Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Kiedy znów usłyszę „Penderecki”

Kiedy znów usłyszę „Penderecki”

12.11.2018
Czyta się kilka minut
Penderecki to nazwisko symbol, podobnie jak symbolem współczesnego malarstwa było swego czasu nazwisko Picasso.
Festiwalowi Krzysztofa Pendereckiego towarzyszy plakat wybrany w drodze konkursu przez jury. Grand Prix otrzymał projekt Piotra Pietrzaka. BEATA ZAWRZEL DLA „TP”
N

Nie byłem nigdy w Brazylii ani na Tajwanie, ale myślę, że wszędzie na świecie jest tak samo i każdy w miarę kulturalny człowiek, zagadnięty o znanego kompozytora muzyki współczesnej, odpowie: Penderecki. Nie żeby jego muzyka była aż tak popularna, znane jest jego nazwisko, jest to nazwisko symbol, podobnie jak – powiedzmy – symbolem współczesnego malarstwa było swego czasu nazwisko Picasso. Niewielu kompozytorów osiągnęło za życia tego typu status, może znany w całej Europie Haydn, może Dvořák, którego popularność objęła aż dwa kontynenty, może Händel, Rossini i Wagner, ale na pewno nie Mozart, nie Beethoven, nie Chopin i nie Brahms. Mimo iż teraz wydają nam się bardzo sławni.

Słodki smak rewolty

W pierwszej połowie XX wieku kimś takim był niewątpliwie Strawiński, którego z Pendereckim łączy ponadto fakt, że obaj osiągnęli swój największy sukces, będąc około trzydziestki. Liczą się jednak różnice. Światowym sukcesem Strawińskiego nie było znane obecnie najpowszechniej „Święto wiosny”, lecz nieco wcześniejszy balet „Pietruszka” (1911), gdzie kompozytor wprowadza element „uroczego bałaganu”, przy całej progresywności swojego muzycznego języka cytuje zasłyszane przez okno melodie kataryniarzy, a zamiast tytanicznych zmagań herosów i heroin opiewa nieszczęśliwą miłość jarmarcznej kukiełki. Zmęczonej (czy też przejedzonej) Wagnerem publiczności czegoś takiego właśnie było trzeba, sam kompozytor zresztą do końca życia najchętniej dyrygował właśnie „Pietruszką”, mając zapewne świadomość, że późniejsze dzieła może i go przewyższają wartością czysto muzyczną, lecz nie mocą retoryczną, słodkim smakiem rewolty, która skądinąd stopniowo została całkowicie „ucukrowana”.

Co innego, gdy pod koniec lat 60. zabrzmiała w Münster „Pasja wg św. Łukasza”. Słuchacz (zwłaszcza zachodni) dość już wtedy miał terroru awangardy, stawiającej przed nim coraz to nowe zagadnienia intelektualne, zaczął natomiast pragnąć doznań bardziej bezpośrednich, w tym zwłaszcza wzniosłości oraz obcowania z „czymś nowym, ale jakby już znanym”, a tego właśnie dostarczył mu Penderecki. Nie bez znaczenia jest też fakt, że do sukcesu „Pasji” doszło akurat w Niemczech, uświadomiła mi to rozmowa z wiekowym teściem mojej niemieckiej przyjaciółki, który to teść, dziwiąc się, że jako Polak nie jestem aż takim wielbicielem Pendereckiego jak on, używał wielokrotnie słowa Kraft, a zatem „siła, potęga”. Czegoś takiego nie dostarczał Niemcom ani Stock­hausen, ani nawet Rihm (aczkolwiek tego próbował), natomiast Penderecki okazał się zgodny z oczekiwaniami. Wyjaśnia to zresztą, dlaczego mistrz z Dębicy nie zdobył aż takiego poklasku we Francji, gdzie jednak tradycje debussy’owsko-ravelowskie są wciąż żywe. Boulez Pendereckim nigdy nie dyrygował, a Szymanowskim i Lutosławskim jednak tak.

