Dlaczego młode kobiety wybierają inaczej niż młodzi mężczyźni

Płeć jako oś politycznego podziału wyprzedza klasę czy religijność i staje się obok edukacji najważniejszym czynnikiem wskazującym, na kogo zagłosujemy.
Czyta się kilka minut
Pikieta 14 Kobiet z Mostu przeciwko Marszowi Niepodległości. Warszawa, 11 listopada 2021 r. // Fot. Paweł Wodzyński / East News
Pikieta 14 Kobiet z Mostu przeciwko Marszowi Niepodległości. Warszawa, 11 listopada 2021 r. // Fot. Paweł Wodzyński / East News

Czy w kwestii polityki kobiety i mężczyźni naprawdę pochodzą z odrębnych planet? Jeszcze do niedawna podobne pytanie mogłoby zostać uznane za niewłaściwe. Myśl, że to płeć determinuje nasze spojrzenie na państwo i sprawy publiczne, wydawała się przesądem dnia wczorajszego – tym bardziej w odniesieniu do najmłodszej generacji. Ta przecież, jak każde kolejne pokolenie, miała być bardziej nowoczesna i nieskrępowana prawidłami świata ojców i dziadów.

A jednak właśnie to zjawisko obserwujemy dziś na całym świecie. Nożyce poglądów między młodymi kobietami i mężczyznami rozwierają się coraz szerzej. Od Seulu po Sewillę i od Warszawy po Waszyngton młodym kobietom bliżej do progresywizmu i lewicy, młodym mężczyznom do konserwatyzmu i prawicy. Badacze i badaczki stwierdzają, że kobiety i mężczyźni nigdy nie byli od siebie tak daleko, jeśli chodzi o poglądy.

To, że młode kobiety są w wielu dziedzinach bardziej progresywne niż ich matki i babki, nie dziwi. Ale badacze spostrzegają też, że młodzi mężczyźni nie tylko są bardziej konserwatywni i antyfeministyczni niż ich rówieśniczki. Według niektórych badań są też na prawo względem własnych ojców i dziadków.

Za tym trendem w wielu krajach rozwiniętych idą zmiany w języku walki wyborczej. Partie nie odnoszą się już wyłącznie do gospodarczych i społecznych interesów swoich elektoratów. W coraz większym stopniu nawiązują też do lęków o status i pozycję, jakie rodzi rywalizacja między kobietami i mężczyznami. „Wielki globalny rozjazd płciowy” – tak nazwała zjawisko badaczka tego zagadnienia dr Alice Evans.

W paszczy krokodyla

Cofnijmy się na chwilę do historii. W XX w. nie można było postawić tezy o domyślnej lewicowości kobiet i prawicowości mężczyzn. Przeciwnie, w wielu zachodnich demokracjach w drugiej połowie minionego stulecia dorosłe kobiety statystycznie częściej głosowały na partie konserwatywne, zachowawcze i religijne (na tej samej zasadzie, na jakiej i dziś starsze kobiety poparły PiS i prezydenta Dudę). To poparcie białych kobiet było kluczowe dla kolejnych konserwatywnych rewolucji i kontrrewolucji w USA. Młode kobiety i studentki miały oczywiście bardziej postępowe poglądy. Jednak badania studentów prowadzone przez Instytut Badań nad Edukacją Wyższą na amerykańskiej uczelni UCLA pokazują, że od lat 60. do połowy lat 80. to młodzi mężczyźni rozpoczynający studia mieli bardziej liberalno-lewicowe poglądy od swoich koleżanek.

Trend odwrócił się po 1987 r., ale nawet wówczas zmiany poglądów podążały za cyklem pokoleniowym. W USA w 2000 r. różnica między odsetkiem kobiet i mężczyzn deklarujących „liberalne i skrajnie lewicowe” poglądy wynosiła tylko nieco ponad 1 proc. W Polsce – jeszcze mniej. Według CBOS różnica między mężczyznami i kobietami w wieku 18-29 na osi poglądów prawica-lewica była tak mała, że statystycznie nieistotna. Dziś przeciwnie: różnica w deklaracjach na temat poglądów jest największa w historii. Sięga kilkunastu punktów procentowych, jeśli pytamy o poparcie dla lewicy/prawicy: od pomiędzy 1-2 pkt. na siedmiostopniowej skali, gdy pytamy o identyfikację na osi, i aż po kilkadziesiąt punktów procentowych, gdy pytamy o skumulowaną różnicę (przewaga lewicowych kobiet wyrażona w procentach zsumowana z podobną przewagą prawicowych mężczyzn).

