Zdjęcia urodzinowe Wojciecha Plewińskiego

Zaczęło się w roku 1966. Postanowiłem, że w dzień urodzin każdego kolejnego roku będę robił sobie zdjęcia z przodu, z boku, z tyłu. Chciałem odnotować fizyczną degrengoladę człowieka, który nieuchronnie podlega procesowi starzenia się.
Wojciech Plewiński
Fot. Grażyna Makara

KATARZYNA KUBISIOWSKA: Ile wykonał Pan autoportretów?

WOJCIECH PLEWIŃSKI: Pięćdziesiąt pięć. Nie wszystkie wykonałem sam, czasami ktoś inny trzymał aparat. Na jednym zdjęciu wychodzę z groty jak małpa, na innym wynurzam się z jeziora jak potwór z Loch Ness. A zaczęło się w roku 1966. Postanowiłem, że w dzień urodzin każdego kolejnego roku będę robił sobie zdjęcia z przodu, z boku, z tyłu.

Jak do policyjnej kartoteki?

Katalogowo, dokumentacyjne. Chciałem odnotować fizyczną degrengoladę człowieka, który nieuchronnie podlega procesowi starzenia się. Gdy zaczynałem ten cykl, wydawało mi się, że pociągnę co najwyżej do siedemdziesiątki. Maksimum: siedemdziesiąt dwa. Dalej moja wyobraźnia nie sięgała. A jeśli dożyję, to 31 sierpnia skończę dziewięćdziesiąt pięć lat. I zrobię sobie pięćdziesiąte siódme zdjęcie.

Kiedy patrzę na Pana, ostatnim słowem, które przyszłoby mi do głowy, jest „degrengolada”.

Możemy iść do mojego gabinetu, to pani pokażę ten cykl, który nazwałem „Urodzinowe”. Tylko ostrzegam: na tych zdjęciach jestem kompletnie nieubrany. To są akty. Ze wstydem to ja mam właściwie małe kłopoty. Jako płetwonurkowie na wakacje jeździliśmy ze znajomymi do Chorwacji czy Grecji i non stop – miesiąc, półtora, dwa – po obozowisku chodziliśmy nadzy. Nikomu to nie przeszkadzało. Kiedy obok naszych namiotów przechodziła ubrana dziewczyna, to wszyscy gapili się w zadziwieniu, jak na przybyszkę z innej planety.

No dobrze, ale jak Pan to robi, że tak świetnie wygląda?

Dzień w dzień ćwiczę. Widzi pani tę matę? I te dwuipółkilogramowe hantle? Robię szereg ćwiczeń na ręce – takie, śmakie. Potem kładę się i wykonuję ćwiczenia rozciągające. Do tego rozmaite brzuszki itp., itd. 25 minut, góra pół godziny. Uzależniłem się od tego psychicznie i fizycznie. Jeśli dwa, trzy dni jestem w podróży i nie mogę ćwiczyć, to czuję się kompletnie rozwalony.

Co oprócz ćwiczeń?

Teraz kije. Chodzę na czterech nogach. Staram się zrobić dziennie około czterech kilometrów. Jeśli jestem w Rożnowie, gdzie bywam raz na jakiś czas od kilkudziesięciu lat i gdzie nie ma niczego równego, tylko wszystko krzywe, to z kijami wchodzę także do wody. Ostatnio popływałem w masce z fają. Patrzę w dół i obserwuję układ dna. To tak, jakby szybować nad górskim pejzażem.

Pływa Pan od dziecka?

