W powoływaniu do życia edukacji zdrowotnej nic nie idzie tak, jak zaplanowało sobie MEN. Najpierw współkoalicjanci KO udaremnili koncepcję obowiązkowego przedmiotu, później prawicy i Kościołowi udało się zdominować debatę wokół EZ. Teraz do skutku nie doszło nawet zapowiadane na 10 października ogłoszenie danych o frekwencji na nowej lekcji.
Wiceministra Katarzyna Lubnauer mówiła w piątek w Polskim Radio 24, że przyczyną opóźnień jest brak kompletu danych ze szkół. Ale nawet statystyki szczątkowe dotyczące dużych miast, a więc miejsc, po których można się było spodziewać wyższej frekwencji, pozwalają na wniosek, że przedmiot w obecnej koncepcji poniósł klęskę.
Frekwencja na lekcjach EZ
O ile w podstawówkach obecność na EZ przekracza zwykle 40 proc. (Warszawa i Gdańsk 43 proc., Wrocław 44, Łódź ponad 50 proc.), w liceach i technikach na nowy przedmiot chodzi zwykle kilka do kilkunastu procent uczniów.
Jedną z przyczyn tej porażki jest zapewne przegrana przez MEN batalia propagandowa wokół nowego przedmiotu. O ile histeryczne głosy prawicy i Kościoła, przypisujące twórcom EZ najbardziej diaboliczne intencje, były słyszane wyraźnie, kampania informacyjna MEN niemal nie zaistniała.
Ale przekonaniami Polaków nie da się wyjaśnić wszystkiego: od nowego przedmiotu zdystansował się nie co trzeci rodzic, co pokrywałoby się z grubsza z polityczną mapą Polski – tylko mniej więcej co trzeci dał edukacji zdrowotnej szansę.
Nie tylko światopogląd podcina skrzydła EZ
Katarzyna Lubnauer zapowiada „głębszą analizę” danych, ale już dzisiaj widać pewną prawidłowość: im starsi uczniowie, tym większy dystans wobec edukacji zdrowotnej. Najgorzej jest w szkołach ponadpodstawowych, zaś w obrębie tej kategorii najtragiczniej wyglądają dane z techników.
Z wielu miast (np. Poznań i Wrocław) dochodzi też inny komunikat: na EZ w miarę chętnie wybierają się dzieci z klas 4-6 podstawówek, znacznie oporniej zaś te z siódmych i ósmych. Wniosek? Nowy przedmiot wszędzie tam, gdzie uczniowie gonią resztkami sił (w technikach szkolny tydzień to często 40 godzin samych lekcji; w liceach i klasach 7-8 podstawówek nie jest wiele lepiej), jawi się jako przeszkoda – ze względu na nieobowiązkowość łatwa do usunięcia.
I właśnie ugięcie się przed szantażem opozycji i zgoda na fakultatywność nowego przedmiotu jawi się dziś jako główny błąd rządzących. Błąd – zgodnie z nomenklaturą przyjętą na maturach – kardynalny. Obniżający ocenę i trudny do naprawienia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