Podczas prawykonania „Pasji” autor jej był w o tyle dobrej sytuacji, że dał już się poznać jako twórca dzieł stricte awangardowych; mimo że nie bywał na kursach w Darmstadt, jego wynalazki artykulacyjne, brutalne klastery i maszyna do pisania w roli perkusji były już dość powszechnie znane, a „Tren – ofiarom Hiroszimy” zrobił wielką furorę jako utwór co prawda emocjonalny, lecz jednak wynalazczy (czy może na odwrót?). W tym sensie wczesne utwory Pendereckiego (głównie na orkiestrę smyczkową) były dlań tym, czym dla Strawińskiego „Ognisty ptak”, utrzymany jeszcze w rimsko-korsakowskiej, baśniowej aurze – stanowiły usianą reweransami drogę ku „sobie samemu”. O ile jednak Strawiński poszedł drogą neoklasycyzmu i w końcu dodekafonii, o tyle Pendereckiemu bliższa była tradycja późnoromantyczna, której okazał się chyba najzdolniejszym spadkobiercą i kontynuatorem.

Ciągłość zmian

Ciekawe, czy Strawiński byłby dziś Strawińskim jako twórca wyłącznie (mistrzowskiego przecież) „Rake’s Progress” i czy Penderecki byłby Pendereckim, gdyby zaprezentował od razu coś w rodzaju „Siedmiu bram Jerozolimy”? Podejrzewam, że nie, zostaliby włożeni do odpowiednich szufladek i tyle. W twórczości obu tych kompozytorów element „zmiany” jest równie ważny jak ciągłość czy też rozpoznawalność. Nie byłoby późnego Pendereckiego bez Pendereckiego wczesnego, zauważmy jednak, że ta zmiana nie jest aż tak daleko posunięta, jak się wydaje. Wczesny Penderecki operował przede wszystkim barwą i dynamiką, późny robi w zasadzie to samo, dorzucając spektrum melodyczne, w którym nie porusza się zresztą z przesadną gracją, jego melodie pozostają abstrakcyjne i kostropate, nie zapamiętujemy ich, przedmiotem rozpoznania są raczej drobne fragmenty, stanowiące rodzaj „sygnatury”. Warto też zauważyć, że liczni ostatnio młodzi wielbiciele-remixerzy Pendereckiego nawiązują z reguły do dzieł wczesnych, wykonując zarazem gest „uprzystępnienia”, powtarzają więc – w nieco innej stylistyce – marszrutę samego Mistrza.

Jako symbol muzyki „przełomu tysiącleci” Penderecki ma jednego w zasadzie poważnego konkurenta, jest nim Arvo Pärt, też twórca z Europy Wschodniej, też zaczynający od rzeczy ultraawangardowych, by przejść do własnej techniki kompozytorskiej, będącej jednym z odgałęzień minimalizmu. On również jest autorem „Pasji”, zdecydowanie odmiennej, skromnej i antyemocjonalnej, operującej retoryką „cichej kontemplacji” – ten model religijności bardzo dobrze się ostatnio sprzedaje, kto wie, czy nie lepiej niż spektakularna, wybuchowa, często też upolityczniona („Polskie Requiem”!) religijność Pendereckiego. Pärt ma jednak tę wadę, czy też zaletę, że da się słuchać jako „muzyka tła”, narzuca się podprogowo, nienachalnie, Penderecki zaś domaga się bacznej uwagi, nie spuszcza słuchaczy z oka, nawet jeśli jego pomysłowość ogranicza się do ciągłego zwiększania obsady (i nie mam tu na myśli drzew w lusławickim arboretum, tylko muzyków orkiestrowych).

