Tajemnica sukcesu ludowców

Losy PSL-u pokazują drogę wszystkim, którzy chcieliby zaistnieć w polityce na sposób ciekawszy niż wojna kulturowa: zarządzane na zimno lęki i nienawiści pomiędzy „moherami” i „lemingami”, „nieudacznikami” i „tymi, którym się powiodło”.

04.01.2015

Czyta się kilka minut

Janusz Piechociński podczas wieczoru wyborczego, Warszawa, 16 listopada 2014 r. / Fot. Karol Serewis / EAST NEWS
Janusz Piechociński podczas wieczoru wyborczego, Warszawa, 16 listopada 2014 r. / Fot. Karol Serewis / EAST NEWS

Sensacja, jaką był wynik PSL w wyborach samorządowych, stała się ośrodkiem nowego konfliktu między PiS a obozem władzy. „Sfałszowane wybory”, „pomyłka wynikająca z kształtu wyborczej książeczki” – te hasła ukrywały gigantyczne rozczarowanie wynikami wyborów samorządowych ze strony Jarosława Kaczyńskiego i PiS. Stało się oczywiste, że nawet postępująca demobilizacja elektoratu PO nie będzie dla prawicowej opozycji przepustką do władzy. Nie tylko na poziomie miast i województw, ale przede wszystkim w wymiarze ogólnokrajowym. Narodowcy zabrali Kaczyńskiemu prawicową młodzież nuncjusz zabrał mu wsparcie najbardziej zdeterminowanych biskupów.
Jednak to PSL zadał najboleśniejszy cios jego nadziejom, odbierając elektorat rolniczy. Bez tego elektoratu, bez społecznej i gospodarczej elity polskiej wsi zarządzana przez Kaczyńskiego rewolucja prowincji przeciwko „upadłym moralnie” i zdemobilizowanym politycznie „metropoliom lemingów” nie ma szans powodzenia.
Klientelizm: problem i atut
Kłócąc się o „masowe fałszerstwo”, nie próbowano odpowiedzieć na pytanie, dlaczego PSL-u nie zużywa i nie demobilizuje to, co w Polsce zużywa i demobilizuje, a nawet niszczy wszystkie inne partie. Dlaczego ludowców nie dotknął syndrom „zużycia władzą”? To zużycie powinno być bez porównania większe niż w przypadku PO. Platforma rządzi zaledwie od siedmiu lat, tymczasem ludowcy ciągną za sobą jeszcze ogon ZSL-u, a od samych początków III RP uważani byli za najwygodniejszego i najbardziej stabilnego (mimo uzasadnionych skarg Leszka Millera na „kłopoty z obsłużeniem ich apetytów”) koalicjanta przez polityków ze wszystkich praktycznie obozów.
PSL-owcy współrządzili z prezydentem Wałęsą, byli obecni w rządach SLD, o ich rękę starał się żarliwie, choć bezskutecznie, Jarosław Kaczyński, kiedy już dojadł „przystawki”. Dziś stabilnie współrządzą z nieskazitelnie „postsolidarnościową” Platformą. Nawet będąc opozycją, nigdy nie byli opozycją „antysystemową”, jaką bywała Samoobrona i jaką chętnie dziś udaje PiS.
Skąd więc fenomen niezużywania się PSL-u? Nie różni przecież ludowców od PO i innych polskich partii „umiarkowane zepsucie w granicach prawa”. „Taśmy Serafina” nie były mniej, a może nawet były bardziej kompromitujące niż taśmy „Wprost”, które przez moment popchnęły PO na skraj przepaści. Także Waldemar Pawlak rozbawił niegdyś wszystkich mieszczuchów, kiedy przyłapany na zatrudnianiu własnej matki w zależnej od siebie politycznie firmie publicznej żałośliwie pytał: „Jak można było nie zatrudnić mamy?”.
Oczywiście problemem dla wizerunku PSL-u, a zarazem jego atutem w mobilizowaniu elektoratu, jest klientelizm. Zarówno dzięki sieci stanowisk w samorządzie i agencjach obsługujących rolnictwo, jak też dzięki rencie władzy pobieranej od dystrybucji znacznych środków unijnych trafiających na wieś. Ale znów, ani PO, ani PiS od klientelizmu – eufemistycznie mówiąc – też nie są wolne. Wzorcowym przykładem stała się wieloletnia władza PiS w Wołominie (zakończyli ją właśnie wyborcy z tego miasta, zmieniając prezydenta), gdzie spółki miejskie od razu zostały obsadzone przez niedobitki ludzi Lecha Kaczyńskiego. Koalicjant PSL-u, czyli Platforma, rządzi w tysiącu Wołominów i ma do rozdysponowania więcej niż PiS politycznych etatów, więc i skala klientelizmu jest proporcjonalnie większa. Ale klientelizm nie jest kluczem do zwycięstwa w wyborach. Klientelizm to tysiące głosów, czasem dziesiątki tysięcy, co jest ważne w kraju o tak słabym kapitale społecznym jak Polska. Jeśli mówimy jednak o milionach wyborców, to ich wszystkich już „kupić” nie można. Można ich do siebie przekonać, choćby na jakiś czas, jedynie bardziej wyrazistymi projektami politycznymi lub choćby hasłami. A traci się te miliony, kiedy nie ma się wyrazistych politycznych pomysłów zaadresowanych choćby do swego najtwardszego elektoratu, kiedy traci się język i charyzmatycznych liderów, którzy mogliby się tym językiem porozumiewać.
