Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Dociekliwość ojca Browna

Dociekliwość ojca Browna

03.11.2010
Czyta się kilka minut
Detektywistyczna proza Chestertona wstrząsnęła przed wiekiem umysłami Anglików. Lecz w jego książkach tkwi coś jeszcze. Polski nie objął surrealizm, bo miała Witkacego. Anglię ominął surrealizm, bo miała zachwycającego Chestertona.
M

Mało co pomnę ze szkół, kolegów, zabawek. Pamiętam lektury. Musiałem mieć z osiem lat, gdy - gdzie? kiedy? - w przedwojennej bez wątpienia książce trafiłem na krótką opowieść. Kilka osób, zaskoczonych burzą na podmiejskiej wycieczce, znalazło schronienie w gościnnym, acz ustronnym domu. Po przejściu nawałnicy odkryto w ogrodzie ciało gospodarza. Musiał zabić go ktoś z obecnych. Po chwili malowniczego zamieszania jeden z uczestników wycieczki, ksiądz, bezbłędnie wskazał sprawcę. Był nim bratanek czy siostrzeniec nieboszczyka, bodaj modernistyczny literat. Za podstawę wywodu posłużyła duchownemu obserwacja poczynań młodzieńca, który uparcie wlepiał wzrok w zalewane deszczem okno. Otóż po wewnętrznej stronie szyby płynęły dwie krople. I tu ksiądz jął odtwarzać sposób myślenia mordercy. Jeśli czystym wysiłkiem woli uda się sprawić, że krople złączą się w jedną strużkę, to znaczy, iż rzeczywistość podlega sile umysłu, a zatem ja, który siłą tą rozporządzam, jestem nadczłowiekiem. Jako taki wyrastam ponad wszelkie prawa. Mogę zabijać.

Kropla burzy?Było to skrajnie niepodobne do niczego, co dawało się przeczytać około 1958 roku. Klimat poufały i gotycki zarazem, narracja poetycka, lecz potoczna, wnioskowanie przez paradoksy. Posmak polemiki z jakąś niepokojącą filozofią. Ksiądz detektyw rozumował w piorunujących skrótach, zawrotnie, eliptycznie, pionowo. Toteż mija właśnie pół wieku, jak szukam tej historii. Warto by przyjrzeć się jej raz jeszcze. Przed laty podszedłem serio do tej sprawy, nabywając w antykwariatach wszystko, co wyszło przed wojną z przygód rzeczonego detektywa: "Niewinność ojca Browna" (1927), "Tajemnicę ojca Browna" (1928), "Grzechy księcia Saradine" (1928), "O mądrości ojca Browna" (1928), "Niedowiarstwo księdza Browna" (1929). I monografię Borowego (1929). I dwa powojenne wybory. W BUW-ie, tym dawnym, na Krakowskim Przedmieściu, spędziłem parę dni nad wydaniami w oryginale z epoki. Ma się rozumieć, daremnie.

Tyle pojąłem, że te pół setki kryminalnych nowel to krople wielkiej burzy, która wstrząsnęła przed wiekiem umysłami Anglików po zgonie królowej Wiktorii. Lecz w tych książkach tkwi coś jeszcze. Polski nie objął surrealizm, bo miała Witkacego. Anglię ominął surrealizm, bo miała Chestertona.