Gdyby przyjąć tę ostatnią kategorię (jak robi to redakcja „Financial Times”), różnica w Polsce wyniosłaby ok. 42 pkt. i byłaby największa na świecie po Korei Południowej (48 pkt.), a przed USA (40 pkt.). Gdyby (jak „The Economist”) przyjąć autoidentyfikację w badaniach, to mielibyśmy generację najbardziej konserwatywnych mężczyzn wśród krajów rozwiniętych – 5,5 na skali, gdzie 1 oznacza „skrajny liberalizm”, a 10 „skrajny konserwatyzm”. A zarazem największą po USA polaryzację płci (1,4 punktów rozbieżności na skali 1-10 pomiędzy mężczyznami i kobietami w USA, 1,1 w Polsce i 1 we Francji).

Wykresy z Polski, USA czy Korei Południowej naprawdę zaczynają w XXI w. przypominać rozwierające się nożyce albo krokodylą paszczę. Tam, gdzie wcześniej linie biegły obok siebie, nagle zaczynają rozwierać się w przeciwnych kierunkach.

Słowem: gdyby dzisiejsze podziały istniały w latach 60., nigdy nie powstałyby ruchy antywojenne, hipisowska i lewicowa kontrkultura oraz studenckie bunty. Kobiety byłyby przeciwko wojnie z Wietnamem, a mężczyźni za; tylko jedna z płci popierałaby rewolucję seksualną, a na ulicznych barykadach młodzież nie biłaby się z policją, lecz dziewczęta i chłopcy rzucaliby kamieniami w siebie nawzajem.

Czy one mają lepiej

Skoro jednak zjawisko dotyczy krajów tak odmiennych jak Polska, Korea Południowa, Francja i USA, nie może to wynikać z czysto lokalnych czy typowych dla krajowej polityki przyczyn. Inaczej mówiąc: skoro trend jest globalny – najwyraźniej ma coś wspólnego z globalizacją. A więc dotyczy nie tylko psychologii i obyczajów, ale także przemian gospodarczych, demograficznych i technologicznych. By odpowiedzieć na pytanie, skąd ta polaryzacja płci, trzeba przyjrzeć się również zjawiskom takim jak feminizacja edukacji i kultury, dezindustrializacja i zmiany demograficzne na Zachodzie czy komunikacyjna rewolucja, jaką przyniosły platformy cyfrowe.

Dziś jednym z obszarów, w których w wielu państwach rozwiniętych mężczyźni odstają od kobiet, jest właśnie edukacja. Dziewczynki radzą sobie lepiej na coraz wcześniejszych etapach edukacji, a dorosłe kobiety – na wyższych uczelniach. Okazuje się też, że kobiety nie muszą już masowo rekrutować się na politechniki, aby odgrywać coraz ważniejszą rolę w kluczowych sektorach gospodarki cyfrowej.

Co więcej, „kobiece” kompetencje – w zakresie komunikacji, współpracy w horyzontalnych strukturach, (auto)kreacji w internecie – pozwalają doskonale odnaleźć się w „kapitalizmie kognitywnym” i czasach „ekonomii uwagi”. W czasach malejącego prestiżu (ale niekoniecznie zarobków) zawodów wymagających tężyzny fizycznej lub przemocy – kobiety mają łatwiej niż w poprzednich pokoleniach.

Mężczyźni odwrotnie. I nie chodzi tylko o ubytek miejsc pracy w przemyśle ciężkim – choć i to, jak wiemy, miało negatywny wpływ na pozycję i samoocenę mężczyzn. Dziś odkrywają także, że cechy, których wymaga od nich rynek pracy – asertywność, zdolność do rywalizacji, stanowczość, wyrazistość i samodzielność – mogą jednocześnie być źródłem kłopotów. Obawiają się (niebezpodstawnie) podwójnych standardów, pułapek współczesnej kultury i jej wymagań. Z jednej strony realia ekonomiczne wymagają od nich siły, agresji i egoizmu w walce o dobrą pracę, mieszkanie i pozycję. Z drugiej strony słyszą, że jeśli nie powściągną tych cech i nie wykażą się empatią, wrażliwością, skłonnością do kompromisu i łagodnością – nigdy nie będą dobrymi partnerami, mężczyznami i ojcami. A gdy przekroczą niewidzialną linię – czeka ich oskarżenie o seksizm, mobbing czy molestowanie.

