Dla nich emerytura to wyczekiwany czas wolności i przygody. Siwi nomadzi ciągną przez Australię

Kończą pracę zawodową, po czym ruszają w trasę kamperami lub pickupami z przyczepami kempingowymi. Niektórzy wędrują po australijskich drogach przez cale lata. Są zjawiskiem typowym dla tego kraju-kontynentu.
z Australii

20.12.2023

Czyta się kilka minut

Happy Hours w Emerald / Fot. archiwum prywatne
Happy Hours w Emerald / Fot. archiwum prywatne

Nazywają ich siwymi nomadami, grey nomads. Są ich dwa rodzaje: jedni mają domy w miastach i zostają włóczykijami na jakiś czas. Inni podróżują przez lata, a ich jedynym miejscem zamieszkania jest dom na kołach.

Choć termin „siwi nomadzi” pojawił się w Australii w 1997 r. (telewizja ABC pokazała wtedy dokument pod takim tytułem), podróże takie zaczęły się w latach 20. XX stulecia wraz z pojawieniem się motorhome’ów (połączenie słów „motor” i „dom”). Te pierwsze konstruowano samodzielnie, na bazie takich aut jak buick, ford czy chevrolet. 

Liczba siwych nomadów wzrosła w latach 70. i 80. XX w. Dziś są zjawiskiem większym niż amerykańskie snowbirds (to Amerykanie, głównie emeryci, migrujący zimą z chłodnych rejonów USA do cieplejszych). W 2014 r. profesorka Jenny Onyx z Sydney szacowała, że co roku w trasę wyruszają ich dziesiątki tysięcy.

Dlaczego właśnie tu, dlaczego Australia? Bo tu można jechać i jechać, dniami i tygodniami, a każda część kontynentu to inne krajobrazy. Bo panuje tu odpowiedni klimat: od tropikalnego przez pustynny po umiarkowanie ciepły (prócz wyższych partii gór nie ma tu mrozu ani śniegu). Dodatkowym atutem jest fakt, że kraj jest w miarę bezpieczny, a pola kempingowe mają zwykle wysoki standard. 

No i ludzie żyją dziś dłużej i zdrowiej, zmienia się podejście do starości. Dla wielu Aussies emerytura to wyczekiwany czas wolności i przygody. Na przyczepach wypisują hasła-deklaracje: „Właśnie wydaję spadek moich dzieci”, „Kryjówka babci i dziadka”, „Ekspedycja, nie demencja”, „Wiek to stan umysłu”, „Ekstremalnie niebezpieczni emeryci”.

Od 20 lat 

Anne i Bob zatrzymali się w Melbourne na krótki czas, by odwiedzić wnuczkę. Ona ma 74 lata, krótkie siwe włosy, szorty, buty trekingowe, mówi szybko i rzeczowo. On, 75 lat, wysoki i cichy, czasem wtrąci coś nosowym australijskim akcentem.

Anne: – Mieliśmy po pięćdziesiąt kilka lat, nie chcieliśmy siedzieć i czekać na starość. Pracowałam jako księgowa, Bob przy budowie dróg. Dwójka dzieci była już dorosła, wnuków jeszcze nie było. Sprzedaliśmy dom, kupiliśmy przyczepę kempingową. Myśleliśmy, że jedziemy na góra pięć lat. A za chwilę stuknie dwadzieścia, odkąd ona jest naszym domem.

– Unikamy miejsc płatnych i głośnych, zatrzymujemy się na darmowych „kempingach wolności” – dodaje Anne. – Szukamy ich w sieci albo w tym atlasie – wyciąga z plecaka „Camps Australia”. Wszystko tu zaznaczono: pola kempingowe w parkach narodowych, postoje przy farmach i pubach. Punkty z wodą i takie, gdzie można opróżnić toaletę w przyczepie. Najlepsze darmowe miejscówki przy bezludnych plażach Anne podkreśliła, z dopiskami: „fantastyczne!”, „dobre na przystanek”, „wspaniałe i jest woda pitna!”.