"Ja spróbuję - odparł ojciec Brown"?"Powiadają, że sowa była córką piekarza. Boże mój, wiemy, czym jesteśmy, ale nie wiemy, czym się możemy stać" ("Hamlet", akt IV, sc. V, przełożył Stanisław Barańczak). "The owl was a baker’s daughter. Według legendy z hrabstwa Gloucester do piekarni zaszedł Chrystus, prosząc o coś do jedzenia. Żona piekarza włożyła dlań do pieca ciasto, ale jej córka rzekła, że to za wiele i zabrała połowę. Bochenek wyrósł jednak do olbrzymich rozmiarów, co widząc, córka krzyknęła: »Ho! Ho! Ho!« i zmieniła się w sowę. Do tej właśnie tradycji nawiązuje Ofelia" ("Brewer’s Dictionary of Phrase & Fable", 2000). I z tejże tradycji pozwalam sobie wywieść Chestertona. Jest to wyjątkowo smakowity wypiek ingrediencji, które w taki sposób wymieszały się tylko w Anglii: żywej refleksji teologicznej i tradycji religijnego folkloru, teatralności w życiu codziennym i świata na opak fantastyki ludowej, konkretu i alegorii, literackiej "mowy szaleństwa" i poczucia absurdalnego humoru. Wrażliwości na świat, który postrzega się jako tyleż logiczny, ile niedorzeczny. To właśnie daje w sumie mądrość ojca Browna. "Boże mój, wiemy, czym jesteśmy, ale nie wiemy, czym się możemy stać." Szekspirowską, ale i Chestertonowską.

Fabułę sensacyjną pozwala jednak zaszczepić na tym gruncie dopiero kolejna tradycja. A mianowicie idea eseju Thomasa de Quinceya "Morderstwo rozpatrywane jako jedna ze sztuk pięknych", czyli estetycznego traktowania zbrodni. Wkład romantyzmu jako angielski odpowiednik irracjonalnej aury, która dajmy na to we Francji otacza zdradę małżeńską, a w Polsce zgon za ojczyznę. Inaczej mówiąc, chodzi o intuicyjną postawę XIX-wiecznego krytyka sztuki, który wciela się duchowo w Rembrandta czy Beethovena, by przeżyć jego wzloty, rozważyć ograniczenia i wymierzyć inwencje. Metoda ojca Browna, otwarcie wyobraźni na to, czym się możemy stać, jest więc z gruntu intuicyjna. "Sam każdą z tych zbrodni planowałem bardzo starannie - tłumaczy ksiądz. - Obmyślałem dokładnie, jak powinno to być zrobione... I w jaki sposób... I w jakim usposobieniu powinien być człowiek, który zamierza to zrobić. A gdy już byłem zupełnie pewny, że czuję tak samo, jak morderca, oczywiście mogłem od razu go poznać" ("Tajemnica ojca Browna"). "Jeden z moich przyjaciół zalecił mi takie rozmyślania jako rodzaj pobożnego ćwiczenia. Sam zaś pomysł był zdaje się papieża Leona XIII". I wyznaje, że wiedzę o mrocznych zakamarkach umysłów zdobył w konfesjonale.

Jeśli wierzyć biografom, ojca Browna stworzył Chesterton nade wszystko dla finansowego wsparcia wiecznie robiących bokami przedsięwzięć dziennikarskich. Lecz powołując go do życia, musiał coś przeciwstawić ścisłej ponoć dedukcji króla książkowych detektywów - Sherlocka Holmesa. Stąd koncept tropiciela zbrodni, który odtwarza w wyobraźni profile psychologiczne i moralne złoczyńców. Pomysł tyleż skuteczny, to jest literacko produktywny, ile groźny dla duszy. Z tej racji, a nie tylko dla łatwego kontrastu z logicznym, bezwzględnym Holmesem, stosować go winien ksiądz. Gdyż metody ojca Browna budzą nierzadko zgrozę jego partnerów. Wszystko zdaje się lepsze od tej złowrogiej licencji, jakiej udziela sobie duszoznawca: nieubłagana dziedziczność, ślepy traf, ponure pogańskie kulty, chorobliwe ideologie i prastare przesądy. Ojciec Brown nie wierzy jednak ani w naukę, ani w gusła. Wierzy w coś całkiem innego.

