Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

„Często oglądam się za siebie”

„Często oglądam się za siebie”

12.01.2015
Czyta się kilka minut
Czytając jego powieści, miało się wrażenie, że to zwierzenia intymne, mówione przez autora z bliska, prawie bez dystansu i pod osłoną nocy.
P

Pisarz, którego uwielbiałem. Była połowa lat osiemdziesiątych; u innych czytałem zaledwie jedną, dwie książki i nudziłem się, szukałem czegoś nowego. U Konwickiego – wszystko, co wpadło mi w rękę.
Zakochałem się w nim jeszcze w liceum, po przeczytaniu „Kalendarza i klepsydry”. Wielu kontekstów nie rozumiałem, ale podobała mi się tonacja tej książki, pewna nonszalancja, swobodny stosunek autora do samego siebie. I to, że na jednej stronie wzruszenie może sąsiadować ze zgrywą – i zarówno wzruszenie, jak zgrywa, dobrze na tym sąsiedztwie wychodzą. Konwicki nie działał w stylu: pomnik obsikać, a potem pójść na mszę. Już po kilku stronach wiedziało się dokładnie, co dla niego jest serio, a co go śmieszy lub złości i skłania do robienia min. Patos musiał być patetyczny, a śmiech zaraźliwy. Jednak najważniejsze było co innego: w głębi tej, a potem okazało się, że każdej innej jego książki, można było wyczuć lęk, który decyduje o tym, że coś jest, a coś nie jest wybitną literaturą. Mianowicie lęk, że strony, które właśnie się napisało, mogą być już martwe.
Zakochałem się, to znaczy: wszystko mu wybaczałem. Nie zawsze był w formie, ale był tego rodzaju zawodnikiem, że nawet kiedy nie był w formie, potrafił obrócić ten fakt na swoją korzyść. Kiedy pisał swoje „autentyki”, to zmyślał, koloryzował, nie wiadomo było, kiedy mu wierzyć, a kiedy nie. (W jednym z fragmentów „Kalendarza…” mówi np., że życie zawdzięcza litewskim „babom od okadzania ziołami i dziadom od zamawiania krwotoku”, bo dzięki ich interwencjom w dzieciństwie, gdy był wątłego zdrowia, kilka razy wymknął się śmierci.) A przecież czytało się go jednocześnie z poczuciem, że jest jak mało kto prawdomówny, że jeśli podkolorowuje, to tylko rzeczywisty obrazek, jeśli zmyśla, to żeby wskrzesić coś, co było – lub być pragnęło.
W tym swobodnym stosunku do samego siebie-pisarza przypominał mi trochę Kurta Vonneguta, pokoleniowo zresztą mu bliskiego. Vonnegut przeżył bombardowanie Drezna, a Konwicki – wykańczanie AK-owskiej partyzantki na Wileńszczyźnie przez Sowietów. (Za kapitalne uważam jego zdanie na temat tamtych wyborów: „Młodzi polscy inteligenci biorący udział w tej wojnie byli w porządku. To historia była nie w porządku”.) Zarzucano mu, tak samo jak Vonnegutowi, że zamiast wielkiej epiki dostarcza półprodukty, „felietony”, a nie powieści. To nieporozumienie, ale i trochę prawda, bo miało się nieraz wrażenie, że spieszy się z wykończeniem, że nie zależy mu na szczegółach, starannym spleceniu wątków, a potem równie starannym rozwiązaniu tego splotu. Mnie, jako czytelnikowi, udzielał się ten pośpiech, ta gorączka – i sprawiały mi osobliwą przyjemność. Ktoś (nie pamiętam kto) powiedział, że dobry pisarz musi się bać. I on też – pisał, jakby stale czuł czyjś oddech na plecach. „Często oglądam się za siebie”, notował. „Kiedy tylko się obejrzę, zimno idzie po skórze”. Nie był to jednak oddech nadchodzących pokoleń, raczej jego samego – chłopca, potem młodego mężczyzny, którym kiedyś był.