Choć to zdumiewające, Platforma jest dziś partią niemą. Nie tylko na tle rozkrzyczanego Korwina czy PiS-u, ale także na tle PSL-u. Kiedy chcemy dziś znaleźć wyrazisty głos w obronie Platformy, musimy posłuchać Michała Kamińskiego czy Romana Giertycha. Faktyczni liderzy PO wystrzegają się mówienia czegokolwiek. Jedynym, który miał w PO prawo mówić i któremu mówienie wychodziło świetnie, był Donald Tusk. Tylko on potrafił opowiadać o własnej i całej Platformy „niechęci do projektu i wizji” z taką werwą, że powstawał z tego wyrazisty przekaz. Trochę nawet mobilizujący, szczególnie na tle „wizji i projektów” Korwina, Kaczyńskiego czy Macierewicza. Kiedy jednak Tuska w polityce krajowej zabrakło, milczenie Platformy, choćby nawet opakowywane przez najlepszych specjalistów od PR, stało się politycznie jałowe.
Dziwactwa prezesa
Dziś Platforma nie ma języka komunikowania się ze swoim naturalnym elektoratem – nowym polskim mieszczaństwem. Tymczasem niepozorne PSL, pod władzą swego trochę sympatycznego, a trochę dziwacznego lidera, ma zarówno język, jak i pomysły adresowane wyraźnie do elektoratu rolniczego: pracującego, przechodzącego transformację z małorolnych chłopów do nowoczesnych farmerów; produkującego, przetwarzającego i eksportującego swoje produkty z coraz większym zyskiem. To w tej właśnie grupie – w elektoracie ściśle rolniczym – PSL wyraźnie i trwale pokonał partię Kaczyńskiego, która wciąż dominuje w całym elektoracie polskiej wsi i prowincji, dzięki głosom pełnych resentymentu, bo też i nieznajdujących miejsca w trudnym „podziale pracy” III RP, „odrzuconych kamieni” polskiej transformacji.
Lider PSL Janusz Piechociński ma z nami – mediami – poważne kłopoty. Jest dziwacznym nerdem, a nie politykiem epoki Franka Underwooda, który podrzucałby dziennikarzom śledczym i publicystom smaczne kawałki ludzkiego mięsa. Tych jednak dziennikarzy, którzy mają cierpliwość, lider PSL-u częstuje wielogodzinnymi opowieściami o zbudowanej przez siebie sieci 30 tysięcy adresów mailowych średnich i drobnych producentów oraz przedsiębiorców – w dużej części wiejskich, związanych z przemysłem spożywczym – które zarówno on osobiście, jak też zbudowane przez niego struktury w ministerstwie gospodarki w rytmie codziennym bombardują informacjami o programach inwestycyjnych rządu, o unijnych dopłatach, mikrokredytach, kupcach i rynkach zainteresowanych produkcją polskiego rolnictwa. Piechociński lubi też powtarzać opowieść o tym, jak później, na spotkaniach z elitą polskiej wsi, w odpowiedzi na zarzuty, że brak jest komunikacji rządu z przedsiębiorcami, pokazuje palcem największego krzykacza i mówi – dobrze przygotowany do takich spotkań przez swój młody sztab – „Pan nawet nie otwarł trzech moich ostatnich maili, a ja mam program komputerowy, który mi pokazuje, czy panowie to przeczytali”.
To tylko jeden z wielu przykładów specyficznego „dziwactwa” Piechocińskiego, które jednocześnie pokazuje największy atut PSL-u: determinację w docieraniu do konkretnej grupy społecznej, pojawianie się „wśród swoich” z konkretną ofertą, której „my z miasta” dawno już nie usłyszeliśmy od liderów Platformy. Najważniejszym jednak skierowanym do wsi, prawdziwie modernizacyjnym pomysłem PSL-u jest projekt pilotowany przez Marka Sawickiego (tak, pamiętam, trafionego wizerunkowo przez „taśmy Serafina”, nie mniej boleśnie niż taśmy „Wprost” trafiły Sikorskiego i Sienkiewicza, których jednak Platforma trochę „sprzedała”, podczas