Dziś prawdziwych kowbojów już nie ma. Zwłaszcza takich, którzy oparli się kulturowej westernizacji, poprzestając na tradycyjnej hodowli bydła i pierwotnym kodeksie wartości. A im bardziej takich bohaterów nie ma, tym bardziej kino skłonne jest romantyzować ich „proste życie”. Oczywiście „nieśpieszne” i „wpisane w rytm natury”. Uruchamia w ten sposób nasze tęsknoty i wyobrażenia, które zazwyczaj niewiele mają wspólnego z surową rzeczywistością. Zwłaszcza gdy tak zwane kino pasterskie zapuszcza się w dalekie, egzotyczne dla nas rejony świata. Nie można łatwo sprawdzić, jak tam jest naprawdę, kupujemy więc czyjąś wizję – artystyczną, etnograficzną, mniej lub bardziej turystyczną.
Kto jednak zna i lubi „Truflarzy”, poprzedni film Michaela Dwecka i Gregory’ego Kershawa, będzie wiedział, czego mniej więcej się spodziewać po ich najnowszym dokumencie. I na ile w ogóle mamy do czynienia z dokumentem w klasycznym tego słowa znaczeniu. Tym razem kręconym na argentyńskiej pampie, gdzie czas zdaje się tkwić w miejscu i zarazem przyspieszać na naszych oczach.
„Gaucho Gaucho” samą swoją koncepcją zdjęciową (jest konsekwentnie czarno-biały i ostentacyjnie „wizualny”) może budzić podejrzenia o nazbyt artystowskie zapędy. Ale pewnie trudno byłoby dziś sprzedać do kin nieuszlachetnione i nieudramatyzowane życie południowoamerykańskich pasterzy z prowincji Salta. Jeszcze trudniej zaś nie powielać kulturowej kliszy, jaką stali się tradycyjni hodowcy bydła w Paragwaju, Urugwaju, a szczególnie w Argentynie, gdzie gaucho to wręcz bohater narodowej epopei. Twórcy filmu balansują zatem między dokumentalną obserwacją, nienachalną inscenizacją a stylizacją retro.
Poprzedni ich dokument, ten o sędziwych zbieraczach trufli z Piemontu, był równie gawędziarski w tonie i wyraźnie podkręcał sceny czy zdarzenia. Jednak bohaterami uczynił kilku lokalnych dziwaków, których łatwiej było ukazać w ciepłym, a chwilami nawet pociesznym świetle. Tu zaś mamy całą wielopokoleniową społeczność o mieszanych, rdzenno-hiszpańskich korzeniach i synkretycznej religijności. Też powoli odchodzi w zapomnienie ze swoim stylem życia i etosem, ale ma za sobą co najmniej dwuwiekową historię i żywotną mitologię.
Otwarte przestrzenie, konie w galopie, świat wolności i męskiej rywalizacji, czego symbolem jest oczywiście rodeo w pobliskim pueblu – Dweck i Kershaw serwują zrazu typowe obrazy gauchowskiej kultury. Są także śpiewy i tańce przy harmoszce, picie wina i mate, jowialni starcy chwalący się erotycznymi podbojami i mali chłopcy, którzy już czują się gaucho. Ale w tych folklorystycznych i dość statycznych obrazkach od razu pojawia się zadziorna dziewczyna w kapeluszu i z lassem. Dużo bardziej niż szkoła interesuje ją ujeżdżanie koni – tylko jak tu zostać gauchą w świecie tak bardzo macho?
To jeden z przewodnich wątków tego filmu, raczej rozbitego na scenki, piękne kadry i anegdotki niż podporządkowanego jakiejś jednolitej historii. Kamera rejestruje życie wspólnoty opierającej się nowoczesności, ale nie ma przecież złudzeń – musi przeminąć znana im dotychczas postać świata. Co nie oznacza, że „Gaucho Gaucho” jest filmem celebrującym nostalgię. Jeśli nawet, robi to z umiarem. Brak również krytycznego komentarza na temat ekonomicznych przyczyn stopniowego obumierania tej kultury, związanych przede wszystkim z uprzemysławianiem się hodowli czy grodzeniem terenów. Za chwilę filmowana osada może zamienić się w żywy skansen, w którym nastoletnia Guada na koniu będzie turystyczną atrakcją.
Jednakże pomimo całej malowniczości, witalizmu i „konserwacyjnej” pasji, brakuje temu filmowi bardziej zmysłowego dotknięcia, jakie bez wątpienia miał wspomniany dokument o truflarzach. Być może to obraz, z którego dla estetycznej rafinady zdjęto kolor, tak właśnie działa na widza, albo pewien (kulturowy?) dystans, z jakim amerykańscy filmowcy przyglądają się swoim bohaterom i ich otoczeniu. Wygląda na to, jakby w argentyńskiej dolinie Calachaqui czuli się dużo bardziej obco aniżeli w piemonckich lasach i momentami za bardzo naginają tę opowieść do swoich oczekiwań, nie pozwalając wybrzmieć jej autentycznym czy głębszym tonom. Stąd, mimo lekkości i humoru, nie ma ona aż takiego łobuzerskiego wdzięku jak poprzednia.
Są w niej za to rozmaite świadectwa autentycznych związków z „matką ziemią”, pokoleniowych przemian i pielęgnowanej tożsamości, także poprzez lokalne radio. Najbardziej symboliczna dla tego filmu wydaje się scena, w której dwóch małych gaucho układa na pampie kompletny szkielet konia, prawdopodobnie wyczyszczony przez kondora. Jest w niej wszystko, o co z grubsza chodzi w „Gaucho Gaucho”: nieuchronność przemijania, pokora wobec sił natury, pochwała zabawy i cierpliwe dopasowywanie kawałków, ażeby stworzyć chociaż zarys tego, co kiedyś było tak drogim dla całej społeczności zwierzęciem. Nic już go nie wskrzesi, lecz przecież życie toczy się dalej.
GAUCHO GAUCHO – reż. Michael Dweck, Gregory Kershaw. Prod. USA/Argentyna 2024. Dystryb. Aurora Films. W kinach od 6 czerwca.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