I stąd, od czasu do czasu, mówi coś, co przekracza granice literatury rozrywkowej. "Możecie, panowie, myśleć, że zbrodnia jest straszna, gdyż nigdy jej nie popełniliście. Dla mnie jest straszna, bo mogłem ją popełnić" ("Tajemnica Flambeau"). To bardzo nowoczesne. Tak nowoczesne, że przed stuleciem mógł tak rzec tylko ksiądz safanduła, wiecznie gubiący parasol, niepozorny i tak na pozór anachroniczny, jak katolicyzm w Anglii. Lub naiwny jak romantyzm w wyrachowanym a przeżartym dziwactwami życiu elit angielskich z czasów Edwarda VII. Słysząc tę deklarację, pewien rozmówca księdza pozwala sobie zadrwić, że nikt wszak nie byłby zdolny pojąć zbrodni Judasza. "Ja spróbuję - odparł ojciec Brown". Aż dreszcz bierze na to nagłe zbratanie kryminalistyki z teologią.

Kraina wyjątków?Sherlock Holmes tworzy parę z Ars?ne’em Lupinem. Starcie tego wcielenia brytyjskości z kontynentalnym dżentelmenem włamywaczem, jakie zaaranżował Maurice Leblanc, było nieuniknione. Spokrewnia ich dekadencki klimat końca wieku: depresje, skrzypce, morfina. Ojciec Brown natomiast rymuje się paradoksalnie z Fantomasem. Lecz na tle innym, bo literatury awangardowej. Fantomas, komercyjne dzieło spółki autorskiej

Allain-Souvestre, urzekł Apollinaire’a, Cendrarsa i Aragona. Był wszechobecny, a więc codzienny, i demoniczny, więc nadzwyczajny - w sumie niesamowity. Ojciec Brown fascynował Voskovca i Wericha, Tairowa, Ważyka, Borgesa. Budził sympatię wdziękiem wylęgłym w świecie Dickensa, lecz zaskakiwał ironią. Niepokoił faktem, że psychologia wytropionych przezeń zbrodniarzy oscyluje na skraju patologii. Że rozwiązane przezeń zagadki są nadal wieloznaczne. Że należą do sfery fantastyki. Obydwie postacie, nazbyt niezwykłego przestępcy i nazbyt zwykłego detektywa, sygnalizują jedną z nie do końca spełnionych ambicji literatury awangardowej: zainfekowania codzienności wyobraźnią i eksploatowania egzotyki ostatniej, po podboju kuli ziemskiej, terra incognita - głębi ludzkich umysłów.

Chesterton to pisarz dobrze wychowany. Toteż nigdy nie padają u niego trupem damy, a raz tylko zabójczynią jest kobieta, zresztą aktorka. Akcja nie schodzi też poniżej wyższej klasy średniej. Lecz reszta stanowi skandal. Ofiary to monstra: egoiści, obsesjonaci, hipokryci, którzy dobrze zapracowali na swój los. Giną od dziwnych narzędzi: sztyletów wstrętnego kształtu, strzał wbijanych ręką, pokryw grobowców. Tylko najprzyzwoitszym autor przeznacza szpadę. Mieszkają w domach o niepokojącej, nonsensownej architekturze. Są te domy za długie lub za niskie, ażurowe lub zaryte w ziemi, bądź przeciwnie - wieżowate, a zawsze labiryntowe. Leżą na bagnach lub brzegu morza, w kotlinie bądź na wzgórzu, a zawsze w zaniedbanych ogrodach i nieodmiennie na odludziu. Świat śledztw ojca Browna to kraina potworów, dziwolągów i wyjątków.

Jak się to wszystko motywuje nawzajem, prześledzić można choćby w opowieści "Fortuna Darnawayów". Sekret zbrodni zostaje tam wyjaśniony, gdyż ojciec Brown rozpoznaje tajemne drzwi, których nikt przed nim się nie domyślał. Przejście to maskowała bowiem szafa biblioteczna pełna książek. Ojciec Brown odkrył ich szczególny charakter, bo odcyfrował ze zdjęcia tytuły na grzbietach. Wszystko to były tytuły - jest ich cała lista - odnoszące się do rzeczy niemożliwych, jak "Żmije w Islandii", których, jak wiadomo, nie ma, albo "Religia Fryderyka Wielkiego", której tenże nie uznawał, albo biografia papieżycy Joanny, której też, dla prawowiernego katolika przynajmniej, nigdy nie było. Toteż domyślił się, że książki traktujące o realności negatywnej mogą nie być wcale książkami, a jak z tego wynika, stać na półkach, które wcale nie są półkami. Jego geniusz sprawia, że w tym czymś dopatruje się drzwi, bo czysta negatywność mogłaby być wszystkim. Jest z tym tak, jak ze znanym twierdzeniem: "Obecny król Francji jest łysy": obecny król Francji może być i włochaty, i wąsaty, i jakikolwiek, bo go nie ma.