gdy PSL ostatecznie Sawickiego „obronił”). Projekt Sawickiego ma na celu radykalną zmianę struktury społecznej i własnościowej polskiej wsi. Dziś największym jej obciążeniem jest „tradycyjna substancja”, czyli tysiące niewydolnych małych gospodarstw, do trzech hektarów, które produkują wyłącznie na własne potrzeby, korzystając jednak ze wszystkich dopłat unijnych i polskiego państwa (KRUS, faktyczne zwolnienie z podatków, czasem także pomoc socjalna). W ciągu kilku najbliższych lat miliardy euro z nowej „perspektywy budżetowej” UE mają zostać użyte do wykupienia tych gruntów, przesunięcia ich do prężnie rozwijających się gospodarstw średnich i dużych, przy jednoczesnym przekazaniu „małorolnym” w jednej transzy unijnych dopłat. I zaopatrzeniu ich w dodatkowe pieniądze pozwalające przynajmniej części z nich na rozpoczęcie własnej działalności.
Oczywiście wiąże się z tym ryzyko dalszego społecznego rozwarstwienia, któremu będzie musiało przeciwdziałać państwo niebędące tylko nocnym stróżem. Jednak po drugiej stronie tego równania mamy szansę na zmianę społecznej i własnościowej struktury polskiej wsi, od wielu lat reprodukującej zacofanie i biedę. Szczerze mówiąc, od dawna już o tak ambitnym i jednocześnie tak konkretnym projekcie nie słyszałem z ust polityków PO.
To są „opowieści Piechocińskiego”, które większość z nas – dziennikarzy epoki postpolitycznej i tabloidowej – puszcza mimo uszu, czekając na krwawy kawałek do zacytowania o Tusku, Kopacz, Kaczyńskim albo o tym, kiedy PSL zerwie koalicję. PSL Piechocińskiego koalicji z PO nie zerwie, będzie jej używało do dalszego umacniania się w elektoracie rolniczym. Nie wchodząc do miast, bo w realizm tych akurat planów Piechocińskiego nie wierzę. Zbyt silny jest konflikt pomiędzy miastem a wsią, głupi i dystynktywny, ale zastępujący na poziomie symbolicznym dawny konflikt pomiędzy szlachtą a pańszczyźnianymi chłopami. Piechociński i PSL nie potrafią tego konfliktu unieważnić, nawet jeśli mogą mu nadać – po stronie „wsi”, „prowincji” i „chłopów” – kształt bardziej cywilizowany i dla polskiego państwa bezpieczniejszy, niż usiłuje nadać temu konfliktowi wypchnięty z mieszczańskiego elektoratu Kaczyński.
Wiceprezydent Piechociński
Na tle tej merytorycznej wartości PSL-u mniejsze znaczenie mają lepsze lub gorsze wybory taktyczne kierownictwa tej partii. Np. w nadchodzących wyborach prezydenckich Piechociński, moim zdaniem słusznie, forsuje pomysł, aby Bronisław Komorowski wystąpił jako kandydat całej koalicji, a nie tylko PO. Prezydentowi przyda się to do wzmocnienia w wewnętrznych platformerskich grach i do wygrania być może już w pierwszej turze, co mocno osłabiłoby PiS przed wyborami parlamentarnymi. Podczas gdy Piechociński wystąpiłby w tej kampanii jako nieformalny „wiceprezydent z PSL”. Unikając w ten sposób upokarzającej wyborczej porażki i nie tracąc przed wyborami parlamentarnymi atutu, jakim był wynik PSL w wyborach samorządowych. Jednak baronowie PSL, którym wcale nie zależy na dalszym umocnieniu się pozycji Piechocińskiego, chcą jego lub któregoś z popierających go młodych ludowców pchnąć do kampanii z góry przegranej. Z ich punktu widzenia obecna pozycja partii jest wystarczająco silna, a pozycja Piechocińskiego może się stać zbyt suwerenna.
Losy PSL-u pokazują drogę Platformie i wszystkim, którzy chcieliby się zakorzenić w polityce polskiej na sposób ciekawszy niż wojna kulturowa, niż zarządzane na zimno lęki i nienawiści pomiędzy „moherami” a „lemingami”, pomiędzy „nieudacznikami” a „tymi, którym się powiodło”, niż wreszcie wciąganie do partyjnej polityki Kościoła. Od wiecznego grania samym tylko „antykaczyzmem” skuteczniejsze okazuje się precyzyjne zdefiniowanie adresata własnej polityki. Nawet jeśli w przypadku każdej partii „ogólnonarodowej” będzie to o wiele trudniejsze i bardziej ryzykowne niż w przypadku „partii klasowej”, jaką wciąż pozostaje PSL.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 02/2015