Niemieckie sądy uniewinniały za zbrodnie na Polakach. Kulisy procesów sprzed 60 lat

Monachium, rok 1966: sąd uznał udział niemieckich funkcjonariuszy w zabójstwach polskiej inteligencji, a mimo to ich uniewinnił. Jak było to możliwe?
Czyta się kilka minut
Moment po ogłoszeniu wyroku na zabójców z Bydgoszczy. Od lewej: obrońca Manfred Gegerle, uniewinnieni Horst Eichler i Jakob Lölgen, obrońca Willy Osterhues. Monachium, 1 kwietnia 1966 r. // Fot. Klaus Heirler / DPA / PAP
Moment po ogłoszeniu wyroku na zabójców z Bydgoszczy. Od lewej: obrońca Manfred Gegerle, uniewinnieni Horst Eichler i Jakob Lölgen, obrońca Willy Osterhues. Monachium, 1 kwietnia 1966 r. // Fot. Klaus Heirler / DPA / PAP

Jacob Lölgen i Horst Eichler, obwinieni o udział w mordach na Polakach z Bydgoszczy i okolic jesienią 1939 r., usłyszeli wyrok 1 kwietnia 1966 r. Sąd w Monachium jednoznacznie i bez żadnych wątpliwości ocenił zbrodnie na polskiej inteligencji, w których obaj mieli udział – i mimo to ich uniewinnił.

Dziś to może wydać się sprzeczne: jak było możliwe, aby uznać skalę zbrodni i udział w niej obu oskarżonych, jednocześnie odmawiając ich ukarania? 

Odpowiedź poprowadzi nas do Bydgoszczy z jesieni 1939 r., a potem do realiów Niemiec Zachodnich z lat 60. XX w., w tym ówczesnego rozumienia odpowiedzialności. Przyjrzyjmy się temu mechanizmowi: jak na sali sądowej uniewinniano, mimo pełnej wiedzy.

Bydgoszcz 1939: jak Niemcy uderzyli w polską inteligencję

W pierwszych tygodniach okupacji Bydgoszcz stała się jednym z głównych miejsc terroru wymierzonego w polską inteligencję. Po tym, jak z regionu wycofano oddziały Einsatzgruppe IV (towarzyszyły Wehrmachtowi w kampanii 1939 r.), zadanie przejęło utworzone w Gdańsku 12 września 1939 r. Einsatzkommando 16 (EK 16). Była to samodzielna jednostka policji bezpieczeństwa, podległa berlińskiej centrali operacji „Tannenberg” (to kryptonim działań wymierzonych w polskie elity).

Jednym z głównych oddziałów EK 16 była grupa wysłana do Bydgoszczy (EK 16a). Dowodził nią Jacob Lölgen, funkcjonariusz gdańskiego Gestapo. Jej zadaniem była planowa likwidacja Polaków z elity społecznej. Na podstawie gotowych list dokonywano aresztowań i selekcji więźniów. Decyzje komisji, w której zasiadali funkcjonariusze EK 16a, oznaczały w praktyce wyrok śmierci.

Skutki tej akcji Lölgen podsumował w raporcie z 17 listopada 1939 r., przesłanym do Berlina: „W Bydgoszczy nie ma już inteligencji polskiej, która mogłaby działać aktywnie”. To jedno zdanie, lapidarne i urzędowe w formie, oddaje cele Einsatzkommando 16a: eliminację tamtejszych elit jako fundament niemieckiej polityki okupacyjnej na Pomorzu.

Co o zbrodni wiedziała prokuratura w Niemczech Zachodnich

Meldunki, które dziś pozwalają historykom odtworzyć skalę zbrodni, po 1945 r. stały się podstawą aktu oskarżenia przeciw Lölgenowi. Pod koniec lat 50. ich kopie – pochodzące od polskiej Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich – trafiły do Centrali Krajowych Zarządów Wymiaru Sprawiedliwości do Badania Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu w RFN. Tu włączono je do materiału dochodzeniowego i przekazano właściwej prokuraturze w Monachium.

Warto dodać, że przez kilkanaście lat po wojnie Lölgen żył w RFN jako urzędnik policji kryminalnej i jeśli pojawiał się przed sądami, w innych sprawach, to tylko w charakterze świadka. Jego meldunki z 1939 r. zawierały opisy „akcji oczyszczających” i liczby zabitych. Dokumentowały ich skalę, a także jego rolę jako dowódcy. Akt oskarżenia był więc jednoznaczny: prokuratorzy z Monachium nie mieli wątpliwości, że Lölgen i jego zastępca Horst Eichler wiedzieli o bezprawności tego, co robili.

Język meldunków Lölgena nie był – w ocenie prokuratury – technicznym opisem wykonywanych czynności, lecz świadectwem świadomości celu i skali zbrodni. Meldunki miały dowodzić udziału oskarżonych w egzekucjach i ich kierowniczej roli w całej zbrodni.