Spisek przeciw rzeczywistości?Dziwny nadmorski dom, otoczony fosą, smętna ruina średniowiecznego zamczyska. Odwieczny ród obłożony klątwą. Osobliwie łypiący portret praprzodka. Wszystko to jest na progu XX wieku skandalem. Racjonalny obraz świata takie miejsca i fakty jak najskrupulatniej pomija. Lecz tu się jawi poznawcza rola zbrodni. Dokonana w tym domu zbrodnia zdaje się niemożliwa jeszcze bardziej, ale to nie znaczy, że nie zaistniała. Przeciwnie, zaistniała jak najbardziej. I rozum wyjaśnić ją może tylko w świetle logiki absurdu. A więc to, co nie istnieje, wyjaśnia to, co istnieje.

Zamachy na racjonalność, jakim samotnie stawia czoło ojciec Brown, systematycznie podważają zaufanie do świata obiektywnego. To właśnie frapowało pisarzy awangardy. Świadectwem przygoda, którą zaaranżował za młodu, w latach 20. ubiegłego wieku, Jorge Luis Borges. Towarzystwo, w którym się po powrocie do Argentyny obracał, otaczało kultem pisarza starszego pokolenia, fascynującego dziwaka nazwiskiem Macedonio Fernandez. I w ramach tego kultu postanowiło zrobić z niego prezydenta Argentyny - nie dlatego, że pragnęli zmiany, tylko żeby Macedonio mógł sprawdzić swoją teorię władzy. Najpierw więc siostra Borgesa i jej koleżanki zaczęły pisać na murach zadziwiające imię kandydata, potem rozrzucały je na karteczkach w sklepach, kinach, tramwajach i bramach, tudzież wkładały je w szatniach do kieszeni palt znajomych. Wkrótce wyłoniła się

z tego taktyka zdobycia władzy dzięki rozpowszechnianiu gadżetów, które zdestabilizują całe społeczeństwo. Pierwszym miała być podkładana w kawiarniach automatyczna cukierniczka, która albo nie sypie cukru, albo wyrzuca do filiżanki całą zawartość. Następnym - podrzucana do urzędów pocztowych obsadka ze stalówkami na obu końcach, zagrażająca oczom piszącego. Dalej - kręcone schody o każdym stopniu innej wysokości, składany sprężynowy grzebień, który może obciąć palce, przedmioty zbyt lekkie lub za ciężkie na swój rozmiar, kryminały o sklejonych w kluczowym miejscu kartkach, wreszcie awangardowa poezja. Przy poezji, o ile pomnę, ludzie mieli wpaść w szał. Wszystko to opisał Borges w przedmowie do książki Fernandeza "Museo de la Novela de la Eterna", na czele czterdziestu sześciu bodaj przedmów, jakimi opatrzył to dzieło autor. Przedmowa ta, obok innych Borgesowskich przedmów, trafiła do zbioru "Prologo (con un prologo de prologos)".