Mój ojciec świetnie pływał, zrobił uprawnienia, miał biały czepek z czerwonym pasem. Co oznaczało, że mógł pływać wszędzie. W roku 1938 spędzaliśmy wakacje w Siemakowcach, w majątku powinowatej ciotki. I chodziliśmy nad Prut. Tam było zakole – dość spora głębia. Ale nurt spokojny. Ojciec moją siostrę Bożenę uczył pływać: stali w jednym miejscu, on ją trzymał w pasie, w pewnym momencie puszczał, ona piszczała. A ja próbowałem podpłynąć do nich rozpaczliwym pieskiem – wynosiło mnie na brzeg, wychodziłem, lecz kamienie, kiedy świeciło słońce, były do tego stopnia rozpalone, że skakałem po kępach trawy i wysepkach piachu, by dobiec z powrotem do wody. W ten sposób potrafiłem bawić się w nieskończoność. Kiedyś ojciec z Bożenką poszli na jeszcze głębszą wodę, a ja ich opłynąłem w kółko. I to był mój egzamin pływacki.

Miał Pan 10 lat.

A po wojnie zaczęły się kajaki. W roku 1946, wracając z harcerzami ze zlotu młodzieżowego w Szczecinie, zatrzymaliśmy się we Wrocławiu. I z kolegami zawędrowaliśmy do przystani poniemieckiej. To były dwie gigantyczne hale, gdzie na regałach stały kajaki składaki. A na podłodze leżały luzem kajaki gumowo-płócienne. Do jednego nawet wlazłem, zasnąłem kamiennym snem. Po pewnym czasie wróciłem tam i zabrałem, według mojej oceny, najlepszy kajak: składak firmy Kette. I na tym kajaku popłynąłem Dunajcem. A tam stare repy – wtedy tak się mówiło na międzywojennych kajakarzy – kiedy zobaczyli mnie w tym kajaku, mówią: „Pan wie, co ma? To świetny sprzęt. Kiedyś nasze marzenie”.

Okazało się, że Kette to było nazwisko Niemca, fabrykanta mebli giętych. Ten człowiek zachwycił się kajakarstwem. W rezultacie zaprojektował i wyprodukował kajak, który wewnątrz miał dużo miejsca, co dawało i pojemność, i łatwość pakowania. Sam Kette był potężnym facetem z wielkim brzuchem, zapewne jego gabaryty musiały wpłynąć na formę kajaka. Kette długo mi służył, pływałem nim jeszcze na początku lat 60.

Na jakich rzekach?

Brda i Wda. Wisła, ale ten odcinek do Sandomierza, on jest najciekawszy. Bo w sumie Wisła jest nudna i brudna, a przede wszystkim za szeroka. Były też Czarna Hańcza, Nida, Biała Nida, Czarna Nida. A najpiękniejsze są rzeki wschodnie: Biebrza i Narew. Dzikie, meandrujące, w latach 50. i 60. mocno zarybione. I ludzie tam serdeczniejsi, bardziej otwarci.

W Krakowie w tamtych latach stworzyło się mocne środowisko kajakowe. Ton nadawali kajakarze przedwojenni. Były możliwości: wojna miasta nie zniszczyła, można było oddać się kajakowaniu. W przeciwieństwie do Warszawy, gdzie ludzka energia szła na jej odbudowę.

Z kim Pan pływał?

W różnych konfiguracjach towarzyskich dziewięć razy płynęliśmy Dunajcem. Jeździliśmy na raty. Ktoś prowadził auto, potem się wsadzał na jakiś odcinek do przepłynięcia, dalej znowu wsiadał i odbywała się zamiana: ktoś inny płynął, a ten siedział za kierownicą.

A na Mazurach byłem z Janem Józefem Szczepańskim, jego też ogromnie cieszyła woda. Jan był dobrze zbudowany, opanowany, wytrwały. Bo już dla Jerzego Turowicza kajakowanie to był inny świat. W sierpniu 1956 r. zrobiliśmy razem spływ kajakowy po jeziorach mazurskich. Odnosiłem wrażenie, że Jerzy, milczący i łypiący spod oka, właściwie zniża się do naszego rozentuzjazmowania wodą. On preferował wypoczynek z książką.

A nurkowanie?

W pewnym momencie wyparło resztę sportów.