Sąd w Monachium: jak doszło do uniewinnienia

Paradoks tego, co stało się w 1966 r., polegał na tym, że meldunki, które nie pozostawiały wątpliwości co do sprawstwa oskarżonych, w toku procesu zostały odczytane w sposób sprzyjający obronie. Sąd uznał, że język raportów – podkreślający gorliwość w wykonywaniu rozkazów – nie dowodzi samodzielnej inicjatywy sprawcy, lecz potwierdza działanie pod przymusem. Dokumenty, które miały obciążać, odegrały więc istotną rolę w rozumowaniu prowadzącym do uniewinnienia.

Sedno monachijskiego procesu nie rozgrywało się wokół faktów, lecz ich prawnej interpretacji. Na sali sądowej nie kwestionowano zbrodni, jej skali ani udziału w niej Lölgena. Spór dotyczył tego, czy jego działania można uznać za samodzielne sprawstwo, czy też mieściły się w granicach tzw. stanu wyższej konieczności.

Kluczowe znaczenie miały zeznania niejakiego Josefa Meiera, dowódcy bydgoskiego Selbstschutzu (organizacji paramilitarnej, uczestniczącej w zbrodniach). Zeznał on, że odmowa wykonania rozkazu egzekucji groziła zesłaniem do obozu koncentracyjnego. Sąd przyjął to i uznał, że oskarżony mógł działać pod przymusem. Wystarczyło, że tej możliwości nie dało się wykluczyć, by odmówić przypisania mu odpowiedzialności karnej.

Stan wyższej konieczności: argument, który zamknął sprawę

Oskarżeni próbowali przy tym przedstawiać wydarzenia, określane jako „bydgoska krwawa niedziela” (tj. zabójstwa przedstawicieli mniejszości niemieckiej, które istotnie miały miejsce z początku września 1939 r.; to osobna historia), jako usprawiedliwienie dla późniejszych represji. Sąd jednak nie uznał ich za podstawę legalizującą egzekucje, traktując je jako kontekst. Ten zaś, w jego ocenie, mógł wzmacniać subiektywne poczucie przymusu po stronie sprawców.

Wyrok w Monachium nie kończył sprawy. Prokuratura wniosła rewizję do Sądu Najwyższego RFN, kwestionując zastosowanie konstrukcji stanu wyższej konieczności. W listopadzie 1966 r. Bundesgerichtshof oddalił rewizję, w pełni podzielając argumentację sądu monachijskiego i uznając, że groźba zesłania do kacetu może wyłączyć winę karną oskarżonych. Uniewinnienie Lölgena i Eichlera stało się prawomocne. 

Na tym etapie sprawa została prawnie zamknięta, a wraz z nią możliwość rozliczenia tej zbrodni i winnych w ramach procedury karnej.

Dlaczego w procesie zabrakło polskich świadków

Ważnym elementem materiału dowodowego były zeznania Eichlera. W śledztwie przyznał się do udziału w organizacji egzekucji i nie negował swej roli (jak twierdził, pośredniej) w zbrodni. Jednocześnie, chcąc ograniczyć swą odpowiedzialność, wskazywał na możliwość uzgadniania decyzji o rozstrzelaniach na szczeblu dowódczym, sugerując istnienie porozumień między przełożonymi.

Zeznania Eichlera wprowadzały do sprawy wątek sprawczości decyzyjnej, który trudno było pogodzić z obrazem działania tylko pod przymusem. Jednak sąd, choć nie kwestionował wiarygodności jego zeznań, to nie uznał ich za wystarczające do przełamania konstrukcji stanu wyższej konieczności.

Cały ten spór o przymus i sprawczość rozgrywał się w wąskim polu dowodowym. Wśród świadków nie znalazł się ani jeden Polak – opowieść o zbrodni rekonstruowano niemal tylko na podstawie zeznań funkcjonariuszy niemieckiej policji, administracji i volksdeutschów. Brak głosu ofiar sprzyjał interpretacji, w której perspektywa sprawców stała się głównym punktem odniesienia dla oceny przymusu i winy.

W aktach tej sprawy ofiary są w dużej mierze bezimienne – pojawiają się jako liczby, elementy meldunków. Tymczasem byli to konkretni ludzie: nauczyciele, lekarze, urzędnicy, działacze społeczni, księża, plejada życia publicznego Bydgoszczy. Ich śmierć nie była skutkiem niekontrolowanej eskalacji przemocy, lecz planowanym uderzeniem.

Akta, które odsłoniły mechanizm zbrodni

Materiały, które nie doprowadziły do skazania, mają dziś ogromną wartość poznawczą. Przykładowo, choć zeznania Josefa Meiera miały służyć jego obronie (co widać po przerzucaniu przezeń winy), dostarczają wiedzę o aparacie terroru. Pokazują obieg list osób, które miały zginąć. Choć sąd uznał je za niewystarczające do przypisania winy, dla historyka są jednym z nielicznych źródeł, które pozwalają odtworzyć mechanizmy represji. 

