Zgodnie z przepowiedniami „Jedna bitwa po drugiej” Paula Thomasa Andersona rozbiła bank na tegorocznych Oscarach. Sześć statuetek, w tym dla najlepszego filmu roku, to triumf kina, które wyraża niezgodę na ten świat, ale robi to sowizdrzalskim tonem.
Absurdalna z ducha historia – o współczesnej rewolucji i kontrrewolucji, o imigracji i autorytaryzmie, o zdemoralizowanych politykach i zdesperowanych ojcach – wyrosła z atmosfery swego czasu i najwyraźniej trafiła w panujące dziś nastroje.
Rzadko kiedy zwycięski film oscarowy jest tak bardzo „o nas”, zagubionych w narastającej nieprzewidywalności i chaosie. Anderson, luźno posiłkując się Thomasem Pynchonem, stworzył na ten temat filmową petardę i zarazem dał wyraz odpowiedzialności filmowca za swój przekaz. O tej odpowiedzialności mówił w niedzielę ze sceny kalifornijskiego Dolby Theatre, również w kontekście rodzicielskim i pokoleniowym.
O co naprawdę chodzi w kinie
Wtórował mu Joachim Trier, nagrodzony – też bez niespodzianek – za „Wartość sentymentalną” w kategorii filmu międzynarodowego. Takich momentów, kiedy próbowano udowodnić, że w kinie chodzi o coś więcej niż tylko o kino, było na gali całkiem sporo i miały na pewno większą wagę niż śmieszkowanie z urzędującego prezydenta.
W czasach, kiedy wizerunek USA przeżywa poważny „kryzys piękności”, kiedy amerykańska hegemonia kulturowa nabiera nowych kształtów i rozmiarów (pod wpływem ekspansji nowych technologii czy konsolidacji rynku rozrywkowo-medialnego), a wielkie skandale obyczajowe stają się przykrywką dla rzeczywistych problemów, Oscary próbują jakoś zamanifestować swoje zaangażowanie w „sprawy”.
Dlatego szczególnie cieszy nagroda dla czesko-duńskiego dokumentu „Pan Nikt kontra Putin” Davida Borensteina i Pawła Tałankina, bo świadczy o tym, że Ameryka jeszcze nie całkiem zapomniała o Ukrainie.
Oscary – pokazówka czy troska o świat
Ktoś powie, że to tylko show, a mówiąc po naszemu – pokazówka. W końcu oscarowa gala, jak już prawie wszystko na tym świecie, musi się po prostu dobrze sprzedać. Ale i musi mieć tak zwaną dobrą prasę, czyli wykazać się – choćby dla poprawy samopoczucia – troską o świat.
Niezależnie, ile w tym kalkulacji, występujący na scenie ludzie kina, włącznie z gospodarzem wieczoru Conanem O'Brienem, stanęli na wysokości zadania. I nie zmarnowali szansy, żeby nie siedzieć cicho, kiedy oglądają ich miliony, a gdzieś daleko odbywa się jeszcze „jedna bitwa po drugiej”, w której indywidualne czy globalne interesy ważą więcej niż czyjeś życie.
Dlatego największym przegranym okazał się brazylijski „Tajny agent” Klebera Mendonçy Filho, jak najbardziej polityczny i w najbardziej spektakularny sposób przełamujący euroatlantycką hegemonię w nominacjach oscarowych. Więcej o tym świetnym filmie w następnym numerze.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