Analogiczny przypadek interwencji w realność wynotowałem w 2002 roku z "Le Monde". Wtedy to bowiem w Paryżu odkryto, że od jakiegoś czasu na murach pełno jest nie wiadomo jak i kiedy umieszczonych tablic pamiątkowych rozmaitego formatu, ale zawsze solidnych i godnych zaufania. Tablic takich, jak wiadomo, nikt nie czyta. Lecz wtem nastąpiło ocknięcie i znaleziono ich setki. I oto właściciel nieruchomości widzi rano tabliczkę, że na przykład w tym domu mieszkała wtedy a wtedy pani Karima Bentiffa. Kto zacz? Nikt nie wie. A na innym domu wisi od niepamiętnych czasów tablica: "Tę oto tabliczkę powieszono w tym miejscu 19 grudnia 1953 r." Przy tekście w "Le Monde" widniało zdjęcie jednej z najsławniejszych: "Dnia 17 kwietnia 1967 r. nic się tu nie zdarzyło" (ulica Sidi Brahim 11). Dzikie tabliczki zdradzały, rzecz jasna, równie dzikie poczucie absurdu ich twórców czy sprawców, ale domagały się też rekonstrukcji stojących za nimi reguł ataku na normalność, których jednak nie podjęto.

W swej praktyce detektywistycznej ojciec Brown stał się odkrywcą takiego właśnie spisku, który zdaje się podważać jednolitość, trwanie i ciągłość rzeczywistości, wymierność i organizację przestrzeni, logikę przyczynowo-skutkową i mechanizm wynikania.

W oczach jego twórcy cała ta sfera zaprzeczeń należała rzecz jasna do natury świata nie mniej niż wszystkie rzeczy mierzalne i regularne. Tyle że nie dostrzegają jej nasze umysły. I z tej racji godna jest opisania w książkach, które obnażą figle i wszelkie złośliwości, jakie rzeczywistość sprawia jej użytkownikom. Dzięki mądrości ojca Browna nieprzyjemne i groźne cechy rzeczywistości odczytać można jako równie jej przynależne i oczywiste. Co w efekcie otwiera nowy zakres realności.

Natura problemu?Czemu rzeczywistość tak nas traktuje? - to pytanie filozoficzne, wykraczające poza zakres literatury kryminalnej. Wypada tylko stwierdzić, że głęboko poruszało Chestertona. Próbując wyrazić niesiony przez nie lęk, stał się twórcą fantastyki nowego rodzaju, w pół drogi między horrorem a persyflażem. Lecz Borges mówi słusznie, że Anglik nie do końca akceptował w sobie ów przechył w stronę zgrozy: "walczył z upodobnieniem się do Edgara Allana Poe lub Franza Kafki, ale coś w glinie jego ja ciążyło ku koszmarom, coś tajemnego, ślepego, centralnego" ("O Chestertonie"). A walcząc, sięgał do arsenału idei nie zawsze niewinnych. Jak choćby ta, zawarta w uroczym i oszałamiającym "Człowieku, który był Czwartkiem", że warto powołać policję myśli, tropiącą "w tomiku sonetów spisek przeciw Rodzinie i Państwu". Toteż pewne sfery lansują go dziś w Polsce jako wzór dogmatyka.

Całe szczęście, że nie zwietrzał wywrotowy smak jego fikcji. I dialektyki ojca Browna, który wbrew całej swej praktyce kryminalistycznej nigdy nie mniemał, że w pełni posiadł prawdę: "Rozwiązanie problemu zmienia jego naturę".

Sam każdą z tych zbrodni planowałem bardzo starannie - tłumaczy ksiądz Brown. - Obmyślałem dokładnie, jak powinno to być zrobione... I w jaki sposób... I w jakim usposobieniu powinien być człowiek, który zamierza to zrobić. A gdy już byłem zupełnie pewny, że czuję tak samo, jak morderca, oczywiście mogłem od razu go poznać... Jeden z moich przyjaciół zalecił mi takie rozmyślania jako rodzaj pobożnego ćwiczenia. Sam zaś pomysł był zdaje się papieża Leona XIII.

GILBERT KEITH CHESTERTON

JAN GONDOWICZ jest krytykiem literackim, tłumaczem i wydawcą. Autor opracowań, przekładów oraz licznych esejów. Opublikował m.in. bestiariusz "Zoologia Fantastyczna Uzupełniona" (1995, drugie wydanie 2007). Za przekład "Ćwiczeń stylistycznych" Raymonda Queneau otrzymał Nagrodę "Literatury na Świecie".

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]