– Samowystarczalność to podstawa, nie lubię wyrzucać pieniędzy – śmieje się Anne. – Nigdy nie kupiliśmy nowej przyczepy. Tę, którą mamy teraz, kupiliśmy w dobrym stanie, używaną, za 60 tysięcy. Mamy pełen wypas: antenę satelitarną, aby Bob mógł oglądać telewizję nawet w najgłębszym interiorze, dużą lodówkę i zamrażarkę, aby mieć zapasy, gdy jesteśmy daleko od cywilizacji. Panele słoneczne, baterie, generator, 190-litrowy zbiornik na wodę, łazienkę z prysznicem. Nie mamy tylko zmywarki, bo po co? Dokupiliśmy małą pralkę, wkurzało mnie, gdy na Outbacku [tereny środkowej Australii – red.] przez czerwony pył na drogach wszystkie ciuchy miały pomarańczowe zacieki.

Uciekajcie, pożar buszu! 

Anne obliczyła, że życie nomady może być tańsze niż mieszkanie w mieście. – Na „kempingach wolności” jedyne koszty to gaz i jedzenie. Najdroższa jest benzyna. Ale dopóki mamy siły, będziemy pracować.

Bo Anne i Bob, choć są emerytami, dorabiają. – Wielu siwych nomadów pracuje po drodze – wyjaśnia Bob. 

– Roboty dla emerytów jest pełno, wystarczy zajrzeć na strony internetowe typu „Work Around Australia” – dodaje Anne. – Po covidzie, gdy zabrakło młodych Europejczyków, którzy wcześniej przyjeżdżali na wizę „zwiedzaj i pracuj”, pracodawcy nawet do nas dzwonili: „Gdzie jesteście, potrzebujemy was”. Zwykle zarządzamy polami kempingowymi. Przez pół roku pilnowaliśmy cudzych domów w Tasmanii, przez dziewięć miesięcy w Broome prowadziłam hotel, pracowaliśmy też w miasteczku poszukiwaczy opali.

– Lepiej opowiedz o newbies – mruczy Bob. 

– W czasie lockdownów Australijczycy nie mogli latać za granicę – podejmuje Anne. – Wielu seniorów dołączyło, nazywamy ich „świeżakami”, bo mają świecące nowością przyczepy, których nie potrafią parkować. No ale my na początku też tacy byliśmy.

Odkąd Bob ma problem ze stawem biodrowym, musieli zwolnić. – Mieszkaliśmy wtedy nad Zatoką Karpentaria, w małym miasteczku, 150 osób – wspomina Anne. – Nagle przybiega sprzątaczka pola kempingowego, na którym pracowaliśmy, Filipinka i krzyczy: „Bob, Bob!”. Biegnę, a on skręca się z bólu. Zadzwoniliśmy po latającego doktora, zabrali go do szpitala. Odtąd nie jeździmy po pustyni, tam jest totalna pustka, nie działa telefon ani internet. Co bym zrobiła, gdyby tam znów wyskoczyło biodro Boba? 

– Ale powiem ci, że gdy jestem w trasie, niczego się nie boję – podkreśla dumnie Anne. – Miałam niezłego pietra tylko raz, zatrzymaliśmy się niedaleko starego wielorybniczego miasta Eden, to południowe wybrzeże. Nagle dzwoni do nas straż: „Uciekajcie, pożar buszu idzie w waszą stronę”. Jechaliśmy pięć kilometrów przez eukaliptusową puszczę, wkoło dym, a ryk taki, jakby pociąg towarowy walił prosto na nas. Bob nic nie widział prócz białej linii na asfalcie. Jakoś się wydostaliśmy. 

– A Ceduna pamiętasz, a Port Augusta? – rzuca Bob.

