Ostatnia kolacja Josepha Awuah-Darko: dlaczego chcieliśmy uwierzyć

Nasz czy nie nasz, słuszny czy niesłuszny, to sprawa drugorzędna. Najpierw trzeba sprawdzić, czy mówi prawdę. Czy jego cierpienie i postawa są autentyczne.
Czyta się kilka minut
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek

W powieści Edmunda Niziurskiego „Sposób na Alcybiadesa” uczniowie męskiej szkoły im. Lindego w Warszawie dowiadują się o istnieniu niezawodnych metod, które pozwalają neutralizować co bardziej wymagających nauczycieli. Czyli – przy minimalnym wysiłku uzyskiwać najlepsze oceny oraz inne, wcale liczne apanaże.

Uruchamianie odtwarzacza...

Przy czym cena tych sposobów jest wprost proporcjonalna do surowości i niedostępności pedagogów, a ponieważ bohaterów nie stać na te najbardziej drogocenne, muszą się zadowolić wariantem na poczciwego i niegroźnego historyka zwanego Alcybiadesem. Wynikają z tego nieprzewidziane konsekwencje, ale nie mogłoby być inaczej, to w końcu powieść Niziurskiego.

Choć świat wygląda dziś zupełnie inaczej niż w epoce, kiedy ta książka powstawała, zostały w niej uchwycone jakieś odporne na upływ czasu i szerokość geograficzną wymiary życia. Np. doświadczenie młodocianych przyjaźni. Pierwszych inicjacji, wyzwań, lęków, poszukiwań, intensywności i uniesień, które przeżywamy zawsze tak samo. Bo niezależnie od tego, co by na ten temat sądzili postmodernistycznie usposobieni humaniści, prawie na pewno istnieje coś takiego jak uniwersalna ludzka natura. I równie uniwersalne do niej klucze, w tym owe tytułowe „sposoby”, w skrócie „spony”, jak wszyscy pamiętamy.

„Sposób na Alcybiadesa” przypomniał mi się ostatnio w cokolwiek nieoczywistym, przyznaję, łańcuchu skojarzeń, podczas lektury tekstu z „New York Timesa”, którego bohaterem jest niejaki Joseph Awuah-Darko. Ów pochodzący z Ghany młody artysta i kurator pod koniec 2024 r. opublikował na Instagramie dramatyczny film. Płacząc, wyznawał w nim, że cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową, a swoim życiem jest już tak ekstremalnie zmęczony, że zdecydował się wyjechać do Holandii i wystąpić do tamtejszego rządu z wnioskiem o eutanazję.

Zanim to jednak zrobi – dodawał w kolejnym poście – uruchamia niniejszym „projekt ostatniej kolacji”. I oczekuje na zaproszenia od ludzi z dowolnego zakątka ziemi. Ktokolwiek zechce go ugościć, porozmawiać z nim, zapewnić mu mile (i smacznie) spędzoną godzinę lub dwie, może się, proszę bardzo, odezwać doń za pośrednictwem internetu.

Ogłoszenie wywołało gigantyczny odzew. Od jego publikacji minęło niemal 10 miesięcy, Darko zjadł już mnóstwo posiłków, poznał rzeszę ludzi, zwiedził kawał świata, jak również pozyskał, bagatela, ponad pół miliona obserwatorów na Instagramie. W międzyczasie okazało się jednak, że jego ghańska przeszłość wygląda zgoła inaczej, niż o tym pierwotnie opowiadał, że są tam niejednoznaczności i niejasności, łącznie z historiami domniemanych oszustw czy malwersacji.

Pojawiło się także sporo krytycznych głosów zarzucających mu nieodpowiedzialne i groźne propagowanie i romantyzowanie samobójstwa. Głosy te padały – i padają – zarówno ze strony ekspertów od zdrowia psychicznego, jak i osób cierpiących na chorobę afektywną dwubiegunową oraz ich bliskich. Holenderscy prawnicy podkreślają z kolei, że w przypadku Darko nie ma mowy o zgodzie na eutanazję, nikt mu jej bowiem w takich okolicznościach nie wyda. 

Zresztą on sam przestał o tym wspominać, zwłaszcza odkąd poznał mężczyznę, z którym postanowił się związać. Wskutek tego wszystkiego wielu obserwatorów, którzy wyjściowo przejęli się jego opowieścią, uznało, że wydarza się tu raczej jakiś specyficzny performens, nie zaś desperackie wołanie o pomoc.

Przyznam, że się z tymi zastrzeżeniami i zarzutami zgadzam. Intuicja mi podszeptuje nawet, że niebawem powstanie o Josephie Awuah-Darko jakiś serial, z cyklu tych, których mnóstwo wyroiło się ostatnio na platformach streamingowych. Fenomen Darko i podobnych mu postaci opiera się bowiem – i tu wracamy do Niziurskiego – na zastosowaniu jednego z takich niebywale skutecznych „sposobów”.

Wygląda on z grubsza następująco: przywdziej odpowiednią tożsamość, użyj odpowiednich słów kluczy, uderz w odpowiednie emocjonalno-ideologiczne struny, a wszystko, co zrobisz, zostanie natychmiast (oczywiście – do czasu) wyłączone spod wszelkiej krytyki. Ba, więcej nawet – stanie się a priori niekwestionowalne, każda zaś próba weryfikacji tego, co mówisz, nie wspominając o negacji, będzie automatycznie uznawana za formę represji.

Przy czym zjawisko to przechodzi w poprzek światopoglądowych podziałów. W środowiskach liberalno-lewicowych gwarancje stuprocentowej akceptacji daje dziś często identyfikacja związana ze zdrowiem psychicznym, etnosem, orientacją seksualną, tożsamością płciową etc. W kręgach prawicowo-konserwatywnych będzie to afiliacja religijna, patriotyzm albo przywiązanie do innych tradycyjnych wartości.

No dobrze, ale czy wobec tego istnieje jakiś sposób na… takie sposoby? Owszem, i to bardzo prosty. A mianowicie – przykładanie tych samych, jednolitych i przejrzystych kryteriów do każdego, bez żadnych, najmniejszych nawet wyjątków. Nasz on czy nie nasz, słuszny czy niesłuszny, katolik, lewak, gej, heteryk czy wręcz przeciwnie – jest to sprawa drugorzędna. 

Najpierw należy sprawdzić, czy mówi prawdę. Czy jest uczciwy i rzetelny, czy jego cierpienie / postawa / historia są autentyczne, czy też może po prostu opanował do perfekcji sztukę takiej lub innej „spony” – w efekcie szkodząc najbardziej właśnie sprawom, z którymi publicznie występuje.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Sposób na…