieściami o zwykłych postaciach, jakie można spotkać na każdej ulicy, o życiowych rozbitkach, o tych, którym fart w życiu sprzyjał, ludziach dzielnych i nieustępliwych, którzy – złamani przez los – podnoszą się, by dalej brać się z życiem za bary. Podobni ludzie byli bohaterami książek współczesnych Pyle’owi pisarzy – Johna Steinbecka i Ernesta Hemingwaya.
Obaj ci wielcy czytali zresztą podróżne opowieści Pyle’a i bardzo je chwalili. On sam nie był pewny, ile są warte. Zachwyciły za to redaktora naczelnego, który zaproponował mu, by nie przesiadywał więcej w redakcji, lecz jeździł po kraju i przysyłał wyłącznie takie teksty.
Zachwyt naczelnego podzielili czytelnicy: Pyle zyskał rozgłos wędrownego reportera, opisującego Amerykanów i Amerykę z czasów Wielkiego Kryzysu.
Następne lata spędzili z żoną w niekończącej się podróży. Przejechali kraj wzdłuż i wszerz. Na chwilę przystanęli pod Albuquerque w stanie Nowy Meksyk, gdzie kupili parcelę, by zbudować dom. Ale gdy Jerry przyjechała z meblami, Pyle pakował już walizki przed nową wyprawą – do Europy, gdzie wybuchła II wojna światowa.
NA WOJNĘ | Choć nie znał się na pisarstwie wojennym, szefowie koncernu Scripps-Howard postanowili posłać właśnie jego do Europy – ulubionego przez czytelników dziennikarza. Dawał obietnicę dobrej sprzedaży.
Mógł odmówić i dalej zajmować się tym, czym zajmował się dotąd. Ale dziennikarstwo polega na tym, by dostarczać ludziom wiadomości o tym, co ważne. A wojna, gdy wybucha, staje się sprawą najważniejszą.
Steinbeck pojechał na nią, ponieważ czuł, że powinien, że to jego obywatelski obowiązek. Hemingway też pojechał na tę wojnę, choć widział już niejedną i to z bliska. Pojechał jednak, żeby nikt nie pomyślał, że stracił ikrę, zeszkapiał. Pyle, dziennikarz z krwi i kości, pojechał, bo nie miał innego wyjścia.
NA GOTOWE | Depeszowcy nigdy nie przepadali, gdy dołączali do nich reporterzy i pisarze, mający się za lepszy gatunek, stworzony do czegoś większego. Nie dla nich były sprawy pospolite, nie dla nich bezimienna praca na redakcyjnych szychtach, ciągłe nadstawianie ucha i nerwy, nerwy, nerwy.
Wielcy reporterzy zjawiali się dopiero, gdy opadł kurz i pojawiał się Wielki Temat. Według depeszowców przyjeżdżali więc w jakimś sensie na gotowe. Robili to w dodatku na polecenie szefów gazet, którzy przy okazji ważnych zdarzeń woleli zastępować depeszowców reporterami, a nawet pisarzami, by ich sławne nazwiska przyciągnęły czytelnika, zwiększały sprzedaż gazety i zyski.
Steinbeck brał sobie do serca niechęć, z jaką odnosili się do niego depeszowcy. Żeby ich udobruchać, zapewniał, że nie przyjechał po informacje na wyłączność, a jedynie po historie ludzi, którym przyszło walczyć. Ci, których przekonał, nawet mu pomagali. Innych rozeźlił jeszcze bardziej, bo uznali, że się wywyższa i próbuje im powiedzieć, że przyjechał na wojnę po opowieści, których oni zebrać nie potrafią.
Natomiast co do Hemingwaya, to nie sądzę, by przejmował się tym, co o nim myślą inni. Był przekonany, iż sam jest najlepszym, najdzielniejszym korespondentem wojennym i żaden inny nie dorasta mu do pięt.