Zaczęło się w Rożnowie z początkiem lat 50. Należałem do Klubu Turystyki Podwodnej, prawdopodobnie pierwszego w Polsce klubu swobodnego nurkowania. Wynajmowaliśmy basen i ćwiczyliśmy przedmuchiwanie nosa czy nurkowanie na bezdechu. Potem było Jezioro Rożnowskie. Jak schodziłem pięć metrów, to byłem kompletnie wypruty. Dalej progiem było dziesięć metrów. A po dwóch tygodniach uznawałem to za płyciznę – granicę wydolności organizmu da się przesuwać. Ważne jest i to, by pokonywać strach, który pod wodą stanowi barierę. Zazwyczaj schodziłem do osiemnastki. Rekord życiowy to dwadzieścia pięć metrów, ale to już w akwenach ciepłych, gdzieś w Grecji czy dawnej Jugosławii.

Skąd w latach 50. brało się sprzęt?

Kombinowało się. Wówczas nie było namiotów, tylko płachty z demobilu. Lub niemieckie panterki z dziurką na maszt. A materac robiliśmy w ten sposób: szyło się dwuwarstwowy worek z przeszytymi kanałami na całej długości. W te kanały wkładało się dętki rowerowe, pompowało, dało się na czymś takim wyspać.

Jestem pod wrażeniem.

Piankę sprowadzaliśmy najczęściej z Wiednia. Umawialiśmy się w kilka osób i kupowaliśmy całe jej bele – szerokie płachty z wyściółką. Mieliśmy formy do konstrukcji kurtek i portek. Sami to wycinaliśmy, kleiliśmy, sprawdzało się pod wodą, jakieś pozostałości plączą się nadal po domu.

Później zaczęliśmy jeździć za granicę, można tam było coś skompletować ze sprzętu. Lecz same przygotowania do takiej eskapady ruszały kilka miesięcy wcześniej. Gromadziliśmy wszystko to, co wiedzieliśmy, że się przyda: od sznurka, przez zapasy benzyny, po menażki, palniki, weki. Liczyliśmy, ile jajek dziennie zużyjemy. Trzeba było od chłopa kupić świeże, co za komuny nie było proste. I dalej wiozło się je w upale tysiąc kilometrów autem bez klimatyzacji. Opracowaliśmy technikę ochronną: gromadziliśmy tekturowe wytłoczki na jajka oraz czarny papier z opakowań papieru fotograficznego. Każde z osobna jajo zawijało się w gazetę, wkładało się do wytłoczki i raz jeszcze zawijało papierem fotograficznym.

Za granicą nawet kawa w kafejce nie była na nasze kieszenie. I to było coś! Przygoda na łonie natury wymagała wysiłku. Kapitalizm to zniszczył.

To argument za tym, że za komuny bywało przyjemnie?

Te wszystkie wyprawy to było odcięcie się od PRL-u, ucieczka w świat, gdzie nie rządzi ideologia, partia, towarzysze. Kompletnie nas to tam nie obchodziło. Im gorzej, tym lepiej, im trudniej, tym intensywniej. Cieszyliśmy się każdą znalezioną muszlą, każdym widokiem, każdym wschodem słońca, każdym zejściem pod wodę, każdą zobaczoną rybą. Ten stan ducha trudno wytłumaczyć dzisiejszym ludziom, którzy znają tylko świat otwartych granic i mają na koncie bankowym wystarczające środki, by pojechać, kiedy chcą, gdzie chcą i na jak długo chcą. A wtedy, kiedy myśmy na zachodnie wybrzeża przypływali marną łódką, obok której cumowały luksusowe jachty, to nie było w nas grama zazdrości. Prawdę powiedziawszy, nabijaliśmy się, że zagraniczniacy na pokładzie mają nawet kucharza. Poza tym myśmy już wtedy sprzątali po sobie, nie hałasowaliśmy, byliśmy ekologiczni.

I dlatego wyjątkowi?

