Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

człowiek spod podłogi patrzy na czapskiego

człowiek spod podłogi patrzy na czapskiego

21.01.2013
Czyta się kilka minut
Akceptował gatunek ludzki w sposób zupełnie niezrozumiały, jeśli weźmiemy pod uwagę to, co dane mu było zobaczyć i przeżyć. Był przecież ocalonym przez przypadek więźniem Starobielska.
Portret Chila Aronsona Fot. Dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Instytut Literacki „Kultura”
M

Miałem kiedyś niezwykłą okazję Józefa Czapskiego regularnie spotykać. Kiedy trafiłem do Francji pod koniec lat 80. ubiegłego wieku. Nie były to spotkania partnerskie, co nie znaczy, że nie stały się dla mnie doświadczeniem naprawdę ważnym. Fundacja Polcul, wspomagająca podziemny ruch wydawniczy w Polsce, finansowała wówczas stanowisko noszące bardzo dumne i nieco przesadne miano „sekretarza” Józefa Czapskiego. Reprezentujący fundację we Francji Wojciech Sikora powiedział mi pewnego dnia, że na tym stanowisku jest wakat i zapytał, czy nie chciałbym zostać takim „sekretarzem”.

Dlaczego mówię o nieco przesadnej formie na określenie tej pracy? Otóż do tego zajęcia bardziej pasowałoby miano „lektora”. Józef Czapski był już wówczas człowiekiem bardzo starym i bardzo chorym. „Sekretarzowanie” polegało na tym, że dwa razy w tygodniu przyjeżdżało się do Maisons-Laffitte, wspinało się po wąskich schodach prowadzących do zajmowanego przez Czapskiego małego pokoiku nad redakcją „Kultury”, i czytało mu się fragmenty książek, zazwyczaj jego własnych, na które żywo reagował, komentując zarówno to, co wiele lat wcześniej napisał, jak też opowiadając o ważnych nieraz okolicznościach, w których jego poszczególne teksty czy książki powstawały.

Prosił mnie też wielokrotnie o dzwonienie pod jedyny numer, jaki miał zapisany pośród pokrytych nieczytelnym pismem kartek swego dziennika. Był to numer telefonu Wojciecha Karpińskiego, wybitnego eseisty związanego z „Zeszytami Literackimi”, którego Czapski traktował jako jednego ze swoich ostatnich i najbliższych przyjaciół.

Tu nieunikniona dygresja o charakterze instytucjonalno-pokoleniowym. „BruLion”, z którym wówczas współpracowałem, wyzłośliwiał się często na „Zeszyty Literackie” uważające Czapskiego za jednego ze swoich klasyków i mistrzów. Publikowaliśmy nawet fikcyjne spisy treści „Zeszytów Literackich”, gdzie nieustannie – tak samo zresztą jak w spisach treści prawdziwych – powracały pozycje: „Czesław Miłosz: listy do Adama Zagajewskiego”, „Adam Zagajewski: listy do Czesława Miłosza”, „Józef Czapski: patrząc i czytając”, „Stanisław Barańczak: czytając i pisząc” itp., itd. Z kolei Barbara Toruńczyk jeszcze niedawno poskarżyła się w jednym z wywiadów, że była przez „bruLion” traktowana „protekcjonalnie”. Takie są prawa zrytualizowanych międzypokoleniowych agonów. Ale była też druga, sympatyczniejsza strona naszych wzajemnych stosunków. „Jechać do Lwowa” Adama Zagajewskiego czy jego eseje „Solidarność i samotność”, które także zawdzięczamy „Zeszytom”, miały ogromny wpływ na część poetyckiego „pokolenia brulionu”, na Krzysztofa Koehlera i Jacka Podsiadłę. Barbara Toruńczyk, prawdopodobnie patrząc na „brulionowców” trochę jak pisarze z lepszych stolików „Ziemiańskiej” patrzyli na futurystów wożących się nago taczkami po przedwojennej Warszawie, bardzo lojalnie i bardzo realnie pomagała naszym autorom. To w „Zeszytach Literackich” ukazały się bardzo wcześnie wiersze Roberta Tekielego czy Krzysztofa Koehlera.