D-DAY: TEN DZIEŃ | Hemingway, Steinbeck i Pyle (wcześniej pisał o wojnie w północnej Afryce i we Włoszech, m.in. spod Monte Cassino) zjawili się w Wielkiej Brytanii przed alianckim lądowaniem w Normandii. Wszyscy korespondenci chcieli być świadkami tej niezwykłej bitwy. Generałowie dowodzący inwazją zgodzili się, by pierwszego dnia desantu żołnierzom towarzyszyło 30 dziennikarzy.
Pyle, Hemingway i sławny fotoreporter Robert Capa (ten od sentencji, że jeśli twoje zdjęcie nie jest wystarczająco dobre, to znaczy po prostu, że nie podszedłeś należycie blisko) znaleźli się wśród wybrańców, którzy mieli lądować na plaży o kryptonimie „Omaha”. Ale tamtego dnia, 6 czerwca, nazwanego D-Day, na ląd dotarł tylko Capa. Hemingwayowi i Pyle’owi oraz innym reporterom dowódcy nie pozwolili opuścić barek desantowych. Na lądzie było zbyt niebezpiecznie – losy desantu się ważyły, tylko tego dnia na plaży „Omaha” Niemcy zabili ponad 2 tys. Amerykanów. Hemingway mógł jedynie przyglądać się walkom przez lornetkę. Pyle nie miał nawet lornetki.
Dotąd opisywał ludziom świat ich własnym, prostym językiem. Nic nie ukrywał, nie upiększał, ale nie zmuszał też, by przyjrzeli się z nazbyt bliska temu, o czym pisał. Nawet gdy pisał o niepowodzeniach, to tak, że odnosiło się wrażenie, iż porażka jest jedynie etapem w marszu po zwycięstwo. Jego korespondencje nie były nachalną propagandą, ale opowieścią przesiąkniętą współczuciem i chęcią przysłużenia się słusznej, czyli bliskiej nam sprawie.
RZECZY NA PIASKU | Chociaż od czasu Normandii z jego tekstów znika to niezłomne przekonanie, że wszystko będzie dobrze – zastępuje je gorycz. Może dlatego, że tamtego pierwszego dnia zabroniono mu szturmować plażę razem z żołnierzami? Dopiero nazajutrz o poranku, kiedy znalazł się wreszcie na brzegu, zobaczył tych, którym miał towarzyszyć.
Ujrzał całą grozę wojny, jej bezmiar okrucieństwa i zniszczenia. W pierwszej korespondencji pisał, jak Niemcy, ukryci w bunkrach górujących nad plażą, kładli pokotem lądujących na brzegu Amerykanów. W trzeciej opowiadał o przedmiotach, jakie znalazł na piasku, spacerując po zabezpieczonej już plaży. „Oto leżą w nierównym szeregu żołnierskie plecaki, zwinięte zapasowe skarpety, zestaw igieł i nici, biblie, granaty ręczne. A tu ostatnie listy, jakie przyszły pocztą z domu... z zapiaszczonych fotografii spoglądają na ciebie twarze krewnych z dalekiego domu”.
W listach pisanych z Normandii skarżył się, że przez koszmar, który co dzień ogląda, nie może spać. „Jestem już chory od tej wojny” – napisał do żony. „Wciąż widzę wokół siebie trupy – relacjonował swojemu redaktorowi naczelnemu. – Ale rozumiem, że niewiele można na to poradzić, muszę to ciągnąć dalej”.
Dołączył do amerykańskiej 99. Dywizji Piechoty. Żadna inna nie poniosła tak ciężkich strat: w ciągu 264 dni na froncie straciła prawie 35 tys. żołnierzy. W lipcu omal nie zginął pod bombami, zrzuconymi omyłkowo przez amerykańskie lotnictwo. W sierpniu był przy wyzwoleniu Paryża. We wrześniu wyjechał z Europy. „Za dużo było śmierci” – zwierzył się frontowemu koledze.