Zeznania Meiera pozwalają też odtworzyć przebieg egzekucji. Wynika z nich, że nie były one spontaniczne, lecz prowadzone według procedury. Ofiary ustawiano pojedynczo lub w małych grupach, strzelali wyznaczeni wykonawcy, celując w głowę i sprawdzając skutek strzału. 

Nauczyciele z Bydgoszczy Władysław Bieliński (na pierwszym planie), Czesław Przybylski i Antoni Olejnik. Zdjęcie wykonał dowódca Selbstschutzu na Pomorzu Ludolf von Alvensleben: był obecny przy egzekucjach jesienią 1939 r. i je fotografował // IPN

Taka „techniczna” logika zabijania pokazuje stopień zinstytucjonalizowania przemocy i wpisuje egzekucje z jesieni 1939 r. w kontekst innych XX-wiecznych zbrodni masowych, jak mord katyński.

Wartość mają też zeznania Eichlera. Odsłaniają klimat, w jakim działał aparat represji. Eichler mówił o presji lokalnych volksdeutschów, którzy domagali się działań przeciw Polakom i obarczali polskie elity odpowiedzialnością za wydarzenia z 3 i 4 września 1939 r. Pokazuje to, że przemoc istniała także w środowisku lokalnym, które ją legitymizowało.

Proces w Mannheim: kiedy Niemcy skazywali sprawców

Kontrapunktem dla procesu monachijskiego jest sprawa członków Selbstschutzu przed sądem w Mannheim. Dotyczyła egzekucji ludności polskiej jesienią 1939 r. w Rudzkim Moście (dziś to część Tucholi). Oskarżonymi byli miejscowi Niemcy, działający w strukturach tutejszego Selbstschutzu.

Sąd w Mannheim zrekonstruował przebieg egzekucji i role oskarżonych na tyle precyzyjnie, że mógł przypisać im indywidualną winę. Dopuszczono też zeznania polskich świadków – zarówno złożone wcześniej przed polską Główną Komisją, jak i przed sądem. Sąd korzystał także z relacji świadków niemieckich i volksdeutschów.

Przełomowe znaczenie miały zeznania urzędnika przysłanego wtedy z Rzeszy: obciążył on oskarżonych, wskazując na ich aktywny udział w organizowaniu egzekucji. Jego zeznania, pochodzące spoza lokalnego środowiska, umożliwiły przypisanie indywidualnej winy.

Równie istotna była postawa sądu wobec linii obrony. Sąd w Mannheim odrzucił argumenty o „prawie odwetu”, o stanie wyższej konieczności i podległości rozkazom. W uzasadnieniu wyroku podkreślił, że egzekucje były sprzeczne z każdym cywilizowanym porządkiem prawnym, a ich bezprawność musiała być dla sprawców oczywista.

Wyrok zapadł w 1965 r. (rok wcześniej niż w sprawie monachijskiej). Dwóch winnych usłyszało decyzję o dożywociu – co pokazuje, że wyroki skazujące za zbrodnie na Pomorzu w 1939 r. były w Niemczech Zachodnich możliwe.

Dwie twarze rozliczeń z nazistowskimi zbrodniami

Zestawienie obu procesów nie pokazuje sprzeczności w orzecznictwie sądów w RFN, lecz jego logikę. W Mannheim możliwe było skazanie, gdyż sąd miał szersze pole dowodowe i mógł osadzić winę w klasycznych kategoriach prawa karnego. Wykorzystał też zeznania Polaków, co utrudniło obronie utrzymanie tezy o działaniu pod przymusem.

Sąd w Monachium nie kwestionował faktów. Uznał jednak, że nie da się z wymaganą pewnością przypisać indywidualnej winy, co w praktyce prowadziło do uniewinnienia (mimo pełnego rozpoznania wydarzeń). Niemal cała wiedza procesowa pochodziła z zeznań sprawców, a prawo nie pozwalało rozstrzygać wątpliwości na ich niekorzyść.

W efekcie oba procesy ujawniają selektywność powojennych rozliczeń w RFN. Skazania były możliwe tam, gdzie przemoc miała charakter bezpośredni i lokalny, a odpowiedzialność dało się przypisać w kategoriach indywidualnego wykonawstwa. Trudniej było natomiast rozliczyć sprawczość decyzyjną – tam, gdzie zbrodnia była efektem systemu, a odpowiedzialność rozmywała się między meldunkami, rozkazami i strukturą hierarchiczną.

To porównanie pokazuje granice powojennych rozliczeń w Niemczech Zachodnich: nie wyznaczała ich skala zbrodni, lecz sposób, w jaki sędziowie decydowali się ją „odczytać”.

TOMASZ CHINCIŃSKI jest profesorem Instytutu Pileckiego. Wraz z dr Dominiką Uczkiewicz kieruje projektem badawczym „Zbrodnie (nie)osądzone. Organy ścigania i wymiar sprawiedliwości RFN wobec zbrodni niemieckich w Polsce (1939-1945)”, finansowanym ze środków Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki (NPRH/F/SN/0038/2024/13).

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 16/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Bezkarni