Komunikat o błędzie

Aby zalogować się do tej strony, twoja przeglądarka musi akceptować cookies z domeny www.tygodnikpowszechny.pl.

Dogmaty nie spadły z nieba. Dlaczego mogą przeszkadzać w wierze

Kościelne losy tego, co nazywamy dogmatami, są pogmatwane i niejasne. Katolik ma je przyjmować w sumieniu, ale sumienie miewa z tym poważne kłopoty.
Czyta się kilka minut
Fragment fresku Ioannisa Kornarou. Klasztor Toplou, Kreta, Grecja, XV wiek // Dea / Archivio J. Lange / Getty Images
Fragment fresku Ioannisa Kornarou. Klasztor Toplou, Kreta, Grecja, XV wiek // Dea / Archivio J. Lange / Getty Images

Fiodor Dostojewski dziesięć lat swego życia spędził na syberyjskim zesłaniu, gdzie poznał niejaką Natalię Fonwizinę, która odegrała ważną rolę w jego nawróceniu na chrześcijaństwo. W 1854 r. autor „Zbrodni i kary” w liście do niej wyznał: „Ileż strasznych mąk kosztowało i kosztuje mnie (…) pragnienie wiary, które jest tym silniejsze w duszy mojej, im więcej jest we mnie dowodów przeciwnych. Jednakże Bóg zsyła mi niekiedy chwile, w których jestem absolutnie spokojny. (…) W takich chwilach ukształtowałem w sobie symbol wiary, w którym wszystko jest dla mnie jasne i święte (…): wierzyć, że nie ma nic piękniejszego, głębszego, sympatyczniejszego, rozumniejszego, odważniejszego od Chrystusa (…). Więcej, gdyby ktoś mi udowodnił, że Chrystus jest poza prawdą, i rzeczywiście byłoby tak, że prawda jest poza Chrystusem, to wolałbym pozostać z Chrystusem niż z prawdą”.

Nikomu nie życzę podobnych dylematów, ale w naszych czasach przydarzają się one katoliczkom i katolikom nie tylko z przyczyn zewnętrznych, związanych choćby z ogromnymi społecznymi i kulturowymi przemianami, napędzanymi przez rewolucje technologiczno-medialne, które stawiają wiarę przed nowymi pytaniami. Rzecz w tym, że dzieje się tak również z przyczyn jak najbardziej wewnątrzkościelnych. Mam na myśli pogmatwane, niejasne i poplątane kościelne losy tego, co nazywamy dogmatami. Katolik ma je przyjmować w sumieniu, ale sumienie miewa z tym poważne kłopoty.

O skali tego pogmatwania świadczy choćby fakt, że niektórzy biskupi – w Polsce często cała Konferencja Episkopatu – zdają się windować na poziom dogmatu swoje wypowiedzi w takich kwestiach jak przykazania kościelne, antykoncepcja, gender, in vitro czy rola świeckich w Kościele. Jakby niezgoda na nie miała być tożsama z herezją i wyłączała ze społeczności kościelnej.

Wynoszenie niedogmatycznych poglądów i opinii na poziom dogmatów wprowadza w błąd, odstręcza od Kościoła i niekiedy każe katoliczkom i katolikom zupełnie niepotrzebnie mierzyć się z dylematami na miarę Fiodora Dostojewskiego, sprowadzającymi się do pytania: Chrystus czy dogmat?

Znikający grzech

Na jednym z rzymskokatolickich portali internetowych znalazłem taką oto charakterystykę dogmatu: „to prawda wiary, którą Kościół uznał za objawioną ludziom przez Pana Boga. (…) Można powiedzieć, że powstały [one] po to, by w pewien sposób doprecyzować naszą wiarę. Nie ma zatem co się dziwić, że one po prostu są. (…) Nam, członkom Kościoła rzymskokatolickiego, dogmaty nie powinny w ogóle przeszkadzać. Wręcz przeciwnie – czynią one bowiem naszą wiarę bardziej klarowną, co sprawia, że staje się ona łatwiejsza do przyswojenia i zrozumienia”. Autor zdaje się postrzegać dogmaty jako oazę spokoju i bezpieczeństwa wiary. Owszem, nie ma co się dziwić, że dogmaty istnieją i że powstały po to, by doprecyzować wiarę. Ale życie uczy, że dogmaty mogą przeszkadzać i że wiara może się przez dogmaty stać mniej klarowna, trudniejsza do przyswojenia i zrozumienia.

