Napełnić można tylko to, co puste

Adwent oznacza uprzątnięcie rupieci z wysypiska naszych oczekiwań, stworzenie przestrzeni dla działania Boga po to, abyśmy nie przegapili Jego podarunków.

02.08.2023

Czyta się kilka minut

 / Fot. Helen King / CORBIS
/ Fot. Helen King / CORBIS

Rozpoczął się adwent – czas oczekiwania na Boże Narodze­nie. To, że czegoś oczekujemy, nie jest niczym nadzwyczajnym. Takie zdania jak: „oczekuję od ciebie tego i tamtego...”, „tego przecież po mnie nie możesz się spodziewać...” – to oświad­czenia dobrze nam znane. Nasze życie, my sami, jesteśmy istotami chronicznie czegoś od siebie nawzajem wyczekującymi.

Wiemy jednak, że oczekiwania, które wypełniają nasz powszedni dzień, nie mają nic wspólnego z oczekiwaniem Chrystusa w tych czterech adwentowych tygodniach. Do naszych codziennych i rutynowych obowiązków adwent nie pragnie dorzucić jeszcze jednej rzeczy, którą następnie ru­tynowo i stosownie do oczekiwań będziemy musieli realizo­wać, lecz – przeciwnie – okres ten orzeka dokładnie o czymś przeciwnym: przychodzi Chrystus. Bóg wkracza w nasz świat dla ciebie i jako Człowiek pragnie zdjąć z twych ramion brzemię ciężaru. Chce cię napełnić swą miłością, mocą i nadzieją.

Ale napełnić i dopełnić można tylko to, co jest puste lub prawie puste! Oczekiwanie Chrystusa oznacza więc w odniesieniu do nas: „uprzątnąć rupiecie” z wysypiska na­szych oczekiwań, stworzyć przestrzeń dla zadziałania Boga, abyśmy uwolnili nasze spojrzenie na wiele nieoczekiwanych podarunków, które na szlaku naszego życia składa Bóg.

Adwent oznacza zatem: wykroić sobie czas, szukać spo­koju i otworzyć się, aby spotkanie z Bogiem stało się możli­we, aby On mógł u nas zagościć. Całkiem konkretnie i to dzisiaj, w dzień powszedni. Jego „oczekiwać” znaczy „stworzyć dlań przestrzeń”. Stać się pustym, abyśmy mogli zostać na­pełnieni. I to właściwie zawsze, ale w adwencie w sposób szczególny. Albowiem dotrzeć do nas pragnie Bóg nie tylko jeden raz w roku, lecz w każdym momencie.

W tym sensie życzmy sobie radosnego adwentu, a każde­go dnia – okruchu czasu dla siebie, aby uwolnić się od stresu, codziennej powszedniości, trosk i planów na przyszłość; czasu, aby na nowo być wypełnionym radością i ufnością Bogu oraz spoglądać czujnym okiem na dary, jakie niesie samo życie!

Do rodziców syna, który miał przyjechać do domu na Boże Narodzenie, ktoś zatelefonował: „Odbierzcie go ze stacji. On jest w drodze; dokładnie nie wiadomo, któ­rym pociągiem jedzie, lecz przybycie jest zapowiedziane”. Byłoby dobrze, gdyby ktoś przechadzał się po peronie. W przeciwnym razie możemy się z nim rozminąć. Przenosząc tę sytuację na adwent, takim spacerem po peronie będzie dla nas modlitwa.


ZADBAJ O ATMOSFERĘ
Przede wszystkim wygospodaruj sobie czas. Bóg nie liczy minut ani sekund, jakie tracimy dla Niego. Na przykład tzw. akty strzeliste, które trwają sekundy, są czymś cudownym i do tego błyskawicznego kontaktu możesz się dowolnie uciekać. Jeżeli jednak pragniesz prawdziwego od­niesienia się do Boga, wtedy będziesz potrzebował więcej czasu.

Z początku nie jest to proste, lecz pewnego dnia do modlitwy nie będziesz potrzebował się zmuszać. Życzenie takiego zbliżenia zrodzi się w głębi twego serca. Doświad­czysz tego jako wielkiego szczęścia – na przykład w formie półgodzinnej wizyty w zaciszu pustego kościoła przeżytej jako spotkanie i rozmowa z Bogiem. Poświęcamy tyle czasu na sprawy bezsensowne – a Bóg nie jest dla ciebie wart, by Mu zaofe­rować rzeczywiście więcej czasu?

Ważną rzeczą jest świa­dome zaplanowanie czasu na regularną modlitwę. W prze­ciwnym wypadku modlitwa przerodzi się w odfajkowane zmówienie recytowanych pacierzowych formuł, które na miano modlitwy nie zasługuje.
 

MÓDL SIĘ SERCEM
Istnieje ogólna reguła: sztancowane uprzednio modlitwy odmawiane tylko ustami, a nie płynące z głębi serca, nie są w ogóle modlitwą. Na baczną uwagę zasługuje celne doświad­czenie, aby przed modlitwą wyłączyć wszelkie zakłócenia (radio, płyty CD itp.). Istnieje zresztą poświadczona stara prawda: czas poświęcony Bogu powraca do nas, po­nieważ przyczynia się do koncentrowania się na zadaniach, które niesie nam pracowity dzień.

