Wygrana Donalda Trumpa to przede wszystkim efekt kryzysu lewicowo-liberalnej opcji politycznej w Stanach Zjednoczonych. Jej niezdolności do stawienia czoła realnym problemom, takim jak przestępczość, plaga uzależnień, bezdomność, bieda, rozwarstwienie społeczne, nielegalna imigracja, rosnący procent osób cierpiących na depresję czy inne zaburzenia psychiczne, pogrążonych w rozpaczy, pozbawionych nadziei. Modele teoretyczne, w myśl których źródłem wszelkiego zła w świecie są w pierwszej kolejności dyskryminacja, rasizm, patriarchat i kolonializm, okazały się wobec tych wyzwań, delikatnie mówiąc, niewystarczające.
Głosując na Trumpa, ogromna rzesza ludzi (do której, jak pokazują dane, nie należeli wcale wyłącznie biali heteroseksualni mężczyźni w średnim wieku, lecz także kobiety, Latynosi oraz Afroamerykanie) symbolicznie pokazała tej doktrynie czerwoną kartkę. Czy jednak Trump spełni pokładane w nim nadzieje? Niewiele na to wskazuje.
Owszem, 47. prezydent USA doskonale rozumie – co znalazło potwierdzenie w jego mowie inauguracyjnej – że ludzie potrzebują dziś nowej, aktywizującej, przywracającej motywację i poczucie sensu opowieści. Praca, która owocuje dobrobytem; kraj, który dzięki uczciwemu wysiłkowi będzie się bogacił; kolejne pokolenia, dla których przygotujemy lepszą przyszłość; powrót do prostych wartości i „zdrowego rozsądku”; Bóg, który nad nami czuwa – to wszystko tam było, przemyślane i skomponowane. Do tego wizja dawnej, wspaniałej Ameryki, tej z pocztówek, filmów czy książek, która znowu jest tuż, tuż, na wyciągnięcie ręki, wszak złota era właśnie się zaczyna. Ani słowa o biciu się w piersi za niechlubną przeszłość, ani słowa o katastrofie klimatycznej, ani słowa o opresji większości wobec mniejszości. Za to odwołanie do Martina Luthera Kinga, a potem natchniony afroamerykański pastor Lorenzo Sewell, który zdawał się w trakcie swojej spektakularnej modlitwy doświadczać nawiedzenia Ducha Świętego. Naiwne i efekciarskie? Oczywiście, ale działa.
Ci jednak – a wielu jest takich wśród jego zwolenników – którzy spodziewają się, że Trump i jego ekipa prowadzić będą przemyślaną politykę w kierunku jakiegoś nowego, konserwatywnego ładu, mogą się srodze zawieść. Postmodernistyczny, nabuzowany, ofensywny kryptotradycjonalizm Trumpa, podpięty pod technologiczne latyfundia Jeffa Bezosa, Marka Zuckerberga oraz Elona Muska, w dniu inauguracji zasiadających dumnie w pierwszym rzędzie – nie zwiastuje bynajmniej, wbrew deklaracjom, powrotu do „zdrowego rozsądku”, lecz raczej mniej lub bardziej niekontrolowane odreagowanie.
Nie dajmy się, z drugiej strony, zwieść panicznym reakcjom i najczarniejszym fantazjom. Zbyt wielkie pieniądze, zbyt rozległe interesy są tutaj na stole, żeby ktokolwiek pozwolił na chaos czy anarchię. Obecność trzech technomiliarderów na inaugracji, ich potężne kontrakty z państwowymi instytucjami, w tym z sektorem obronności, wreszcie Musk na jakimś dziwnym, dla niego specjalnie stworzonym stanowisku „szefa departamentu wydajności” – wszystko to zwiastuje nową odmianę mariażu pomiędzy biznesem, wojskiem a państwem. Biznesem wirtualnym, dodajmy, czyli takim, który dziś obsługuje i reguluje najważniejsze obszary naszego życia. I to jest chyba najbardziej niepokojący aspekt sprawy.
Chaosu nikt nie planuje, ale czy to oznacza, że on nie nadejdzie? Nigdy nie ma takiej gwarancji, zwłaszcza jeśli pracuje się na potężnych zbiorowych siłach: na ludzkich lękach i nadziejach, na agresji, żądzy władzy, pieniądza i potęgi. Klasyczna opowieść o uczniu czarnoksiężnika dobrze ilustruje, z jakimi mechanizmami mamy tu do czynienia. Cóż, biorąc choćby pod uwagę specyficzną osobowość Elona Muska, jego dziwaczne zachowanie, impetyczne gesty przywodzące na myśl salut rzymski, należy się spodziewać nieoczekiwanych zwrotów akcji. Nie wspominając o tym, że Musk od wielu miesięcy propaguje na platformie X najdziwaczniejsze teorie spiskowe.
Niedawno udostępnił np. tweet niejakiego Petera Swedena, szwedzkiego dziennikarza i producenta telewizyjnego, niezwykle zasłużonego na niwie rozsiewania dezinformacji i kłamstw, w tym także negowania Holocaustu. Pokazuje to albo zupełną utratę kontaktu z tzw. realem, albo niezdolność do bazowego rozróżnienia między informacją rzetelną a brutalną propagandą, albo też bezgraniczny cynizm. Niezależnie od tego, który wariant jest prawdziwy, okoliczność, że człowiek będący twarzą nowej amerykańskiej administracji robi takie rzeczy, oznacza poważne ryzyko chaosu. Podobne ryzyko pociąga nominacja Roberta F. Kennedy’ego Jr. na sekretarza ds. zdrowia i opieki społecznej (o czym niedawno pisałem).
No dobrze, ale jak to może wyglądać w praktyce? Tak samo, jak zawsze, tyle że dotąd nie działo się to nigdy na tak wysokim szczeblu władzy, w samym sercu zachodniej cywilizacji. Każdy, kto myśli spiskowo – czyli bez możliwości weryfikacji swoich przekonań, oddalając się od faktów, a pogrążając w fantazjach i iluzjach – zmierza do kolizji z rzeczywistością. W przypadku Trumpa i jego ludzi jej impet będzie wprost proporcjonalny do wysokości stawek, o które toczy się gra, oraz pozycji, którą zajmują w niej poszczególni gracze. Pozostaje tylko nadzieja, że nie znajdziemy się wszyscy w strefie zgniotu…
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