jasny ton

Także ja trafiłem do pokoiku Józefa Czapskiego jako człowiek „bruLionu”, mający po raz pierwszy na własne oczy zobaczyć jednego z mistrzów „Zeszytów Literackich”. Ale było jeszcze gorzej, poszedłem do Czapskiego jako „człowiek spod podłogi” (to do dziś dnia moja ulubiona postać światowej literatury), który pragnie „sprawdzić”, „wypróbować” wiarygodność człowieka w swoich wspomnieniach i esejach wprost promieniującego (wówczas powiedziałbym zapewne „ociekającego”) afirmacją świata i miłością do ludzi. Czapski akceptował nasz gatunek w sposób zupełnie dla mnie niezrozumiały, jeśli weźmiemy pod uwagę to, co dane mu było zobaczyć i przeżyć. Był przecież ocalonym przez przypadek więźniem Starobielska. Był też człowiekiem, który przez długie miesiące szukał w stalinowskiej Rosji, na zlecenie Andersa, swoich „zaginionych” kolegów. I który musiał podświadomie wiedzieć, że nigdy ich już żywych nie znajdzie, nawet jeśli podtrzymywał nadzieję w sobie i w innych. Czapski był wreszcie emigrantem bez nadziei powrotu, człowiekiem, który nieodwołalnie znalazł się po stronie przegranych.

Simone Weil lubiła powtarzać, a ja się z nią zawsze zgadzałem, że klęska czyni człowieka gorszym, doznane niesprawiedliwie cierpienie, a nawet jego obserwowanie, na zawsze piętnuje ofiarę, czyni ją w najlepszym razie mizantropem, a w najgorszym właśnie pełnym resentymentu i podejrzliwości „człowiekiem spod podłogi”. Doznana przemoc musi zarazić złem.

Tymczasem Czapski w swoich esejach i wspomnieniach nie okazywał ani mizantropii, ani resentymentu. Wiedziałem o tym doskonale jako bardzo typowy w moim pokoleniu obsesyjny czytelnik literatury emigracyjnej, która trafiała do nas albo za pośrednictwem drugiego obiegu, albo pochłanialiśmy ją w czytelniach mikrofilmów, w zbiorach zastrzeżonych. W latach 80., jako poloniści z UJ, dostawaliśmy się tam bez trudu, bo nasi profesorowie pisali nam zaświadczenia (czasem prawdziwe, a czasem fałszywe), że przygotowujemy prace magisterskie z literatury emigracyjnej.

Kiedy czytałem „Na nieludzkiej ziemi”, „Tumult i widma” czy „Patrząc”, do mojej młodej, nieco nihilistycznej głowy przychodziły tylko dwie możliwe interpretacje tych dzieł. Że Czapski nie do końca rozumie, co mu się przydarzyło, albo że jest hipokrytą ukrywającym swoją mizantropię pod płaszczem słodkich słów o afirmacji świata i ludzi. Nie podejrzewałem jeszcze, że ta postawa była u niego wyborem (chciałoby się dodać „heroicznym”, ale przekracza to moją tolerancję na patos, nadal pozostałem przecież „człowiekiem spod podłogi”). Do szczerości tego wyboru przekonały mnie dopiero te wysłuchiwane od Czapskiego całymi godzinami komentarze do fragmentów jego własnych książek. Brzmiące wciąż tym samym jasnym tonem, na który chętnie odpowiedziałoby się bolesnym szyderstwem, gdyby nie to, że był bez cienia wątpliwości autentyczny.