W tym miejscu należy jednak przestrzec przed jednym nieporozumieniem: modli­twa jest dobra nie dlatego, że towarzyszy jej cała skala uczuć, a z oczu płyną nawet łzy. Słynny angielski uczo­ny, kard. John Henry Newman, żyjący w XIX wieku, był zdania, że w sprawach religii uczucie jest ulotnym dźwiękiem i dy­mem. Wielcy święci nie ustają w napominaniu, że trans uniesienia jest tutaj bez znaczenia. Mężowie ci informują o stanach, kiedy to nie czuli już niczego więcej, a kiedy to w tych okolicznościach modły do Boga słali nawet w okrzy­kach dopiekającej męki. Taka modlitwa w mrokach duszy miała jednak w oczach Boga więcej wartości niż najbardziej sentymentalne godziny, w których mogło wydawać się, że obecność Boga jest fizycznie uchwytna.
 

MÓDL SIĘ REGULARNIE
Kiedykolwiek modlisz się, gdy znalazłeś się w potrzebie albo kiedy ogarnia cię wzniosłe uczucie, wtedy nie wykonujesz kroku do przodu. Zobacz: co to jest za więź miłości, która wzywana jest tylko wtedy, kiedy ty właśnie prawdziwej miłości potrzebujesz? Naszkicuj sobie konkret­ny plan działania. Na przykład: a) wczesnym rankiem, kiedy podnoszę się z łóżka, siadam, na moment szukam świadomego kontaktu z Bogiem. Przed­kładam Mu me życie, mój dzień, przedstawiam mych przy­jaciół i krewnych, powierzam ich w Jego ręce, zawierzam się Jego prowadzeniu itd.; b) zawsze, ilekroć siadam do stołu, aby się posilić – gdziekolwiek by to było – ślę podzięko­wanie Bogu, który mnie niesie i o mnie się troszczy; c) kie­dykolwiek przekraczam próg kościoła (np. aby go zwiedzić), nawiązuję kontakt z Bogiem, ażeby Go sławić i dziękować za wszelkie doznane dobro; d) w żadnym wypadku nie uda­ję się na spoczynek bez uprzedniej rozmowy z Bogiem, bez szukania Jego pokoju i Jego pojednania.

Jak twój plan ma wyglądać, o tym musisz sam zdecy­dować. W każdym razie sprawdzaj wciąż od nowa, czy rze­czywiście modlisz się regularnie. A poza tym bądź krytycz­ny wobec siebie i wobec zasadzek, jakie knuje szatan wy­godnictwa, aby cię odwieść z obranej drogi.
 

PRZECHODŹ OD FORMUŁ DO WŁASNYCH SŁÓW
Jeżeli modlitwa jest rozmową z Bogiem, wtedy jest rze­czą oczywistą, że nie ma piękniejszej modlitwy nad modli­twę własnymi słowami. Ale modlitwa zanoszona swobod­nie jest też niebezpieczna. My ludzie zawsze znajdujemy się w niebezpieczeństwie popadnięcia w bezowocne i jałowe monologi, w których Boga będziemy zanudzali naszymi tro­skami i problemami, zamiast wzniesienia się ku głębszej mo­dlitwie do Ducha Świętego. Nawet uczniowie Chrystusa, któ­rzy z całą pewnością umieli się modlić, prosili Jezusa, aby im pokazał, jak wygląda prawdziwa modlitwa. Jezus na­uczył ich wtedy modlitwy „Ojcze nasz”. Modlitwa ta po wszystkie czasy pozostanie modlitwą, na którą zawsze zoriento­wane musi być nasze modlenie się. I dlatego to w życiu chrześcijanina nie może być dnia, w którym człowiek przy­najmniej jeden raz nie odmówiłby Modlitwy Pańskiej!

Biblia obfituje zresztą w prawdziwe modlitwy, które ukierunkowują nas na właściwy język w kontaktach z Bogiem. Szczególnie Psalmy prezentują taką niezrównaną serię modłów. Człowiek wnika w nie coraz głębiej i uczy się ich głębszego pokochania i podziwu, gdy tylko zaczął całym sercem je odmawiać. Księga Psalmów wypełniona jest po brzegi wielkimi modłami, pośród których można wybierać wedle upodobania to, co w nich do nas przemawia; ludzie odkrywali w nich prawdziwe pomosty prowadzące do Boga. Psalmy recytowały rzesze ludzi przed tobą; ludzie dojrze­wali w nich w swym człowieczeństwie. Doświadczali uczu­cia, że poruszają się na właściwym szlaku, który nieomylnie prowadzi ku Bogu.
Przy tym wszystkim człowiek wzbogaca się o jeszcze jedno przeżycie. 

Zaistnieją w twoim życiu dni, kiedy nie będziesz już więcej w stanie modlić się własnymi słowami. Możesz wtedy mówić o szczęściu, gdy będziesz w kondycji, aby sięgnąć do skarbca modlitw wielkiej Tradycji Kościoła. Wciąż i bez końca docierają do nas relacje, kiedy to nasze siostry i bracia na łożu śmierci szeptać mogli jesz­cze takie właśnie modlitwy, które darzyły ich głębokim po­kojem i niezrównaną swobodą w przejściu na ostateczne spotkanie z Bogiem. 

Ks. ALFONS J. SKOWRONEK (ur. 1928 r.) jest profesorem teologii, przez wiele lat był kierownikiem Katedry Teologii Ekumenicznej ATK (obecnie UKSW). Autor ponad 20 książek oraz ponad 500 artykułów w periodykach krajowych i zagranicznych.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 48/2013