– Ach, tam musieliśmy być ostrożni – przypomina sobie Anne. – Pole kempingowe ogrodzone drutem kolczastym, brama z szyfrem, bo dzieci aborygeńskie kradną. Wiesz, nie jestem taka jak inni siwi nomadzi, którzy boją się Aborygenów. Bo ich nie znają, nie uczyli się o Pierwszych Narodach w szkole. Jednak zdradzę ci, wkurzają mnie te pozwolenia, o które trzeba się starać, by przejechać przez wiele aborygeńskich osad. Przecież to też mój kraj.

Sandra i Dave / archiwum prywatne

„Willa Weronika”

Sandra, lat 73, szczupła i zadbana, ma trójkę dzieci i piątkę wnuków. Opowiada, że wcześniej była dziewczyną z dużego miasta i nigdy nie spała na kempingach. Pracowała w call center, opiekowała się matką, która mieszkała na osiedlu dla seniorów. Gdy mama zmarła, Sandra i jej mąż David mieli po sześćdziesiąt kilka lat. Przeszli na emeryturę. Wnuków jeszcze nie było, więc postanowili spróbować australijskiego living the dream. Za spadek po matce kupili przyczepę i nazwali ją „Connie”.

Sandra wspomina rozmarzona, jak wstawała o świcie, siadała z kawą pod markizą, patrzyła na ludzi, którzy krzątali się, wyprowadzali psy, potem smażyła jajka na bekonie i szła na basen na polu kempingowym. Wołała do męża: „Choć popływać”. Ale on: „Nie ma mowy, już nie ta figura”. „Akurat wszyscy będą ciebie oglądać” – parskała. 

– Wspólne jeżdżenie jeszcze bardziej nas zbliża – mówi Sandra. – Jesteśmy razem prawie pół wieku. W domu w mieście ja na dole, a on na górze ogląda TV. Za to w przyczepie jesteśmy skazani na siebie. Sprzeczki są, rzecz jasna, ale prawie wszystko w podróży robimy razem, jest mniej stresu, więcej wolności.

Po kilku wypadach sprzedali „Connie”, kupili wygodniejszą „Willę Weronikę”. Teraz mają dziewięciometrową „Jayco Srebrną Linię”. Sandra pokazuje zdjęcia: – Zobacz, jakie duże łóżko, a tu kanapa, tyle miejsca, tam kuchnia, zmywarka, mikrofala, frytownica, w której przygotowuję ryby, kurczaki i ziemniaki, a tu grill, tu maszyna do kawy, w suficie klimatyzacja i ogrzewanie, naciskasz guzik, wysuwa się markiza.

Szczęśliwe godziny 

Sandra nazywa się siwą nomadką „w wersji lajtowej”, bo najdłuższy wypad trwał pięć i pół tygodnia. Nie chciałaby podróżować przez lata, jak wielu jej znajomych. Ma osteoartretyzm, biodro w nocy dokucza. No i musi wracać do miasta, w każdą środę opiekuje się wnuczką. Gdy wyjeżdżali na północ, córka trochę protestowała: „I co ja zrobię z czwórką dzieci?”. Ale znalazła opiekunkę.  

Sandra nazywa się też nomadką w „wersji ekskluzywnej”, bo zawsze zatrzymują się na płatnych polach namiotowych, gdzie nie ma węży, nie powinno być trujących pająków, jest prąd i woda pitna.

Na kempingach łatwo poznać ludzi. Nomadzi zagadują, podchodzą: „Kurczę, fajną masz tę suszarkę do ubrań!”. Albo: „Gdzie kupiłaś ten pojemnik termiczny do piwa?”. I jest taki zwyczaj na drogach, że zawsze machają do siebie, gdy jedna przyczepa wymija drugą.

– Tu gramy w kręgle na trawie z przyjaciółmi – Sandra pokazuje zdjęcia. – Mają po sześćdziesiąt parę lat i prowadzą biznes, do motorhome’a pakują laptopy i drukarkę oraz dwa psy. O tak, masa siwych nomadów podróżuje z psami, widziałam też ptaki w klatkach, oswojonego szczura… A tu, zobacz, siedzimy na happy hours, szczęśliwych godzinach. 