Jak słońce

Inni żyjący kompozytorzy z jego pokolenia absolutnie nie nadają się na gwiazdy, aczkolwiek absolutnie powinni nimi być. Są jednak albo konsekwentnymi awangardzistami (jak Gubajdulina, Kurtág, Nørgård czy Crumb), albo też zostali postrzeżeni od razu jako postawangardowi (jak Kanczeli, Reich, Riley albo Young) – Penderecki zaś trzyma oba te wróble w garści, jest i taki, i taki, ponadto góruje nad swoimi rówieśnikami tym, że niestrudzenie obsługuje swoją twórczość, dyryguje, bywa na prawykonaniach i nawet zwykłych wykonaniach, zaszczyca swoją obecnością imprezy organizowane przez żonę, odbiera dyplomy, organizuje kursy etc. – jego aktywność jest zaiste imponująca, ale wynika z niej korzyść, o której tu mówimy. Poczucie bycia docenionym to dla Polaka problem, psychiczna niewygoda – w tym sensie Penderecki jest Polakiem niestandardowym, przyjmuje wszystkie zaszczyty z widoczną przyjemnością, stąd też są mu chętnie przyznawane.

Kariera muzyczna Pendereckiego zaczęła się wszak od oszustwa: wysłał na konkurs trzy utwory, jeden napisany prawą ręką, drugi lewą (jest oburęczny), trzeci dał do przepisania kopiście, wszystkie trzy zostały nagrodzone. Oczywiście, jurorom musiały się spodobać, mamy je zresztą na płytach i są dobre, sam jednak ten tryb postępowania należy potępić, spotykam się z nim nieustannie na konkursach poetyckich i nie umiem sobie wytłumaczyć, skąd w ludziach aż tak wielka dążność do zdobycia nagrody. Ma to jednak swój sens, potrójna przewaga to coś więcej niż zwykła po prostu wygrana, to się w człowieku osadza. Zdobywszy taką nagrodę, można osiąść na laurach albo iść za ciosem. Penderecki należał do tych drugich, tworzył z początku tak, że zyskiwał przychylność krytyków muzycznych, a osiągnąwszy ich gremialną akceptację odwrócił się od nich, co nie odjęło mu chwały. W tej chwili jest dobrem nienaruszalnym i nikt, dosłownie nikt na świecie nie jest mu w stanie zagrozić. Osiągnął to człowiek, Polak, za pomocą muzyki, za to należą mu się wielkie brawa.

„Muzyka Pendereckiego jest jednoznaczna i tym tłumaczy się jej wielkie uznanie na rynku światowym” – napisał u progu lat 90. Bogusław Schaeffer. Wyczuwamy tu zazdrość płynącą z ust rówieśnika, mistrza niejednoznaczności, można się wszak zastanowić, czy istotnie motorem zarówno poparcia ze strony wyrafinowanych znawców, jak i aliansów z twórcami pop-moderny nie była ta właśnie jednoznaczność, wykryta przez bądź co bądź bardzo uważnego słuchacza muzyki XX wieku. Pendereckiego da się słuchać naiwnie, czego dowodem moje pierwsze słuchania, gdy „Pasja” gościła często na ekranie telewizora: jako dziecko bałem się jej, ale nie pozwalałem wyłączać – a nie wiem, czy rozbawiałyby mnie „Chantefleurs et chantefables”. Stąd wniosek: Penderecki wystawia się nieustannie na odbiór „dziecięcy”, naiwny, jest to pewnego rodzaju fikcja, acz przynosząca plony. Ludzie nie lubią go, bo drażni ich ucho, ale zapamiętują tego, kto ich na te tortury wystawił (tak przynajmniej przedstawia się sprawa, jeśli chodzi o promocję muzyki współczesnej w polskiej telewizji lat 70.). W gruncie rzeczy, powiedzmy to sobie szczerze, jest on stosunkowo przystępny.

Co do mnie, mam w dorobku Pendereckiego kilka utworów ulubionych, jest to skrzypcowe Capriccio (w wykonaniu Wiłkomirskiej), „Przebudzenie Jakuba” oraz Koncert fletowy, gdzie zdobył się na rzadką delikatność. Poza tym nie wiem, nie chcę i chyba nie muszę się ustosunkowywać, nawet kiedy pojadę do obcych krajów i znów usłyszę „Penderecki”, i kiedy będę musiał przekonywać, że mamy jednak i innych kompozytorów – że oni też istnieją, a słońce Pendereckiego ich przyćmiewa. ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]