Znamiennym przykładem jest dogmat o „grzechu” pierworodnym. Jego tradycyjne brzmienie trzeszczy w wielu miejscach, ale oficjalni nauczyciele wiary wciąż od nowa forsują jego wykładnię, która wystawia wiarę wiernych na trudne dylematy. Oto kilka z tych trzeszczących miejsc:

Przed katolikami z jednej strony nauka roztacza pasjonującą wizję ewolucji wszechświata, w tym gatunku Homo sapiens, a z drugiej strony katecheza maluje dogmatyczną, przedpotopową, dawno przebrzmiałą wizję prapoczątków wszelkiego stworzenia z Adamem i Ewą w rolach głównych, wizję statyczną, nieewolucyjną. Owszem, Jan Paweł II w 1996 r. powiedział do uczestników spotkania Papieskiej Akademii Nauk, iż „nowe zdobycze nauki każą nam uznać, że teoria ewolucji jest czymś więcej niż hipotezą”, tyle że cztery lata wcześniej promulgował Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK), w którym słowa „ewolucja”, „ewolucjonizm” ani „teoria ewolucji” nie pojawiają się ani razu, nawet w partiach poświęconych stworzeniu wszechświata i człowieka oraz „grzechowi” pierworodnemu! Tak samo mają się rzeczy w Kompendium katechizmu Kościoła katolickiego z 2005 r., podpisanym przez Benedykta XVI.

Jak wierzyć w dogmat o „grzechu” pierworodnym, niezmiennie prezentowany w katechizmach w sposób sprzeczny z podstawowymi ustaleniami nauk przyrodniczych o ewolucji świata i ludzkości? Jak wierzyć w dogmat, który kłóci się nawet z zupełnie podstawowymi ustaleniami egzegezy biblijnej co do natury początkowych partii Pisma Świętego?

Symbolicznie czy dosłownie

Otóż egzegeza od dawna powtarza, że pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju, z ich odmiennymi literackimi narracjami (a jest ich więcej niż jedna!) o stworzeniu świata, mają naturę symboliczną, obrazową, metaforyczną. To od dawna oczywiste, że rajski wąż czy drzewo poznania dobra i zła, podobnie jak sam raj nie są faktami historycznymi, ale oddaniem chwały Bogu, który świat stworzył i zbawia ode złego. W konsekwencji równie symbolicznie należałoby traktować Adama i Ewę.

Autorzy KKK przyznają, że biblijne narracje o stworzeniu są obrazowe, a nie dosłowne – węża czy rajskie drzewo traktują symbolicznie (zob. nr. 390 i 396). Ci sami autorzy jednak, w tym samym fragmencie biblijnym akurat tylko Adama i Ewę pojmują jak najbardziej dosłownie i historycznie. Widzą ich jako pierwszych w dziejach wszechświata ludzi z krwi i kości, parę, która dała początek całemu rodzajowi ludzkiemu. Skąd takie odczytanie? Na to pytanie w KKK brak odpowiedzi.

Katechizm opowiada się za poglądem, że na początku rodzaju ludzkiego stanęła jedna para, podczas gdy badania naukowe temu przeczą. „Dobór naturalny może efektywnie działać tylko w obrębie dość znacznej populacji gatunku przodka, co oznacza, że gatunek Homo sapiens nie mógł się wyłonić z jednej pary (monogenizm). (…) obecna populacja gatunku ludzkiego zawiera zbyt wielką genetyczną różnorodność pochodzącą od jego przodków, która mogłaby być tej populacji przekazana przez jedną parę. Monogenizmu nie broni także koncepcja mitochondrialnej Ewy, ponieważ identyfikacja mitochondrialnego DNA nie pozwala na jednoznaczne wskazanie wspólnego dla danej populacji przodka” – piszą ks. Wojciech P. Grygiel i ks. Damian Wąsek w książce „Teologia ewolucyjna”.

Dogmat głosi, że przed „grzechem” pierworodnym w świecie panowała harmonia, brakło cierpienia i śmierci, Adam i Ewa cieszyli się pierwotną sprawiedliwością i świętością, nienapastowani pożądliwością, czyli skłonnością do złego itd. To dopiero ów „grzech” miał zniszczyć pierwotną harmonię, sprowadzić na ludzi i świat zło i katastrofy, cierpienie i śmierć.

Na taką wizję nie ma miejsca w naukach przyrodniczych, według których – jak podkreśla biblista Marcin Majewski – „do natury człowieczeństwa [tj. od samego początku istnienia ludzi] należy niedoskonałość, skłonność do zła moralnego, choroba, trud, cierpienie, płciowość naznaczona pożądaniem, rywalizacja między gatunkami i wewnątrzgatunkowa, a wreszcie śmierć. (…) Śmierć, wrogość i wzajemne zabijanie się różnych gatunków, wymieranie, choroby, pożądliwość, dysfunkcje, mutacje i wszelkiego rodzaju zło fizyczne i moralne – istniały w świecie od samego początku istnienia życia (…). Nie są więc efektem historycznego grzechu, ale są wpisane w naturę funkcjonowania świata. (…) Słabość, grzeszność, cierpienie i śmierć są częścią natury, a skłonność człowieka do zła nie jest czymś zawinionym, lecz jest jego wyposażeniem ewolucyjnym, za które nie ponosi odpowiedzialności”.