Czuliśmy się bohaterami, którzy wywalczyli swoje szczęście. Naszym atutem było to, że potrafiliśmy się z każdym dogadać. Nieraz przecież biwakowaliśmy na dziko, byliśmy na celowniku wszelkich służb porządkowych. Kiedy ­jeździliśmy do Jugosławii, jeszcze rządzonej przez Tito, ­mieliśmy bardzo dobre układy z tamtejszą milicją, która przymykała na nas oko. A trzepała hardych i bezczelnych Francuzów, którzy nie umieli negocjować jak Polacy. Jak to robiliśmy? W obozowisku mieliśmy przygotowaną kawkę, ciasteczko, stołeczek, stoliczek i leciała gadka z mundurowymi. O czym? Oczywiście o partyzantach. To działało zawsze. Ty partyzant, ja partyzant, my bili Germańca i wy też.

Ciekawi mnie ta wspomniana marna łódka.

Orka 2. W latach 70. marynarka wojenna podarowała ją Klubowi Turystyki Podwodnej. To była łódź – długa, płaskodenna, podszyta wyjątkowo odporną sklejką – stworzona do desantu na Normandię w trakcie D-Day. Ze Szczecina mieliśmy ją przetransportować do Splitu. Lecz okazało się to trudne: łódź nie mieściła się na lorach i na miejsce płynęła okrężną drogą. A myśmy dwa tygodnie jak durni czekali na koszmarnym kempingu znajdującym się na terenie miejskiego parku. Ale jak już dopłynęła, przebudowaliśmy ją i od tego momentu zaczął się prawdziwy wodny czas z rozmaitymi przygodami.

Opowie Pan?

Nie wiem, czy pani chce tego słuchać, bo to mrozi krew w żyłach.

Tym bardziej.

Działo się to na wodach otaczających wyspę Brač. Z naszej Orki widzimy łódeczkę, a w niej miejscowego rybaka i zapłakaną panią z dwójką dzieci. Podpływają do nas i pytają, czy pomożemy szukać męża tej pani. Okazało się, że to byli naukowcy z Uniwersytetu Wiedeńskiego, prowadzili badania nad roślinnością przybrzeżną. Z butlami nurkowali razem – pod wodę nie wolno schodzić samemu, to sprawa bezpieczeństwa. Tego dnia panią rozbolała głowa, coś nie tak też było z ustnikiem, wynurzyła się, mąż sam został pod wodą z powietrzem na 20 minut. A od rozstania minęła godzina. Skrzyknęliśmy się, bierzemy się do działania, przeczesujemy teren – na bezdechu schodzimy 10 metrów. W pewnym momencie jeden z kolegów macha ręką, daje znak, że znalazł. Podpływamy. On mówi, że na głębokości 40 metrów widzi nogę z cytrynowo-żółtą płetwą sterczącą w górze, reszta ciała znikła w skałach. Ten kolega założył butlę i zdecydował się zejść po mężczyznę. Kolega nie był widoczny, to jednak głębina. W pewnym momencie zobaczyliśmy, że holuje człowieka. Zanurkowałem na 15 metrów, chciałem pomóc, woda przecież stawia opór. Widzę, że z ust tego człowieka idą bańki. Błysk nadziei: żyje. Ale równocześnie chwytam go za rękę i czuję, że jest sztywna, nie da się już jej odgiąć. Te bańki to było powietrze, które wydobywało się w wyniku dekompensacji – usuwania gazów. Wyciągnęliśmy trupa, położyliśmy na deku Orki, nakryliśmy prześcieradłem, białą flagę spuściliśmy na pół masztu, co oznacza żałobę.

Nie zapaliła się Panu czerwona lampka?

Nurkowałem z grupą ludzi nieustannie nastawionych na ryzyko. Ryzyko zaczynające się od tego, ile pod wodą wytrzymam na bezdechu. Nurkowanie jest jak narkotyk.

Tak uzależnia?

Pod wodą następuje maksymalna koncentracja. Każdy ułamek sekundy ma ogromną gęstość, skondensowane ­przeżycie. To, co podwodne, bije na głowę wszystko to, co nadwodne. Za tym się tęskni, to się śni.

