Dwa miliony Francuzów i Francuzek podpisały w niecały miesiąc – wakacyjny, dodajmy – petycję przeciwko nowej ustawie. Czy to naprawdę poważna liczba i warto o tym pisać? Przecież to bardzo liczny i rozpolitykowany naród. Choć gdyby zastosować ścisłe kryteria czystości, jakie wydaje się stosować nasz nowiutki prezydent międlący to słowo jak zaklęcie, to by się okazało, że trzon prawdziwej Francji trzeba by z pewnością ściąć o połowę.
Odpadliby różni tacy nie bardzo jaśni, w zawojach i powłóczystych szatach. Albo nawet ci z licem bladym i włosem płowym jak Marianna na godle, lecz zupełnie wypłukani z tożsamości, renegaci i pacyfiści odmawiający śpiewania refrenu Marsylianki „do broni, obywatele, marsz, marsz, niech poleje się nieczysta krew”.
Zwróćcie na marginesie uwagę, że wprawdzie my również maszerujemy z Dąbrowskim, ale jeśli w ogóle jest mowa o biciu, to tylko w tarabany. Taki przyczynek do wyjaśnienia niewątpliwie pozytywnego zjawiska, iż przemoc jest w sumie w polskiej polityce rzadka.
A jednak te dwa miliony to i tak wielka liczba. Rekord, jeśli chodzi o petycje polityczne w najnowszych dziejach Francji. Przeciwko czemu się ta ciżba pojednała? Jakaś świeża wojna kulturowa? Nakaz inicjacji seksualnej przed piętnastym rokiem życia albo urzędowe limity liczby wiernych na mszy? A może pieniądze, socjal i roszczenia – cały kraj przecież pokryty jest graffiti żądającymi czterodniowego tygodnia pracy. Nie, poszło o acetamipryd. Środek owadobójczy z rodziny neonikotynoidów.
Na pewno się wam obiło o uszy to słowo, zwykle kojarzone z marnym losem pszczół. Wprawdzie dalekosiężną szkodliwość koktajlu pestycydów dla człowieka poznamy w sposób zgodny z rygorami naukowego dociekania za czas dłuższy, bo nikt nie może brać przecież ludzi „do testów”, ale szkodliwość tych konkretnych związków dla pszczół została wykazana rzetelnie i przekrojowo.

Stąd te efektywne środki, stosowane np. poprzez zaprawianie nasion – co czyni całą roślinę nośnikiem odpowiedniej trucizny – zostały stopniowo zakazane. Ostatnio dużą regulację w tej sprawie Unia wydała w 2018 r., zostawiając rozliczne furtki, zwane po urzędniczemu derogacjami, z których Polska korzystała, ile wlezie. Niektóre substancje są zresztą nadal dostępne, tyle że do stosowania wyłącznie pod dachem. Można je sobie kupić bez żadnych papierów.
Po tym ostatnim cięciu na liście dopuszczeń został jednak właśnie acetamipryd, jako ten najmniej groźny dla pszczół (producenci twierdzą, że w ogóle niegroźny). Ale Francja postanowiła być prymusem: zakazała także i jego. W tym samym roku 2018, kiedy przyjęła „kartę środowiskową”, stanowiącą prawo do życia w bezpiecznym i zrównoważonym środowisku jako nową część konstytucji. Jak już to przez ostatnie lata z bliska obserwowaliśmy, najpierw było przepychanie różnych zielonych ładów, w aurze pewnego ferworu ekologicznego, niewolnego, niestety, od cech pokracznej religii, a potem, zgodnie z prawami fizyki, wahadło wychyliło się w drugą stronę. Akcja – reakcja.
Ta metafora jest całkiem na miejscu, bo to drugie słowo ma też polityczny sens, dobrze oddający trendy i nastroje w głównym nurcie władzy wszystkich krajów europejskich. O tym, co się porobiło w kwestii migracji, nawet nie wspominajmy, to zbyt bolesne i pogmatwane sprawy jak na rozmowy przy krojeniu pomidorów na przecier. Ale nieraz już mówiliśmy, że teraz jest w modzie dogadzanie wsi – czytaj: agrobiznesowi.
Do kosza idą m.in. zbyt ambitne ograniczenia narzucone rolnictwu, a ono w pewnych sferach oddziałuje na klimat i środowisko jeszcze mocniej niż huty i koksownie. Francuscy posłowie przygotowali ustawę upraszczającą różne procedury, a przy okazji przywrócili swoim rolnikom dostęp do środka, którego konkurenci, np. z Niemiec czy Polski, używają nadal w najlepsze.