Dogmat o „grzechu” pierworodnym szczególnie od czasów narodzin teorii ewolucji stanowi prawdziwy crux theologiae. Teologowie i teolożki szukają – wciąż właściwie bezskutecznie, chociaż z podziwu godnym zaangażowaniem – nowych jego formuł i wykładni, aby uwolnić wierzących od rozdarcia między sprzecznymi ze sobą wizjami wszechświata i człowieka.

Dogmatyczny niepokój

Teoria ewolucji wstrząsa nie tylko dogmatem o „grzechu” pierworodnym, ale także innymi doktrynami, jak wszechmoc Boga i Boża opatrzność. Jak rozumieć np. opatrzność Bożą, jeśli cierpienia, męczarnie i śmierć, szczególnie istot najsłabszych, pierwszych ofiar doboru naturalnego, „odrzutów” ewolucji, z istoty charakteryzują przyrodę ożywioną, którą właśnie jako taką, dodaje wiara, stworzył Bóg będący miłosierną Miłością. Jak to pojąć w wierze?

Dogmaty nie muszą być postrzegane jako oazy spokoju. Historie konkretnych dogmatów, jeśli przyjrzeć się im uważnie, zaglądając nie do katechizmów, ale do archiwów czy dokumentów, okazują się zwykle burzliwe, czasem tragiczne, przepełnione dobrą i złą wolą, modlitwami i oszczerstwami, błogosławieniem i przeklinaniem. Ślad tego wszystkiego odcisnął się na wielu pierwotnych definicjach dogmatycznych pod postacią słynnej formuły anathema sit! („niech będzie wyklęty!”), wykluczającej ze wspólnoty Kościoła, czyli przeznaczającej na wieczne potępienie niedowiarków, ale i inaczej myślących, problematyzujących język definicji czy przyjęte doktrynalne rozwiązania.

Praktycznie każdy dogmat rodził się w niepokoju, w sporze i kłótni, zdarzało się, że trwających dziesiątki, a nawet setki lat. Dogmaty często wikłały się w politykę, wewnątrzkościelną i świecką. W książce o Soborze Trydenckim (XVI w.) „Trydent: co się wydarzyło podczas soboru” amerykańskiego historyka, jezuity Johna O’Malleya słowo „polityka” czy „polityczny” występuje prawie co pięć stron. Z kolei w studium tego samego autora „Co się zdarzyło podczas Soboru Watykańskiego Drugiego” (1962-1965) – co siedem stron. Tymczasem w jego pracy „Historia papieży” o „polityce” mowa na 120 z 370 stron! W czterech tomach znakomitej „Historii dogmatów”, pod redakcją jezuity Bernarda Sesboüé, na łącznie ponad 2000 stron słowa „polityka” czy „polityczny” można przeczytać prawie 240 razy.

Ochrypłe wrzaski na Soborze

Jak wiele niepokoju mogą kryć w sobie dogmaty, dobrze widać na przykładzie historii doktryny Soboru Nicejskiego z 325 r., na którym biskupi zajmowali się tajemnicą Jezusa Chrystusa, ogłaszając dogmat o Jego bóstwie i człowieczeństwie. Wcześniej jednak doszło do potężnych teologicznych oraz kościelno-politycznych przepychanek, walk i wstrząsów. Jednym z głównych ich bohaterów był niejaki Ariusz (zm. 336 r.), teolog i prezbiter z Aleksandrii, który zastanawiał się nad naturą Jezusa Chrystusa względem Boga Ojca.

W „Historii dogmatów” czytamy: „Jego doktryna rozprzestrzenia się bardzo szybko (…). Ariusz miał bowiem przyjaciół wśród biskupów na tamtych terenach, (…) zwłaszcza wpływowego Euzebiusza z Nikomedii (…). Ariusz pisze do nich i prosi o wsparcie. Wobec powagi, jakiej nabiera cała sprawa, [biskup] Aleksander [największy przeciwnik Ariusza] zwołuje lokalny synod biskupów Egiptu i Libii w Aleksandrii, który potępia, składa z urzędu i ekskomunikuje Ariusza. (…) Wygnany z Aleksandrii, Ariusz chroni się w Palestynie, następnie w Nikomedii (…). Dwa synody usiłują wstawić się za nim. Zamęt religijny jest wówczas wystarczająco poważny, by stać się problemem politycznym. Po swym zwycięstwie nad Licyniuszem w 324 r., [cesarz] Konstantyn stara się zaprowadzić pokój religijny i postanawia zwołać sobór. Będzie to pierwszy sobór powszechny [w Nicei]. Jak osądzić osobę Ariusza? Jak zawsze, gdy chodzi o »heretyków«, zwyczaje tamtej epoki chciały, by ich portret malował się w czarnych barwach: »pełen próżności«, »chytry wąż«, »oszustwo w manierach«, »uwodzicielska słodycz«, pisze [biskup] Epifaniusz z Salaminy. Poprzez całą serię pejoratywnych sądów, odgadujemy mimo wszystko, że chodziło o ascetę o wielkiej finezji psychologicznej, bardzo uzdolnionego w dziedzinie przekazu duszpasterskiego, dobrego znawcę Pism, a także wykształconego w dialektyce. Pytanie, jakie stawia wierze chrześcijańskiej, wcale nie jest przeciętne”.

