Długi film o zabijaniu

Ta historia głównym bohaterem uczyniła świadka, który nie może i nie chce zapomnieć tego, co zobaczył.
Czyta się kilka minut
Tomasz Ziętek w filmie „Żeby nie było śladów” / Łukasz Bąk / materiały prasowe Kino Świat
Tomasz Ziętek w filmie „Żeby nie było śladów” / Łukasz Bąk / materiały prasowe Kino Świat

W gabinecie mecenasa Bednarkiewicza (w tej roli Dariusz Chojnacki) wisi obraz „Pełzająca śmierć” Zdzisława Beksińskiego. W ten sposób reżyser Jan P. Matuszyński nawiązuje do swojego wcześniejszego filmu, „Ostatnia rodzina”, o zamkniętym świecie malarza i jego bliskich. To jeden z wielu znaków, iż „Żeby nie było śladów” nie stanowi dosłownej ekranizacji książki Cezarego Łazarewicza – nie jest więc rekonstrukcją historyczną sprawy Grzegorza Przemyka. Z powodów dramaturgicznych, prawnych i etycznych tylko niektóre postacie i sceny wiernie naśladują rzeczywistość z 1983 r. Pozostałe narodziły się w wyniku selekcji, kompilacji czy zagęszczeń arcybogatego materiału dostarczonego przez pierwowzór.

Efekt jest podobny: ta historia sprawia wrażenie, jakby wyrosła z bezsilności i gniewu wobec państwowej przemocy, mataczenia, bezkarności. A głównym bohaterem uczyniła świadka, który nie może i nie chce zapomnieć tego, co zobaczył.

Scena na komisariacie przy Jezuickiej, gdzie stołeczni milicjanci katują maturzystę, właśnie dlatego wydaje się tak przeszywająca, że przyjmuje punkt widzenia Jurka, kumpla filmowego Przemyka. Widzimy i słyszymy dokładnie tyle, ile mógł widzieć i słyszeć sterroryzowany naoczny świadek, grany przez Tomasza Ziętka. Wokół tego zdarzenia narasta kilka pięter opowieści, w tym zaszczucie Jurka i jego bliskich oraz batalia z udziałem komunistycznego MSW i prokuratury o zatuszowanie faktów. Świadek ma zostać skompromitowany, a wina przerzucona na sanitariuszy. Pojawia się bowiem ryzyko upolitycznienia sprawy i „drobny kłopot natury wizerunkowej”, co czujnie zauważa towarzysz sekretarz Milewski (Andrzej Chyra). Walka o prawdę i sprawiedliwość zderza się z bezwzględną walką o zatarcie wszelkich śladów.

Z pewnością nie było łatwo połączyć ze sobą na ekranie te dwa wymiary, prywatny i publiczny, nawet jeśli naprawdę pozostawały ze sobą ściśle splecione. Kino rządzi się regułami gatunku: albo thriller polityczny, albo psychologiczny dramat, toteż scenarzystka Kaja Krawczyk-Wnuk musiała wykonać karkołomną robotę, by znaleźć przejścia między tymi różnymi planami. Trzeba było także ożywić z pomocą aktorów dobrze znajome kukły w ówczesnym teatrze politycznym. Stąd tak soczyste postacie jak cyniczny generał Kiszczak w interpretacji Roberta Więckiewicza („przecież żadne polskie słowo nie zaczyna się na V”), zawsze usztywniony generał Jaruzelski (Tomasz Dedek) czy mówiąca z pełnymi ustami, w futrzanej czapie i krzykliwej stylizacji cyniczna prokurator Wiesława Bardon (Aleksandra Konieczna).

A jednak to ten drugi, prywatny plan skutecznie przekracza ramy anegdoty i strzepuje kurz z archiwaliów. Sandra Korzeniak jako Barbara Sadowska, matka Grzegorza, całą sobą wciela się w matkę bolesną, „wilczycę z wyrwanym płodem” (określenie Hanny Krall, wykorzystane w książce). Gra ze ściśniętym gardłem, jakby jej bohaterka trwała przez cały czas w stuporze, choć nie zatraciła moralnego pionu. Mimo żałoby i poczucia winy Barbara długo nie daje się złamać, a każde wypowiedziane przez nią zdanie nabiera antycznego ciężaru. Intrygująco wypada również dyskretna, lecz znacząca postać matki Jurka (Agnieszka Grochowska), milczącej w obliczu służalczej postawy męża (Jacek Braciak).