Wymieniam te kraje nieprzypadkowo, bo o prawo do acetamiprydu walczyli najbardziej plantatorzy buraka cukrowego. Francja jest nadal największym producentem cukru w Europie, ale lobby rolnicze i pestycydowe zapewnia, że jak tak dalej pójdzie, polski i niemiecki burak wygra, bo szkodniki coraz bardziej dziesiątkują niechronione nowocześnie uprawy.
Przekonamy się o tym niebawem. Parlament bowiem ustawę co prawda przyjął, ale, pod wpływem błyskawicznej petycji, tamtejszy odpowiednik Trybunału Konstytucyjnego przepisy o acetamiprydzie uwalił. Jako niezgodne z tym nowym rozdziałem konstytucji właśnie, choć gdy czytałem uzasadnienie, wydało mi się ono dość mgliste, jak wszystkie próby wywiedzenia bardzo konkretnych decyzji z ogólnikowych zasad. W żargonie prasowym nazywa się ową radę „mędrcami” i dużo zależy od wiary w ich autorytet.
Konstytucja każe zostawić przyszłym pokoleniom znośne warunki życia. Czy akurat ten środek, a raczej jego brak, zrobi istotną różnicę w demolce, którą uskuteczniamy naszym sposobem życia, w tym także jedzenia? Podejrzewam, że biedne pszczoły były dobrym hasłem jednoczącym przeciwników nowego prawicowego ładu i dlatego akurat ten temat stał się godny uwagi mędrców.
A jeśli faktycznie szkodniki będą coraz bardziej dewastować uprawy buraka, to przyszłe pokolenia będą jadły mniej cukru i to byłoby na pewno dla nich dobre. Byłoby, bo jak mówiliśmy tu niedawno, teraz niszczymy swoje receptory, mózgowy ośrodek nagrody i wątrobę znacznie tańszym syropem z kukurydzy. Chronionej, jak najbardziej, ale tę lekcję biochemii i polityki zostawimy sobie na później.
Kulki z bakłażana
Spędzam parę dni we Francji. Niczego tu nie piszą o absurdalnie rozdętej sprawie paruset cwaniaków, którzy przynoszą złą sławę potrzebnej wszak wszystkim branży gastronomicznej. Jadam wspaniale, ale głównie sery i pasztety, a tego się nie da zreplikować w naszej rubryczce.
Cierpię też od upału, stąd moi współtowarzysze pobytu doceniają, kiedy ich karmię w ciągu dnia rzeczami, które mogę upiec zawczasu, o świcie, gdy kuchnia jeszcze się nie nagrzała.
Przekąską wystarczającą za obiad w upalny dzień są te kulki – znacie moją słabość do tej formy, wynika to pewnie z tego, że dla posiadacza dwóch lewych rąk jest najłatwiejsza.
- 800 g bakłażana
- 1 jajko
- 100 g tartego parmezanu
- ok. 150 g bułki tartej (albo więcej, zależy od wilgotności bakłażana)
- garść natki i parę listków bazylii
- sól
- czosnek
Częściowo obieramy bakłażany, kroimy w dużą kostkę, szczodrze solimy.
Podsmażamy na patelni z oliwą i ząbkiem czosnku przez kilka minut, mieszając. Następnie dusimy pod przykryciem jeszcze trochę, aż porządnie zmiękną. Robimy to partiami, żeby na patelni nie było tłoku.
Studzimy, siekamy z grubsza nożem, mieszamy w misce z jajkiem, parmezanem i posiekanymi ziołami (można też dać szczypiorku).
Dosypujemy stopniowo bułkę tartą, aż masa da się lepić (najlepiej dosypać jej trochę i odczekać parę minut, aż nasiąknie, i wtedy sprawdzić, czy konsystencja jest dobra).
Formujemy kulki wielkości piłeczki pingpongowej, obtaczamy w bułce tartej.
Przepis kanoniczny każe je teraz smażyć przez 3 minuty w głębokim tłuszczu, ale w lecie wolę lżejszą wersję: układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy w 180-200 st. C, aż się dobrze zrumienią.
Można je potem znów lekko podgrzać w piecu, jeśli domownicy wam na to pozwolą, ale ja lubię je na zimno.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