Sobór w Nicei potępił Ariusza i ogłosił Credo, na które złożył się swoisty zestaw podstawowych do dziś dogmatów wiary Kościoła, które głośno powtarzamy w coniedzielnej liturgii, wyznając wiarę m.in. w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Boga prawdziwego z Boga prawdziwego, który dla zbawienia ludzi stał się człowiekiem, cierpiał i zmartwychwstał trzeciego dnia. Sobór dodał do tego: „Tych, którzy mówią: »był kiedyś czas, kiedy go [Chrystusa] nie było« lub »zanim się narodził, nie był« lub »stał się z niczego« lub pochodzi z innej hipostazy, lub z innej substancji [niż Bóg Ojciec], lub że Syn Boży jest zmienny i przeobrażalny, tych wszystkich powszechny i apostolski Kościół wyłącza (anathimatidzei)”. Owe cytaty odnosiły się do poglądów Ariusza.

Soborową doktrynę trzeba uznać za znaczące osiągnięcie, owocujące pewną klarownością i otwierające doktrynę na kolejne doprecyzowania wiary, które przyjdą z kolejnymi starożytnymi soborami. Jednak bynajmniej nie pod każdym względem wiara stała się przez to klarowniejsza i łatwiejsza do przyjęcia. Nie tego dowodzą wydarzenia, jakie rozegrały się w Kościele po zamknięciu nicejskich obrad. Św. Bazyli Wielki (zm. 379 r.) tak je opisał: „Ochrypłe wrzaski tych, którzy skłóceni występują przeciw sobie; niezrozumiała gadanina, bezładny zgiełk krzyczących bez ustanku wypełnił już cały Kościół, zniekształcając – przez nadgorliwość lub uchybienia – prawdziwą naukę wiary”.

Sobór w Nicei w dziedzinie doktryny zamknął jedną puszkę Pandory, ale otworzył drugą. Podobnie miały się rzeczy w przypadku innych soborów, także tego ostatniego – Soboru Watykańskiego II (1962-1965). Benedykt XVI w grudniu 2005 r. – w czterdziestą rocznicę jego zakończenia – oznajmił: „Nie chcę odnosić tego dramatycznego opisu [pióra Bazylego Wielkiego] do sytuacji po ostatnim Soborze, niemniej częściowo odzwierciedla on to, do czego doszło”.

Ziemskie i kruche

Dogmaty są wynikiem długich, bardzo człowieczych trudów intelektualno-duchowych, historii złożonych zmagań życiowych, teologicznych, modlitewnych, liturgicznych, filozoficznych, naukowych, kulturowych, obyczajowych i politycznych. Doprawdy, żaden z nich nie spadł gotowy z nieba. Jesteśmy dziedziczkami i dziedzicami bardzo ziemskiej i kruchej postaci tych filarów wiary chrześcijańskiej.

Problem w tym, że ta ich ziemskość i kruchość często jest z nich – w katechezie i katechizmach, na ambonach i w pobożnych publikacjach – na siłę usuwana, jakby ich natura była czysto niebiańska. Jeśli jednak życia i historie ludzi są pełne trudów, goryczy i bólu, ale także pocieszeń, szczęścia i pokoju oraz jeśli dogmaty rodzą się właśnie z takich żyć i historii oraz ich dotyczą, to trudno się dziwić, że jest w nich radość i smutek, szczęście i cierpienie, pokój i niepokój.

Wbrew pobożnym przekazom, dogmaty mogą przeszkadzać i utrudniać przyjęcie i zrozumienie wiary. Mogą rodzić wielkie trudności, dla których często brak zadowalających rozwiązań. Znam wierzących, którzy zazdroszczą niewierzącym, że ci nie muszą mierzyć się z takimi problemami. Mierzenie się z trudnościami samo w sobie jednak jest częścią ziemskiej przygody wiary i nie jest to jej słabość, ale zwykła cecha, o czym pisali już autorzy ksiąg biblijnych. Szczególnie Księgi Hioba i Księgi Koheleta, u których więcej jest pytań, problemów i niepokojów wiary niż odpowiedzi, rozwiązań i spokoju.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Dogmaty nie spadły z nieba