Śni?

Jak sen na jawie wygląda pod wodą samo przewrócenie się do góry i patrzenie na powierzchnię – srebrną i rozmigotaną blachę rozpościerającą się nad człowiekiem. Są skały, uskoki, wgłębienia, zakamarki. I groty z „gotyckimi” sklepieniami, uwielbiam je zwiedzać. Kiedyś w nocy z latarką poszedłem głęboko w dół. Zauważyłem poziomą szczelinę – przestrzeń pod ścianą. Chcę zobaczyć, co jest po drugiej stronie. Wpływam w czarną czeluść, po jakimś czasie chcę wracać, ale nie wiem, jak daleko do wyjścia groty. Najpierw panika, potem opanowanie – jeszcze mogłem z maski pociągnąć pół oddechu. Płynę, płynę, płynę, w końcu widzę, że skała załamuje się pod kątem, więc ładuję w górę i dociera do mnie, że nie uda mi się dotrzeć na powierzchnię. To klasyczny błąd: doświadczeni nurkowie nie giną na dole, tylko na ostatnim metrze, jeśli nie zdążą wypluć fajki i złapać haustu powietrza. Mimo że byłem zamroczony, wypłynąłem, złapałem oddech.

Naprawdę warto tak ryzykować?

A wie pani, ile to adrenaliny? Ile zwrotów akcji? Ile przygód? Pod koniec lat 70. przeszedłem poważną operację kręgosłupa, pod znakiem zapytania stanęła moja pełna sprawność. Uznałem, że powinienem teraz z życia skorzystać maksymalnie. I wziąłem udział w wyprawie nad Morze Czerwone. A tam rafa koralowa – ściana kolorów, bajeczna mozaika, pełna ukwiałów. Przy brzegu widać jej szczyty.

A nasz Bałtyk?

Zimny, mała przejrzystość, piaszczyste dno – kiedyś z dużą ilością wraków. Mnie to nie pociąga. Wolę dziwne formy skał i bogactwo przyrody.

Czyli ten Rożnów?

Kiedyś pływały w nim leszcze, szczupaki, karpie. Pewnej nocy schodzę pod wodę z latarką i widzę przewróconą brzozę z cieniutkimi gałązkami, na których w różnych pozach wisi sześć, siedem węgorzy. Srebrzą się w świetle latarki niczym łańcuch na świątecznej choince. I nagle, w ułamku sekundy, spadają i znikają w głębinie.

Inne podwodne spotkania?

W Grecji z jednej strony ja opływałem blok skalny, a z drugiej strony to samo robiła foka. W pewnym momencie zderzyliśmy się pyskami. Oboje znieruchomieliśmy. Ona śliczna: eleganckie wąsiki i przenikliwe oczy. Po sekundzie prysnęła. W czasie tego samego pobytu zobaczyłem z łódki duże stworzenia, prawdopodobnie walenie. Zgasiłem motor, chwyciłem za maskę i płetwy, dałem nura. Wielkie stworzenia, trzy, cztery metry długości, spłaszczone pyski, brzuchy białosrebrne. Jedno z nich zawróciło, spojrzało mi w oczy, przeszły mnie ciarki, mogło mnie przecież potraktować zupełnie inaczej.

Albo taka sytuacja: rano, po obudzeniu, natychmiast chlup do wody i w płetwach i masce z fają płynę wzdłuż brzegu. Ciach, ciach, ciach, a tu widzę, że kontrkursem, minimalne głębiej, sunie płaszczka. Ogromna manta z falującymi płetwami i trującym kolcem. Obłędnie piękna, z gębusią jakby się uśmiechała. Robimy rundkę oglądając się wzajemnie.

Wodne sporty zdominowały pozostałe?

Było też żeglarstwo i windsurfing.

Ale i wspinaczka oraz rajdy samochodowe. Raz balonem leciałem – w górze panuje kompletna cisza, w której wybrzmiewa każdy najdalszy dźwięk z dołu, włącznie z szuraniem po ziemi łańcuchem, na którym pies jest uwiązany do budy, czy podniesione głosy kłócących się małżonków w domu.

