Roland Barthes w swoim słynnym eseju o fotografii wspominał o tym, że „patrzył na oczy, które widziały Napoleona”, gdy natknął się na portret jego najmłodszego brata, i że to odkrycie wprawiło go w dłuższe zdumienie. Nasza współczesność odwróciła tę sytuację: dzisiaj miłośnicy ekranizacji powieści historycznych rozpowszechniają termin „twarz człowieka, który widział smartfona” (lub dowolny inny wynalazek charakterystyczny dla nowoczesności; może brzmieć to „wygląda jak człowiek, który płaci kartą”, albo „uroda epoki hulajnóg elektrycznych”).
Nie chodzi tutaj przy tym o prosty i niezawodny motyw komediowy z przeniesieniem się w czasie i pociesznym zagubieniem człowieka z innej epoki, jak w niezapomnianej komedii „Goście goście”. Raczej o zorientowanie się, że oto coś oczywistego się znacząco zmieniło, a tą oczywistą kwestią są ludzkie twarze.
„Smartfonową twarzą” czy „wyglądem, który przeszedł test mikrofalówki” kinomani określają typ urody, który wydaje się zbyt nowoczesny do filmów historycznych i kostiumowych. We współczesnych okolicznościach taki aktor lub aktorka prezentuje się zupełnie neutralnie; cechy dwudziestopierwszowieczności wydobywa na powierzchnię dopiero kostium z przeszłości i żaden wysiłek ekipy charakteryzatorskiej nie może przełamać tego wrażenia obcości.
Oczywiście, aktorstwo z samej swojej zasady polega na mistrzowskiej iluzji, na którą składa się o wiele więcej czynników niż wiarygodna uroda, i nawet najbardziej współcześnie wyglądający aktor wręcz nada historycznej postaci nową twarz, jeśli posiada dar przekonywania. Królowa Kleopatra najprawdopodobniej w ogóle nie przypominała Elizabeth Taylor, ale gwiazdorska charyzma szła z królewskością w parze. Nie chodzi zatem o to, czy obsada jest dobrana właściwie czy nie, lecz o dostrzeżenie czegoś subtelnego – jak szybko zmieniają się ludzkie rysy.
Na twarze patrzymy cały czas i o ile metamorfoza pojedynczego człowieka nie uchodzi zwykle naszej uwadze, o tyle rzadziej dostrzegamy jakąś powszechną zmianę. Sama miałam szczęście (i musiałam się poczuć wtedy odrobinę jak Barthes, widząc brata Napoleona!), gdy zaobserwowałam u kogoś taki moment „eureka”. Moja urodzona w latach 20. XX wieku babcia odnotowała pod koniec tego samego stulecia, że w porównaniu z czasami jej młodości ludzie mają zadziwiająco proste kręgosłupy.
Co sprawia, że ktoś wygląda „jakoś inaczej”, „z innej bajki”? Oto przykład – miłośnicy ekranizacji klasyki nie są ostatnio zachwyceni faktem, że w nowej „Lalce” Stanisława i Izabelę zagrają Marcin Dorociński i Kamila Urzędowska, a w nowych „Wichrowych Wzgórzach” Katarzynę i Heathcliffa zagrają Jacob Elordi i Margot Robbie. Faktycznie, jak na potencjalnych bohaterów z epoki romantyzmu, tych dwoje ostatnich prezentuje się podejrzanie zdrowo. W czasach sióstr Bronte, podobnie zresztą jak przez większość wieku XIX, wzorowego bohatera – targanego namiętnościami i tragicznego – powinna wyróżniać uroda wskazująca na chorowitość, oczy pałające i blada cera (istnieje kilka opracowań dotyczących tego, jak w tamtej epoce kryteria piękna pokrywały się z diagnozą gruźlicy).
Współczesny wygląd przeciętnego człowieka zachodniego – i nie dotyczy to przecież jedynie gwiazd – znamionuje całoroczny dostęp do palety składników odżywczych w każdym posiłku. Staliśmy się per saldo bardziej dorodni i promienni, bo wiele bolączek minionych stuleci nam chwilowo nie dokucza. Odpowiednia kwota pozwala też radykalnie oddalić się od wyglądu przodków dzięki naprawieniu sobie, czasem aż do przesady, uzębienia. To zęby – łatwo się ścierające, wypadające, chore – na starszych fotografiach często czyniły człowieka przedwcześnie posępnym, i to one chyba najmocniej wpływają na poczucie dystansu.
Najmocniej obok dostępnej medycyny estetycznej. Gdy o to chodzi, to nigdy dotychczas nie znaleźliśmy się też tak blisko Olimpu – jeśli za boską uznamy symetrię. Zabiegi estetyczne pozwalają dziś coraz mniejszym kosztem pozbawić się wszelkich od niej odstępstw. Prawdziwi greccy bogowie uznaliby podszywanie się pod nich za potwarz i zemściliby się, rzucając jakąś wymyślną klątwę.
Może poniekąd tak się dzieje, bo naśladowanie wzorców urody sprawia, że ludzie stają się do siebie podobni i istnieje ryzyko, że zaczną mylić swoich mężów i żony. Ale może być to też paradoksalny dar; ludzie czasami bywają od siebie samych mądrzejsi i wymyślają zawczasu coś przydatnego, jeszcze o tym nie wiedząc. Może upodabnianie się do siebie to broń przeciwko inwigilacji i gdy wszyscy będziemy nosić jednakowe twarze, niepotrzebne będą – jak w Gruzji czy Hongkongu – maski, by umknąć kamerom służb?

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