Szczęśliwe godziny są codziennie od ok. 16.30 do 20, gdy zaczynają atakować komary. Wtedy seniorzy, obowiązkowo z butelką wina czy zimnego piwa, siedzą przy kempingowych stołach zastawionych przekąskami, w mniejszych lub większych grupach. Podczas happy hours rozmowy wyglądają podobnie: „Skąd jesteś?”, „Dokąd jedziesz?”, „Długo w drodze?”.

Bev i Maurice / archiwum prywatne

Wielka Pętla 

Bev i Maurice mieli po sześćdziesiąt pięć lat, gdy przeszli na emeryturę. „I co dalej? Siedzieć w domu w Melbourne i czekać na weekendy, by odwiedzić wnuki? To ma być życie?”. Sprzedali dom, kupili przyczepę. Pożegnanie z dziećmi i piątką wnucząt było trudne, ale wierzyli, że nadszedł ich czas, na który pracowali ciężko tyle lat. Maurice był rzeźnikiem, potem miał firmę ogrodniczą, Bev pracowała w call center.

Pojechali w podróż dookoła Australii, którą nazywają tu Wielką Pętlą. Nie było ich dziewięć miesięcy. Zatrzymywali się na „kempingach wolności”, socjalizowali podczas „szczęśliwych godzin”, pływali w turkusowych ciepłych wodach, zwiedzali. Aż któregoś dnia Maurice zapytał: „A co zrobimy, gdy się zestarzejemy i nie będziemy mogli wchodzić po schodach do przyczepy?”. Zaczęli więc szukać nowego domu, takiego z drewna i cegły. Na subtropikalnym Słonecznym Wybrzeżu znaleźli niezwykłe osiedle dla seniorów. Trawniki, po których skaczą kangury, przestrzeń, a domy mają garaże projektowane dla przyczep.

– Każdy mieszkaniec naszej RV Homebase to grey nomad – śmieje się Bev, opalona 74-latka. – Mamy tu też szczęśliwe godziny, aż zbyt często. Są tu trzy specjalnie zaprojektowane miejsca spotkań.

Bev i Maurice zrobili już ponad 20 dłuższych wypadów, często bez żadnych planów. Ot, wyjeżdżają z garażu: „Gdzie teraz, w prawo, w lewo?”. Planują tylko, gdy jadą do Melbourne odwiedzić rodzinę.

A pieniądze? Dostają emeryturę państwową i dodatkową, kapitałową (pracownicy mają dostęp do niej po osiągnięciu wieku emerytalnego, który w Australii to ok. 65 lat). – Życie w drodze jest tanie – uważa Bev. – Płacisz jedynie za jedzenie, benzynę i utrzymanie auta, ubezpieczenie i rejestrację przyczepy. Wielu siwych nomadów, aby mieć na podróżowanie, wynajmuje swoje domy w miastach. Ale ja nie zniosłabym remontów po lokatorach.

Gdy pytam, czy podróżując dowiadują się czegoś o Tradycyjnych Właścicielach, Bev trochę się irytuje: – To smutne, że Rdzenni zamykają swoje „kulturalnie wrażliwe” miejsca. Jeszcze niedawno wdrapywaliśmy się na monolit Uluru, fantastyczna przygoda, a teraz musieliśmy obchodzić górę dookoła, podczas gdy dzieci aborygeńskie wchodziły tam i śmiały się z nas. To przygnębiające, bo też jesteśmy Australijczykami.

Singielka 

„Mój następny mąż będzie normalny”, „Bądź niezależna, unikaj facetów” – również takie hasła można zobaczyć na drogach. Coraz więcej tu bowiem siwych singielek, podróżujących samotnie. Może dlatego, że kobiety żyją dłużej, a po śmierci partnera nie chcą się wiązać? A może dlatego, że tak jak u Jan mąż stwierdził któregoś dnia, że chce się rozstać. Zostawiła mu dom, zabrała oszczędności, przyczepę, pickupa toyotę hilux i ruszyła w świat. 

