Czekałem na tę chwilę dwie dekady. Na moment, w którym muzyka znowu porwie mnie tak bardzo, że zamiast odsłuchiwać płytę w wygodnym fotelu, wstanę i będę energicznie krążył po pokoju. Poprzednio zdarzyło mi się to przy premierze albumu „Playing the Angel” Depeche Mode: ciarki na plecach, skóra napięta jak struna, kości jak pudło rezonansowe.
A potem mijały niezliczone godziny muzyki. Słuchałem, szukałem, czekałem. Byłem jak Gatsby wpatrzony w swoje zielone światło – wspomnienie intensywności, której pragnąłem powtórnie doświadczyć. I oto pojawiła się ona – Florence Welch. A właściwie jej utwór „Everybody Scream”: singiel i zarazem zapowiedź nowego albumu pod tym samym tytułem, którego premierę zaplanowano na 31 października. Krzyk Flo natychmiast stał się moim krzykiem.
Analogia do Gatsby’ego to nie przypadek. W ostatnich tygodniach fani Florence żyli informacją, że musical „Gatsby: The American Myth”, napisany wspólnie z urodzoną w Polsce laureatką Pulitzera Martyną Majok, po prawie niespełnionych planach broadwayowskich ostatecznie trafi na londyński West End. Wraz z nim nadejść ma nowa porcja muzyki Welch.
Tym większe było zaskoczenie, gdy w połowie sierpnia artystka niespodziewanie ogłosiła datę premiery nowego albumu, a kilka dni później opublikowała pierwszy singiel. Utwór – i towarzyszący mu teledysk – to streszczenie kariery Flo: dramatyczny, gotycki, pełen magii i ekstatycznego krzyku, który jest jednocześnie jej przekleństwem i wyzwoleniem.
Styl i przemiany Florence Welch
Florence Welch, serce i dusza założonego w 2007 r. indie-rockowego zespołu Florence and the Machine, od początku kariery pozostaje jedną z najoryginalniejszych gwiazd brytyjskiej sceny. Do świata muzyki weszła w roku 2008 piosenką „Kiss With a Fist” opowiadającą o gwałtownej, namiętnej miłości, w której nasycony szokującymi scenami tekst – kopnięcia, rozbita szczęka, podbite oko – połączyła z euforyczną, punkową melodią.
Rok później ukazała się jej pierwsza płyta „Lungs”, nagrodzona potem Brit Award i przez wiele tygodni okupująca szczyty list przebojów. Znajdujące się na nim utwory, m.in. „Dog Days Are Over” czy „Cosmic Love”, ugruntowały styl Welch – monumentalny, emocjonalny, balansujący między gotycką aurą a rockowym rozmachem.
Od tamtej pory Welch nagrała jeszcze cztery albumy: „Ceremonials”, „How Big, How Blue, How Beautiful”, „High as Hope” i „Dance Fever”. Z kolei na scenie wypracowała legendarny wizerunek: rudowłosej szamanki w długich sukniach, która nie potrzebuje obrotowych scen ani multimedialnych fajerwerków, bo sama jest widowiskiem – świeżym i energetycznym. „Olśniewająca czarodziejka popu” – pisał o niej „The New York Times”, a każdy kolejny album i koncert potwierdzał, że Welch potrafi przekuwać emocje w hymny, które poruszają i porywają tłumy.
Dla ścisłości – chodzi o jej własne emocje, bo teksty Welch zawsze były bardzo osobiste. W „Rabbit Heart” śpiewała o przemianie z dziewczyny o „króliczym sercu” w kogoś, kto musi walczyć jak lew, nawet jeśli oznacza to poświęcenie samej siebie. W „Shake It Out” próbowała strząsnąć z ramion demony przeszłości, a w „Never Let Me Go” poddała się i zaakceptowała własną słabość. Z kolei w „Hunger” wyznała już wprost: „Miałam siedemnaście lat, gdy zaczęłam się głodzić”. Zaburzenia odżywiania towarzyszące jej młodości były zaledwie jednym z problemów, które ciążyły nad pierwszymi latami kariery. Alkohol dodający odwagi przed wejściem na scenę, nieustanny lęk, poczucie autodestrukcji – to wszystko składało się na życie, które tylko z zewnątrz wyglądało bajkowo.
„Everybody Scream” uwalnia emocje
W utworze „Everybody Scream” Florence daje do zrozumienia, że chociaż od ponad dekady jest trzeźwa i zdołała poukładać wiele spraw, jej powrót do muzyki wcale nie był łatwy. „Popatrz, jak się wykańczam, krwawię na scenie” – śpiewa, opisując dosłownie, co działo się z nią w ostatnich latach, gdy koncertowanie przypłaciła zdrowiem (mimo złamanej stopy i obfitego krwawienia dokończyła jeden z występów). „Fizycznie mam jakąś nieludzką siłę, ale emocjonalnie jestem absolutnie rozbita” – wyznała w niedawnym wywiadzie dla „Guardiana”, opowiadając o ciąży, w którą zaszła latem 2023 r.
Zanim komukolwiek o niej powiedziała, doszło do poronienia. Kilka dni później przed jednym z koncertów poczuła się fatalnie, ale wzięła ibuprofen i wyszła na scenę. Po występie okazało się, że jej ciąża była pozamaciczna, a ból, który odczuwała, wywołany był pęknięciem jajowodu. Z powodu wewnętrznego krwotoku otarła się o śmierć, ale już dziesięć dni później wróciła na trasę, do swojej „bezpiecznej przestrzeni”.
Teledysk do „Everybody Scream” wzmacnia przekaz piosenki. Artystka ponownie wciela się w rolę szamanki: gotycka, ekstatyczna, pełna rytualnego transu. Jest jednocześnie niebezpieczna i uwodzicielska, przerażająca i pociągająca – prowokuje do krzyku i uwalnia emocje, pociągając widza w mroczną ekstazę.
Jak mogłabym was opuścić, kiedy krzyczycie moje imię?
Kilka lat temu podczas koncertu w Nowym Jorku, przed wykonaniem „Never Let Me Go”, wyznała: „Nie grałam tej piosenki, bo przypominała mi czas, gdy byłam bardzo młoda, bardzo smutna i bardzo pijana. Tak wyglądało ostatnich piętnaście lat mojego pisania: wszystko, co próbowałam od siebie odsunąć – każdą część, którą uważałam za połamaną albo zbyt chaotyczną – jeśli zamieniałam moje słabości w piosenkę, wy zamienialiście je w miłość i pozwalaliście zobaczyć mi mnie samą w innym świetle”. W najnowszym singlu dodaje wers, który tłumaczy, dlaczego nie może, nie potrafi albo nie chce zejść ze sceny: „Ale jak mogłabym was opuścić, kiedy wy krzyczycie moje imię?”.
Welch zawsze opowiada o sobie, ale zarazem ubiera własne historie w uniwersalne prawdy. Jej piosenki bywają zachętą, by znaleźć odwagę, aby coś zmienić, podjąć ryzyko, działać. Tak jest i tym razem – „Everybody Scream” to nie tylko rozliczenie z życiem na scenie, ale też hymn o pasji. Pasji, która – choć kosztuje – potrafi ponieść nas daleko. Nieważne, czy koncertujesz dla setek tysięcy osób, czy gotujesz dla garstki przyjaciół. Brzmi to oczywiście banalnie, na szczęście Welch potrafi ubrać tego typu frazesy w słowa tak, że chce się je uznać za własne życiowe motto.
Florence and the Machine zagrają w Krakowie 7 marca 2026 r.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