Kryzys męskości polega na tym, że nie tylko żaden z historycznych wzorów męskości nie jest dość dobry – ale także na tym, że współcześnie podpowiadane mężczyznom recepty i rady stoją w sprzeczności z tym, co widzą na rynku pracy czy w polityce. Świat mówi dziewczynkom i kobietom: rozpychajcie się łokciami. Chłopakom: przestańcie rozpychać się łokciami.

Czy oni mają gorzej

Te podziały nie byłyby tak wyraziste, gdyby nie bańki komunikacyjne, zamykające nas w ciasnym kręgu podobnych poglądów i karmiące nasze fobie. Cyfrowa rewolucja ostatniej dekady pokolorowała kryzys wieku dojrzewania chłopców na brunatno, a dziewczynek na tęczowo. Od lat młode kobiety słyszą, że świat jest ustawiony przeciwko nim, a antykobiece są wszystkie najważniejsze instytucje świata zachodniego – od demokracji, przez establishment medyczny, po wymiar sprawiedliwości, media i rynek pracy. Setki influencerek i popularnych poradników codziennie rozgrywają kobiece lęki – przed odrzuceniem, przemocą, dyskryminacją i starzeniem się – by coś im sprzedać. Albo, korzystając z całkiem realnego oburzenia czy poczucia krzywdy młodych kobiet, budować imperia internetowej popularności.

Na analogicznej zasadzie toksyczna internetowa kultura odnalazła niszę w kompleksach, niepewności i strachu chłopców. Tak jak więc popfeminizm przekonuje dziewczynki, że cały świat ustawiony jest przeciwko nim, tak męscy guru, altprawicowi prowokatorzy i coache mówią to samo chłopcom. „Współczesny świat pomaga wszystkim – imigrantom, LGBT, kobietom, dzieciom, bezdomnym, bezrobotnym i chorym – tylko nie wam. Mężczyzna jest największą ofiarą dzisiejszej kultury, bo tylko jemu odmawia się prawa do bycia ofiarą i tylko jego można obrażać, wykluczać i poniżać bez żadnych konsekwencji” – twierdzą. W swoich bańkach młodzi mężczyźni i młode kobiety dowiadują się, że ze strony drugiej płci może ich spotkać krzywda, niesprawiedliwość i drwina – nigdy szacunek, uznanie i miłość.

Wspomniana Alice Evans uważa, że problemem nie jest sama kultura cyfrowa – w końcu w gry także można grać wspólnie – tylko heterogeniczność tej kultury. Mężczyźni i kobiety – mimo całego postępu – znów socjalizują się osobno. John Burn-Murdoch na łamach „Financial Timesa” zauważa, że dane wskazują na lata 2016-17 jako ważną cezurę – gdy wraz z wyborem Trumpa i wybuchem afer spod znaku #MeToo kultura głównego nurtu stała się (samo)sądem nad męskością. Niewiele wskazuje, żeby tamte podziały udało się załatać. Są kraje – jak Korea Południowa – gdzie niechęć do kobiet/mężczyzn nie jest w młodej generacji powodem do wstydu, ale elementem tożsamości. W innych społeczeństwach w siłę rosną ruchy domagające się „powrotu do tradycyjnych ról”.

Być może dlatego według amerykańskiego Cooperative Election Study dziś więcej dwudziestokilkulatków niż mężczyzn w wieku emerytalnym wierzy, że kobiety chcą zawładnąć mężczyznami. Podobnie wśród młodych mężczyzn w Wielkiej Brytanii, gdzie postrzeganie feminizmu jako zagrożenia jest w tej grupie największe od lat. Jak podpowiadają naukowcy z Uniwersytetu w Goteborgu (Gefjon Off, Nicholas Charron, Amy Alexander): im gorsze szanse na pracę w danym europejskim regionie i większe przekonanie, że instytucje publiczne są niewydolne, tym większy odsetek młodych mężczyzn będzie uważał, że miejsce kobiet jest w domu, i głosił antyfeministyczne hasła. Jak alarmuje amerykański Institute for Family Studies, coraz większe różnice polityczne prowadzą do tego, że młodzi mężczyźni i kobiety nie chcą umawiać się na randki z osobami o odmiennych poglądach – za tym zaś idzie „seksualna recesja”, bo generacja Z ma po prostu mniej zbliżeń niż starsze pokolenia. Mniej randek, mniej seksu i mniej związków oznacza mniej dzieci, co jeszcze napędza demograficzny zjazd. Płeć jako oś politycznego podziału wyprzedza klasę czy religijność i obok edukacji staje się najważniejszym czynnikiem wskazującym, na kogo zagłosujemy.