NA PACYFIK | Spieszył się do Ameryki. Martwił się o zdrowie swoje i żony. Oboje nie wylewali za kołnierz, ale póki byli młodzi, uznawali to jedynie za dobrą zabawę. Nie mieli dzieci, a gdy Ernie wyjechał na wojnę, uzależnienie jego żony przerodziło się w wyniszczającą chorobę. Jerry zapadła też na depresję i chorobę dwubiegunową, kilka razy próbowała odebrać sobie życie. Wracając do domu, liczył, że uda im się ułożyć życie na nowo.
Los zdawał się mu sprzyjać. Rok 1944 okazał się najlepszym w jego dziennikarskiej karierze. Został laureatem Nagrody Pulitzera, znalazł się na okładce tygodnika „Time”. Wojna zmierzała ku końcowi, a Pyle, spełniony zawodowo, mógł myśleć, by zająć się domem.
Ale wojna upomniała się o dziennikarza, który tyle jej zawdzięczał. Pobyt w klinice psychiatrycznej nie uwolnił go od poczucia winy, a frontowe upiory i choroba żony sprawiały, że pokojowa codzienność wydawała mu się nie do zniesienia, wręcz trudniejsza od żołnierskiego życia, gdy człowiek martwi się tylko o siebie i o to, żeby przeżyć kolejny dzień.
Zdecydował, że wraca na wojnę, na Pacyfik. Z domu w Albuquerque, gdzie mieli spędzić resztę życia, państwo Pyle znów wyjechali razem. Ernie na Iwo Jimę i Okinawę – japońskie wyspy, szturmowane teraz przez marines – zaś Jerry do Kalifornii, na kolejną terapię. Podobno jadąc znów na wojnę, Ernie miał złe przeczucia.
ZASADZKA | Był więc na wyspie Iwo Jima, gdzie w trwającej ponad miesiąc bitwie zginęło ponad 7 tys. Amerykanów i 22 tys. Japończyków. Fotografia, na której amerykańscy żołnierze zatykają na górze Suribachi – najwyższym wzniesieniu wyspy – gwiaździsty sztandar, stała się równie emblematycznym obrazem wojennego zwycięstwa, podobnie jak zdjęcia flagi z sierpem i młotem powiewającej nad płonącym Berlinem.
Z Iwo Jimy popłynął z żołnierzami na Okinawę, gdzie Amerykanie zamierzali dokonać największego desantu na Pacyfiku. W połowie kwietnia 1945 r. – wojna w Europie miała się skończyć za trzy tygodnie – wylądował na maleńkiej wyspie Ie Shima. O ile Niemcy mieli wcześniej taką taktykę, że twardo bronili brzegów Normandii, o tyle Japończycy oddawali plaże bez strzału, ale za to wycofywali się do porośniętego dżunglą interioru i tam uparcie się bronili. Nawet gdy Amerykanie ogłosili, że zdobyli Ie Shimę, wciąż kryli się na niej japońscy żołnierze.
Ernie Pyle jechał dżipem z dowódcą pułku i trzema oficerami. Był 18 kwietnia 1945 r. Wpadli w japońską zasadzkę. Pocisk trafił go w lewą skroń, tuż poniżej krawędzi hełmu. Zginął na miejscu.
Jerry przeżyła go o pół roku. Przed śmiercią zdążyła odebrać z rąk prezydenta Trumana Medal Zasługi, najwyższe amerykańskie odznaczenie, przyznane pośmiertnie jej mężowi.
***
W wydanej w 1995 r. antologii najlepszych amerykańskich reportaży z II wojny światowej znalazło się aż 26 korespondencji Pyle’a i tylko jedna Hemingwaya. Hemingway byłby niepocieszony. Zazdrościł Pyle’owi legendy wojennego korespondenta, bo sam pragnął jej nad życie.
Losy Erniego Pyle’a są jedną z opowieści, z jakich składa się książka Wojciech Jagielskiego WOJNA. ANTOLOGIA REPORTAŻU WOJENNEGO wydana przez Znak w listopadzie 2023 r.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