Lubiłem dialogi, które pisał – zarówno w książkach, jak w filmach. Niektóre trochę nierzeczywiste, sprawiały wrażenie, jakby toczyły się na granicy snu i jawy. Inne przeciwnie – trzeźwe, ostentacyjne, jakby rozmawiający trzymali się za klapy i wymawiali słowa tak, by nikt nie mógł powiedzieć, że czegoś nie dosłyszał. Kiedy zaczęły się pojawiać długie wywiady z Konwickim, nie zdziwiło mnie, że są takie dobre. Musiał mieć dar rozmowy i głowę do słownej szermierki, ale wiem to z drugiej ręki, bo nie miałem odwagi sam sprawdzić. Bardzo ciekawa pod tym względem jest jego ostatnia „wygadana” książka – „W pośpiechu”, lekko tylko podredagowany zapis rozmów, które odbył z nim Przemysław Kaniecki. „Przecież ja to, co mówię, to komponuję” – wyznaje w pewnym momencie Konwicki. „Bo przecież ja nie mogę się uwolnić od zawodowych nawyków”.
Jako pisarz miał ciekawy styl, najpierw go zań krytykowano, bo daleki od poprawności, potem chwalono, bo daleki od przeciętności. Różne polszczyzny w nim ożywały, ale nie tylko to było intrygujące. Nawet czytając powieści, miało się wrażenie, że to zwierzenia intymne, mówione przez autora z bliska, prawie bez dystansu i pod osłoną nocy. Podobno – może z tego powodu właśnie? – czytały go głównie kobiety. „Ja na przykład nie spotkałem nigdy mężczyzny, który by przeczytał moją książkę”, skarżył się Katarzynie Bielas i Jackowi Szczerbie. „Mężczyźni mówili mi: »Wie Pan co, może Pan mi tu da autograf, bo moja żona Pana czyta«, albo »moja córka Pana czyta«, albo »teściowa Pana wielbi«. Żaden nie powiedział: »Ja Pana przeczytałem sam, własnymi oczami«”. Ciekawe, jak by zareagował, gdybym mu wyznał to, co właśnie tu wyznaję?
Nie dalej jak miesiąc temu przeczytałem raz jeszcze dla przyjemności „Wschody i zachody księżyca”. Frajda. Na stosiku do ponownej (trzeciej już) lektury leżał przygotowany „Kalendarz…”. Jeśli dobrze pamiętam, właśnie w „Kalendarzu…” pojawiły się pierwsze zaklęcia, że to nie powinno trwać długo, że najwyżej pięć, dziesięć, nie daj Boże piętnaście lat tego uprzykrzonego życia. A przecież pisał to, gdy był w wieku, w jakim ja jestem teraz. Potem tłumaczył, że Asnyk w wierszu do jakiejś panienki też mówił, jaki to jest stary, a miał wtedy lat trzydzieści siedem. Kiedyś przemknęło mi przez myśl, że możliwe, iż Konwicki zamilkł jako pisarz, kiedy osiągnął wiek, który – jak uważał – przeznaczone mu było osiągnąć.
W rozmowach z tomu „W pośpiechu” bardzo lubię tę scenę: dzwoni telefon, Konwicki przeprasza, odbiera, po chwili wraca do rozmowy. „Marysia. Z wiadomością, że umarła Elizabeth Taylor”. A Elizabeth Taylor była młodsza od Konwickiego o całe sześć lat. „To ja jej powiedziałem, że to szkoda bardzo. Ale raczej z zazdrością słyszę, że się jej udało”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Wojciech Bonowicz / Fot. Grażyna Makara
Poeta, publicysta, stały felietonista „Tygodnika Powszechnego”. Jako poeta debiutował w 1995 tomem „Wybór większości”. Laureat m.in. nagrody głównej w konkursach poetyckich „Nowego Nurtu” (...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]