"Bestia" - dom na kółkach Jan / fot. archiwum prywatne

Jan ma 70 lat, piękny uśmiech, białe włosy ściągnięte w kucyk, dżinsy ogrodniczki, a na ramieniu tatuaż turkusowego motyla. – To auto nazywam „bestią”, jest tak wielkie – opowiada. – Gdy podróżowałam z mężem, on zawsze siedział za kółkiem i tylko mnie krytykował. Wszyscy znajomi mówili: „Jesteś za stara”, „Jesteś zbyt słabego zdrowia”, „Nie przetrwasz”. Nie było nikogo pozytywnego. Pomyślałam: „Pieprzyć ich! Dam radę”.

– Noc przed wyjazdem nie mogłam spać, z nerwów wymiotowałam – wspomina Jan. – Miałam plan: pojadę autostradą na północ, a jeśli po dwóch godzinach okaże się, że nie daję rady, wracam do miasta. Cholernie się bałam, ale dojechałam na pierwszy postój, tam siwi nomadzi podeszli, żeby pomóc mi zaparkować, odczepić przyczepę. Wyciągnęłam moją instrukcję, bo cały proces rozpisałam krok po kroku i udało się. Poradzili, żebym kupiła gadżet ułatwiający przyczepianie i odczepianie przyczepy z haka, tak zwany „ratunek dla małżeństw”. Dla mojego małżeństwa było już za późno, ale gadżet kupiłam, rzeczywiście sprawdza się. Na pewno chroni wiele par od kłótni podczas parkowania.

Pokojowi nobliści zapisują się w historii świata jako bojownicy o wolność i prawdę. Jaką cenę płacą za to jednak ich bliscy?

Dzieci i żony Nelsona Mandeli z Południowej Afryki, mąż i dzieci Narges Mohammadi z Iranu, mąż i synowie Aung San Suu Kyi z Birmy: wszyscy oni pozostają w cieniu wielkich ojców i matek. Jak to przeżywają?

Potem już poszło. Jechała i nigdzie się nie spieszyła, spała na darmowych kempingach, nabrała sił. Nie szukała na siłę towarzystwa. – Zmuszam się, by wyjść do ludzi – przyznaje. – Nie cierpię „szczęśliwych godzin”. Pełno tam zrzędliwych facetów, którzy traktują kobiety jak głupsze, a gdy dowiedzą się, że jestem wykształcona i pracowałam na wysokich stanowiskach w aborygeńskich szkołach, stają się protekcjonalni.

Jeszcze pięć lat 

Co najbardziej podoba się jej w podróżowaniu solo? Jan: – Wolność. I że nie muszę gotować i sprzątać. Od kobiet mojej generacji oczekiwano, że będą prowadzić dom, opiekować się mężem i dziećmi, a także pracować zawodowo i zarabiać. A teraz ulga, nigdy nie będę sprzątać po facecie, a przygotowywanie posiłków dla mnie samej to szybka sprawa: trochę tofu, sałaty. Jeśli kiedyś będę gotowa, aby kogoś poznać, pewnie będzie to tylko wędrowny seks – uśmiecha się.

– Pewnie zostało mi pięć lat takiego podróżowania – oblicza Jan. – Jak ma się 75 lat, wiotczeją mięśnie, brakuje sił. Ale wiesz, w mediach społecznościowych jest coraz więcej grup dla samotnie podróżujących kobiet. Umawiam się po drodze z innymi siwymi nomadkami. Wiele tych kobiet ma tylko swoje domki na kółkach. W Australii jest teraz wielki kryzys mieszkaniowy, wynajem jest drogi, wielu na to nie stać. Po drodze widziałam na bezpłatnych kempingach coraz więcej bezdomnych, matki z maluchami w namiotach, ich ojcowie pracują w oddalonych miasteczkach. Jechałam i oddawałam im swoje rzeczy: toster, czajnik, garnki…

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 52-53/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Siwi nomadzi ciągną przez Australię