A w latach 70. i 80. biegałem. Teraz wszyscy to robią, wtedy nikt. Mieszkałem wówczas przy Senatorskiej, robiłem trasę wzdłuż Rudawy i Błoń. Nawet stan wojenny mnie nie powstrzymał. Raz jest późny wieczór, trwa godzina milicyjna, biegnę prosto na patrol, który rozstępuje się bez słowa i przepuszcza mnie dalej. W sumie miły obraz. To moje bieganie ówczesne zastąpiły wspomniane kije.

A w latach 90. zaczęło się wariactwo z rowerami górskimi, często jeździłem na wyprawy w Pieniny. I szkoda, że bardziej nie przyłożyłem się do nart, powinienem je szlifować. Byłem amatorem, nie ukończyłem żadnego kursu. Zaczynałem na bosych nartach – nieokutych. Narciarstwo dynamicznie się wówczas rozwijało, a związane to było z udoskonalonymi butami, techniką wiązania i bezpieczników. W pewnym momencie przestałem to śledzić.

Kiedy Pana słucham, zastanawiam, kiedy Pan miał czas, by zrobić tych kilka tysięcy zdjęć.

A ja się zastanawiam, dlaczego jeszcze bardziej nie oddałem się sportom. Tego trochę żałuję.

Serio?

Zszywałem życie z kawałków. I zawsze najważniejszy był plan wyjazdu, to mnie trzymało w garści. Jednocześnie musiałem wywiązywać się ze zobowiązań zawodowych. Te dwie płaszczyzny zachodziły na siebie. Emocjonalnie istotniejsze były podróże i sporty, ale równolegle mrówczą robotę wykonywałem w ciemni, pochłaniającej masę czasu. Istotne jest i to, że zawód fotografa wymaga cech sportowca. Kondycja, wytrzymałość, sprawność są tu przydatne. Prawdę powiedziawszy, popisywałem się, kiedy robiłem zdjęcia w teatrze. Scena jest dość wysoka. Kładę na niej ręce i hop – jednym susem – jestem na górze. Wszyscy inni – dyrektorzy, reżyserzy, kompozytorzy – drepczą naokoło. W fotografii chodzi o refleks. Trzeba działać szybko, by znaleźć się w optymalnym miejscu. I mieć dobry kadr – zdążyć uchwycić najlepszy moment. ©

Zdjęcia urodzinowe

WOJCIECH PLEWIŃSKI (ur. 1928) jest fotografem. Przez 45 lat związany z tygodnikiem „Przekrój” (ponad 500 okładek) i z teatrami (ponad 800 fotografii). Portrecista i reportażysta. W 2011 r. ukazał się jego album „Szkice z kultury” – portrety ludzi sztuki i kultury oraz wybór zdjęć teatralnych. Autor wspomnień „Migawki” (Znak 2016). Pod adresem wojciechplewinski.com można oglądać wirtualną wystawę prezentującą jego najciekawsze dokonania. Składa się na nią 13 cykli (od 1957 do 2003 r.) wybranych z gigantycznego dorobku. Mieszka w Krakowie.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka działów Kultura i Reportaż. Biografka Jerzego Pilcha, Danuty Szaflarskiej, Jerzego Vetulaniego. Autorka m.in. rozmowy rzeki z Wojciechem Mannem „Głos” i wyboru rozmów z ludźmi kultury „Blisko, bliżej”. W maju 2023 r. ukazała się jej książka „Kora… więcej
Szefowa działu fotoedycji w „Tygodniku Powszechnym”. Fotografka i fotoedytorka, za swoją pracę dwukrotnie nominowana do Grand Press Photo, laureatka tej nagrody w kategorii Środowisko 2020. Portrecistka,  Autorka fotoreportaży z obozów dla uchodźców w… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 34/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Zdjęcia urodzinowe