Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Dogodzić uchu

Dogodzić uchu

23.04.2018
Czyta się kilka minut
Muzyka Henriego Dutilleux reprezentuje „nowoczesność wsteczną”. W zasadzie dostosowuje się do awangardowych reguł, wyraża jednak tęsknotę za wspaniałością późnego romantyzmu, z mistrzowską instrumentacją, nieodpartą logiką formy, wykwintnością.
Henri Dutilleux, 1993 r. ULF ANDERSEN / AURIMAGES / AFP / EAST NEWS
S

Statystycznemu Polakowi nazwisko Dutilleux kojarzy się najwyżej z jednym: że jego Koncert wiolonczelowy („Tout un monde lointain”) Mścisław Rostropowicz nagrał wraz z Koncertem Lutosławskiego i tak je też wydał na płycie. Kto więc tę płytę miał, słuchał najpierw Lutosławskiego, potem zaś – siłą rzeczy – Dutilleux. Nie sądzę jednak, by to wpłynęło znacząco na popularność tego kompozytora w naszym kraju. Oba utwory zresztą (mimo iż powstały w tym samym czasie, pod koniec lat 60.) bardzo się od siebie różnią: Lutosławski brutalnie redefiniuje formę koncertu solowego, jego francuski kolega (o trzy lata młodszy) wykonuje natomiast gest podtrzymania status quo. Komu zatem podobał się Lutosławski, temu nie mógł podobać się Dutilleux (i na odwrót).

Muzyka Francuza reprezentuje „nowoczesność wsteczną” – w zasadzie dostosowuje się do awangardowych reguł, wyraża jednak tęsknotę za wspaniałością późnego romantyzmu (w pewnym sensie Dutilleux przewidział drogę, którą później poszedł Penderecki). Nie ma w niej chęci przekraczania granic, jest raczej potrzeba „dogodzenia uchu”, mistrzowska instrumentacja, nieodparta logika formy, wykwint. Kompozytor ten, mimo iż żył bardzo długo, nie stworzył zbyt wielu dzieł, nad każdym bowiem pracował latami.

Bogusław Schaeffer zauważył, że wszystkie utwory Dutilleux są prawie takie same, tyle że coraz lepsze. Jest w tym sporo racji, uniknął on bowiem tego, co było losem większości kompozytorów XX-wiecznych: że zaczynali w jednej konwencji, a kończyli w innej. Dutilleux oparł się zarówno wpływom neoklasycyzmu, jak i urokom serializmu, przez całe życie tworzył w obranej przez siebie stylistyce, był jej konsekwentnie wierny. Takich twórców (wybitnych) jest niewielu, lecz można ich wymienić: w Związku Radzieckim był to Borys Czajkowski, w Szwajcarii – Frank Martin, w USA – George Crumb, w Hiszpanii – Roberto Gerhard, w Niemczech – Ulrich Leyendecker. Wszyscy oni są „mniej znani”, rzadko wykonywani, ponieważ nie dokonali żadnej rewolucji, byli niejako depozytariuszami tego, co otrzymali w kolebce. Tymczasem przewrót, przełom, to się jednak liczy, należy to uczynić bądź tego doznać. Dutilleux na nic takiego się nie zdobył (ani też go to nie spotkało), po prostu pisał tę swoją muzykę, dbając o jej jakość.

I tutaj wypada się z Schaefferem trochę nie zgodzić, już bowiem Pierwsza Symfonia Dutilleux (napisana przez człowieka 35-letniego) jest bardzo dobra, wcale nie ustępuje Drugiej ani też późniejszym jego dziełom orkiestrowym (dla porównania: u Lutosławskiego liczy się głównie Trzecia – Pierwsza i Druga to podejścia wstępne, Czwartą zaś postrzegamy jako epilog). Zainteresowali się nią od razu tacy mistrzowie batuty jak Charles Munch i Ernest Ansermet, nie przeszła niezauważona (aczkolwiek byłoby to możliwe, gdyby powstała np. w Polsce, tyle że nie istniały tu wówczas warunki dla powstawania takich dzieł). Całkiem na pierwszy rzut oka klasyczna, czteroczęściowa, Symfonia ta zaczyna się nienormatywnie, bo od Passacaglii – forma ta, z początku ludowa i taneczna, w okresie baroku nabrała powagi, a niespodziewaną furorę zrobiła w XX wieku. Wszystkiemu winien Brahms, który passacaglią zakończył swoją Czwartą Symfonię, po czym nadeszło op. 1 Weberna, Koncerty skrzypcowe Szostakowicza i Brittena oraz te dwa Lutosławskiego: fortepianowy i na orkiestrę. Passacaglia Dutilleux prezentuje się wśród nich godnie, cechuje ją mroczny, ponury koloryt, od razu też słyszymy, iż sztuki instrumentacji uczył się ten kompozytor nie od Debussy’ego i Ravela, lecz raczej od Berlioza. Dalej następuje Scherzo, z początku leciutkie i feeryczne jak u Mendel­ssohna, z czasem nabierające masywności, przy czym zauważamy nie bez zaskoczenia, że niektóre frazy przypominają jako żywo późnego Lutosławskiego (z okresu „Partity” i „Łańcucha II”) – a zatem, mimo przepaści dzielącej ich koncerty wiolonczelowe, coś jednak tych kompozytorów łączyło. Część wolna (określona nieco lekceważąco jako Intermezzo) to „niekończąca się melodia” – Dutilleux był melodystą zawołanym, acz zarazem w ogóle nie miał talentu do tworzenia motywów „wpadających w ucho”. Tak też jest i tutaj: śledzimy tę melodię, a ona nam ucieka, a raczej: odchodzi gdzieś, wciąż pozostając nieznajomą.

Największej niespodzianki dostarcza jednak naszym polskim uszom finał, zaczyna się on bowiem prawie dokładnie tak, jak Symfonia „Kopernikowska” ­Góreckiego (potem zaś, będąc skądinąd cyklem wariacji, prezentuje typowe dla Dutilleux „klarowne mistycyzmy”). Słysząc to po raz pierwszy, byłem w niemałym szoku: bo gdzie Dutilleux, a gdzie Górecki? Lecz jednak wrażenie jest nieodparte, czy zatem można mówić tu o wpływie? W zasadzie można, symfonia Francuza była grana na Warszawskiej Jesieni w 1956 r. (dyrygował Jean Martinon), zatem Górecki mógł ją wtedy słyszeć, ulec wrażeniu, choćby i podświadomie.

Takimi to dziwnymi ścieżkami chadza muzyka, ścieżka Dutilleux była zresztą raczej prosta. Można go cenić, ale czy kochać? Nie wiem, sami Państwo sprawdźcie. ©

I Symfonia Henriego Dutilleux będzie głównym dziełem koncertu Tonhalle-­­ -Orchester Zürich pod dyrekcją Lionela Bringuiera, 19 maja o godz. 19.30, podczas którego zabrzmią też pieśni „Les espaces du sommeil” Lutosławskiego (solista: Nathan Berg) i suita symfoniczna „Ma Mère l’Oye” Ravela.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]