Deficyt bez perspektyw

Rozumiem, że przez najbliższe lata sytuacja budżetu będzie bardzo zła i że realistyczna wizja oferowana przez premiera Jerzego Hausnera jest właśnie realistyczna. Co prawda nie rozumiem, jak to się stało, że doszło aż do takiej zapaści i kto tu zawinił, ale w końcu nie to jest najważniejsze, gdzie się przeziębiłem, ale że się przeziębiłem.
Czyta się kilka minut

Gotów jestem zatem, jak miliony innych Polaków, wytrzymać kilka lat po to, żeby potem było lepiej. Tyle że nikt nie chce albo nie potrafi mi powiedzieć, na czym miałoby polegać owo lepiej. Bo już doprawdy sama idea wzrostu gospodarczego nie wystarczy. Naturalnie, lepiej jest, gdy cokolwiek rośnie, niż spada, ale ze wzrostu nic nie wynika, bo ważne jest, od jakiego poziomu on się odbywa. Nasz wzrost - jak słyszałem od mądrych ludzi - odbywa się od tak niskiego poziomu (także bezrobocia), że teoretycznie za około pięćdziesiąt lat może dogonimy kraje rozwinięte. Perspektywa to nawet przesadna dla naszych wnuków, o których tyle było mowy z okazji referendum europejskiego.

Brakuje mi zatem w rządowych i nie tylko rządowych wypowiedziach na temat gospodarki (mnie, który w tej dziedzinie jestem tak kompetentny, jak każdy inny obywatel) dwu rzeczy. Po pierwsze wyjaśnienia, dlaczego mamy oszczędzać, które nie sprowadzałoby się do stwierdzenia, że bez oszczędzania będzie jeszcze gorzej, bo to nie jest dobra argumentacja. Ale, co ważniejsze, brakuje mi jakiejkolwiek wizji rozwoju gospodarki i państwa polskiego. Słyszymy na przykład, że Unia Europejska od 2007 roku ma zamiar znacznie więcej pieniędzy wydawać na rozwój technologiczny i naukowy, a mniej na pomoc dla biedniejszych członków. Nam się to może nie podobać, ale taka koncepcja wynika z określonej wizji, z postawienia na pewien typ rozwoju, a nie na wszystko.

W Polsce takiej wizji nie ma od 1989 roku. Najpierw, prawda, trzeba było się uporać z hiperinflacją i ze spuścizną komunizmu. Pierwsze udało się całkowicie, drugie tylko częściowo, w każdym razie jeżeli chodzi o gospodarkę. A potem już tylko idee wolnego rynku i wzrostu gospodarczego stanowiły czynnik wyznaczający kierunek rozwoju gospodarki. Nie zastanawiano się, dzięki czemu ma się odbywać ten rozwój, jakie dziedziny gospodarki wspierać, a jakim pozwolić umrzeć, nie myślano o tym, jakie są konsekwencje społeczne niepodejmowania decyzji, a jedynie o tym, jakie mogą być konsekwencje polityczne dla danej partii.

Nie jest oczywiście tak, że gospodarką rządzili głupi ekonomiści. Przeciwnie, w Polsce dobrych ekonomistów jest dostatek i żaden z kierowników naszej gospodarki od 1989 roku nie był ani tępy, ani szalony, a wprost przeciwnie, byli to ludzie ciekawi, czasem nadto oryginalni, ale na pewno wybitni. Jednak to nie ekonomiści są od wyznaczania kierunków rozwoju państwa i gospodarki. Nie ekonomiści rządzą gospodarką, lecz producenci i konsumenci oraz państwo, czyli politycy. W tym przypadku, jak i w wielu innych, to politycy wykazali się brakiem odwagi, kompetencji i inteligencji. To politycy nie zaproponowali Polsce żadnego, dosłownie żadnego, długofalowego planu rozwoju gospodarczego, w którym określone byłyby priorytety. I teraz również, znowu o wszystkim decydować ma ekonomista, a politycy wprawdzie go wspierają, ale sugerują, że wszystko się dzieje na jego odpowiedzialność. Polska jest dużym krajem, a przecież nawet małe kraje (jak Finlandia) odniosły sukces, kiedy sformułowały i zrealizowały określoną strategię rozwoju, a nie rozwój po prostu. Do tego jednak potrzeba polityków z wizją, odważnych i umiejących się porozumieć ze społeczeństwem. Nie widzę, nie słyszę.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 42/2003