Jak konfederata z lewaczką

Czy wszystko to musi być aż tak wulgarne? – zapyta ktoś. Przecież polityka nie działa tak, że albo awansują kobiety, albo mężczyźni. Przykładowo: postulat walki o lepsze badania przesiewowe raka szyjki macicy nie unieważnia postulatu lepszej prewencji męskich uzależnień. Zwrócenie uwagi na trudności mężczyzn nie musi prowadzić do szowinizmu, tak jak podkreślanie dyskryminacji kobiet nie skazuje na nienawiść do facetów. Analogicznie: wypłacanie świadczenia 800+ nie opiera się na wydzieraniu tych pieniędzy z kieszeni mężczyzn i przekazywaniu kobietom. A w sytuacji rekordowo małego bezrobocia i wciąż rosnących płac nie można powiedzieć, że sytuacja na rynku pracy kobiet polepsza się wyłącznie dlatego, że mężczyznom wiedzie się gorzej.

To wszystko słuszne. Problem w tym, że partie zdają sobie sprawę z tego napięcia między płciami w najmłodszym pokoleniu. I wykorzystują je w walce politycznej. Nie tylko w Polsce. Ale u nas rywalizacja ta ma bardzo wyrazisty charakter. W tym sensie Konfederacja i Lewica tworzą wręcz parę idealnie symetryczną.

O tym, że lewica w Polsce świadomie wybrała tożsamość „partii kobiet”, pisałem w „TP” przed miesiącem. Konfederacja nie jest może aż tak jednoznaczna w swoich deklaracjach, ale równie mocno wkroczyła na drogę polityki adresowanej do młodych mężczyzn. Jej politycy nawiązują do archetypu męskiego spełnienia i awansu żywcem wyjętego ze stereotypu o Ameryce lat 50. Dom na przedmieściach, mięso na grillu, ale nie „zmuszająca” nas do jedzenia robaków Bruksela oraz kultura, która zmusza mężczyzn do porzucenia ostatnich atrybutów statusu, w tym samochodu.

Politycy Konfederacji lubią – nawet jeśli nie posługują się już językiem Korwina-Mikkego – mrugnąć okiem do środowisk młodych mężczyzn sfrustrowanych feminizmem. A gdy stawiają na kobiety, to takie, które podkreślają tradycyjne atrybuty kobiecości – macierzyństwo, odpowiedzialność za dom i „właściwy” podział społecznych ról.

Bo choć polityka nie jest grą o sumie zerowej, to walka o atencję i ustalanie społecznego rachunku krzywd – już tak. Cykl newsowy ma 24 godziny, a na szczycie hierarchii społecznych zmartwień nie ma miejsca dla wszystkich – dlatego walka toczy się o to, komu przypadnie więcej uwagi. Stąd partie nie tylko nie odmawiają swoim wyborcom prawa do bycia ofiarą – one aktywnie do tego zachęcają. Lewica podpowiada kobietom, że nie tylko mogą czuć się dyskryminowane i uciszane – wprost odwołuje się do tego poczucia niesprawiedliwości. Analogicznie Konfederacja mówi zaniepokojonym zmianami społecznymi, migracją, awansem kobiet i feminizacją popkultury: „Z wami wszystko jest w porządku, to świat zwariował. A my to wariactwo powstrzymamy”.

Coraz więcej analiz wskazuje, że tak głębokiego podziału nie można cofnąć. Chyba że coś spowoduje, że walec wojen kulturowych i nakręcająca się spirala resentymentu zwolnią. Na razie jednak – przynajmniej tak długo, jak polityka będzie zajmować się redystrybucją prestiżu, uznania i czasu antenowego, a mechanizmy i algorytmy platform cyfrowych dzielić nas w najlepsze – panie po lewej, panowie po prawej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 21/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Panie na lewo, panowie na prawo