Jak daleko można się posunąć, by zapewnić swojej rodzinie spokój w skrajnie niespokojnych czasach? Jaka będzie cena tego spokoju? Film ma największą siłę nie wówczas, kiedy zamienia się w polityczny procedural, ale gdy ukazuje totalitarny mechanizm niszczenia w kameralnych, familijnych warunkach. Ograniczone ciasnym kadrem, odmalowane wyblakłym kolorem życie domowe toczy się własnym rytmem, podczas gdy gdzieś w monumentalnych wnętrzach resortowych gabinetów znajduje się równoległa rzeczywistość, która projektuje kształt dla tej pierwszej. Dlatego perfidia systemu najdotkliwiej ujawnia się właśnie w tych swojskich dekoracjach, przy wódeczce i kanapkach: kiedy ojciec próbuje złamać synowi charakter, a dawno niewidziany kumpel z wojska prowadzi przy stole grę operacyjną.

Oglądamy zatem długi, bo prawie trzygodzinny film o zabijaniu. Przypadkowe (wszystko na to wskazuje) zabójstwo Grzegorza Przemyka wyzwala całą serię innych, symbolicznych zabójstw. Ich największą ofiarą będzie wrobiony przez milicję sanitariusz Wysocki, przejmująco zagrany przez Sebastiana Pawlaka. Rezygnując ze sprawozdawczej powściągliwości, w wielu, zwłaszcza na poły fikcyjnych scenach „Żeby nie było śladów” uruchamia trudne do udźwignięcia emocje. Porównania z wybitnym skądinąd reportażem Łazarewicza przypominają słynny „suchar” o kozie, która zjadając taśmę filmową mówiła ze znawstwem: „Książka była lepsza”. Kino to zupełnie inne medium. Oczywiście, zawsze można pójść w drobiazgowy paradokumentalizm, choć nie byłby to wówczas film, który trzymałby tak mocno za gardło. Tu bezmiar niesprawiedliwości widz odczuwa na własnej skórze.

Trzeba podkreślić, że podobnie jak w „Ostatniej rodzinie” znakomicie udały się twórcom przenosiny w czasie. W końcu nic tak nie rezonuje ze współczesnością, jak sugestywnie odtworzona przeszłość. Paweł Jarzębski, autor nagrodzonej w Gdyni scenografii, dba o realia, choć bez gadżeciarskiego przeładowania typowego dla filmów powracających do PRL-u. Muszą być jednak ciężkie boazerie, głośno buczące lodówki, herbata w szklankach z koszyczkiem, szklana ryba na telewizorze… Ścieżka dźwiękowa Ibrahima Maaloufa pracuje punktowo, w niskich rejestrach, czasem trochę zbyt natrętnie. Bywa, że aktywnie uczestnicząca kamera Kacpra Fertacza przejmuje nagle punkt widzenia tajniaków tropiących figuranta i w muzyce słychać wtedy złowrogi warkot śmigłowca. „Czuję zapach napalmu o poranku” – żartują na początku filmu chłopcy w drodze na Starówkę i słowa te, dotyczące komisji poborowej, nabierają innego, zgoła proroczego sensu. Lada chwila aparat przemocy zbombarduje chłopakom świat.

Najlepiej oddaje Matuszyński atmosferę strachu i zarazem zwykłego „życia na podsłuchu” – to ono, jeszcze nieświadome inwigilacji i zagrożenia, bezbronne w swojej intymności, budzi największą grozę. Ten film wali w widza tak, żeby były ślady. Żeby „ludzie o miedzianym czole” z wiersza Sadowskiej nie byli bezpieczni. Jest też pośrednio coś o nas, czyli o mediach: żeby w przypadku, kiedy siły porządkowe nadużywają swojej władzy, nie została po tym jedynie zmanipulowana notka w gazecie. ©

ŻEBY NIE BYŁO ŚLADÓW – reż. Jan P. Matuszyński. Prod. Polska/Francja/Czechy 2021. Dystryb. Kino Świat.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 41/2021