Kilka lat później miałem zaszczyt zaglądać do innego małego mieszkania, przy Nowym Świecie, gdzie wraz ze swoimi książkami i warsztatem pracy mieszkał Paweł Hertz. Chętnie udzielał on wywiadów dla nieistniejącego już „Życia z kropką”, którego byłem wówczas dziennikarzem. Pewnego dnia, wiedząc, że Hertz był przez jakiś czas bliskim przyjacielem Czapskiego, podzieliłem się z nim moją fascynacją niezwykłym dla mnie etycznym i estetycznym wyborem autora „Tumultu i widm”. Hertz spojrzał na mnie uważnie, i prawdopodobnie w funkcji szczepionki opowiedział mi anegdotę. Rozmawiał kiedyś z Czapskim o jego słynnej przygodzie, kiedy na froncie I wojny światowej ten młody jeszcze wówczas literat i malarz doznał nagle nawrócenia na tołstojowski pacyfizm. I postanowił opuścić swój oddział, aby udać się do komuny tołstojowców. Kiedy Czapski jeszcze pół wieku później rozpływał się nad wrażliwością oficerów, którzy przegadali i przepili z nim całą noc, dyskutując o Tołstoju, po czym rano, na strasznym kacu, wypisali mu przepustkę z frontu, Hertz, którego obozowe przygody w stalinowskiej Rosji były jeszcze bardziej potworne i odarły go z pewnej części jasnej afirmacji naszego gatunku, nie mogąc już wytrzymać tej pozytywności Czapskiego, zaripostował: „Józiu, gdybyś nie nazywał się Huttten-Czapski, tylko dajmy na to Malinowski czy Szlomo, ci sami kulturalni oficerowie postawiliby cię rano pod stienku i rozstrzelali”. Na co Czapski spojrzał na niego swoimi promiennymi bladoniebieskimi oczyma i powiedział z bezgranicznym zdumieniem: „Myślisz, Pawełku?”.

afirmacja jako pokusa

Ale jest też inna anegdota, którą opowiedział mi Czapski, kiedy byłem tym jego lektorem. O jego pierwszej i ostatniej wizycie w paryskim mieszkaniu Emila Ciorana. Spędził tam parę godzin, słuchając coraz bardziej mrocznych refleksji na temat świata, który jest potworną machiną bezsensownej zagłady, życia, które nie ma szczęśliwego zakończenia, człowieka jako istoty skazanej i strasznej zarazem. Kiedy w końcu wyszedł, w połowie drogi na dworzec kolejki mającej go odwieźć z powrotem do Maisons-Laffitte doszedł nagle do wniosku, że rozmawiał z człowiekiem głęboko nieszczęśliwym, który jest być może na skraju samobójstwa, któremu trzeba pomóc, a on tego nie uczynił. Zawrócił i pędem pobiegł w stronę mieszkania Ciorana. Kiedy zdyszany dotarł pod jego drzwi i zadzwonił w panice, drzwi się otworzyły i stanął w nich nieco zdziwiony Cioran. W eleganckim jedwabnym szlafroku, cmokając czekoladkę z likierem, bo ten mroczny myśliciel był jednocześnie wielkim kulinarnym smakoszem. Cioran zapytał: „Taaak? Zapomniał pan czegoś?”. Wtedy Czapski – nawet on, z jego nieskończoną afirmacją świata i ludzi – zrozumiał, jak bardzo się wygłupił. Mruknął: „Wydawało mi się, że coś u pana zostawiłem, ale to pomyłka”. Odwrócił się na pięcie, zbiegł ze schodów i nigdy w to miejsce nie wrócił.

Słuchając wtedy tej anegdoty, może po raz pierwszy stanąłem po stronie Czapskiego. Afirmacja, jeśli nie jest hipokryzją, staje się pokusą. Nawet „człowiek spod podłogi”, nawet „reprezentant pokolenia bruLionu” czasem jej ulega. Mnie ta pokusa dopadła – przyznaję, że tylko na moment – właśnie wtedy, gdy całymi godzinami słuchałem komentarzy Czapskiego do jego własnych wspomnień. Wspomnień z piekła XX wieku przepełnionych zupełnie niezrozumiałą nadzieją i wybaczeniem.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]