Co niedzielę idziemy na mszę, a może i do komunii. Bezdennie obojętni

Mówimy „Ojcze nasz” i patrzymy w sufit. Podchodzimy do wspólnego stołu, a po powrocie na miejsce chowamy twarz w dłoniach „dla głębszego skupienia”.
Czyta się kilka minut
O. Wacław Oszajca SJ // Fot. Grażyna Makara
O. Wacław Oszajca SJ // Fot. Grażyna Makara

Prorok Amos mówił do sobie współczesnych przewódców religijno-politycznych, a dzisiaj mówi do nas: „Biada beztroskim (…) przywódcom pierwszego z narodów”, „Leżą na łożach z kości słoniowej i wylegują się na posłaniach, jedzą (…) Fałszywie śpiewają przy dźwiękach harfy (…) Piją wino z wielkich kielichów, najlepszymi olejkami się namaszczają i nie martwią się wcale upadkiem domu Józefa”.

Twarda mowa. Nie ulegajmy pokusie przekierowania jej na adres tych, z którymi nam nie po drodze. Zwłaszcza tych, którym wypominamy, że powinni co niedziela, pod groźbą grzechu ciężkiego, stawiać się na mszy, bo przecież liturgia jest źródłem i szczytem życia Kościoła. Sobie zaś, przyznajmy, niechętnie i z rzadka przypominamy, że: „życie duchowe nie ogranicza się jednak do udziału w samej liturgii”, a chrześcijanin „winien modlić się nieustannie”, co nie oznacza, że musi wciąż szeptać wyuczone formułki. Mówiąc za Amosem – chodzi o nastawienie do rzeczywistości, o naszą mentalność, o to, jakiego ducha ona jest.

Prorok Amos, widać to wyraźnie, piętnuje jemu współczesnych przywódców za to, że „nie martwią się wcale upadkiem domu Józefa”. Tym domem nie od dzisiaj są również chrześcijanie, przez Chrystusa włączeni do Ludu Bożego. Wygląda na to, że my też za mało troszczymy się o ten dom, czyli o siebie nawzajem. Albo wcale. Świadczą o tym perypetie z pozornie małym szczegółem liturgii, jakim jest przekazanie znaku pokoju. 

Najpierw było podawanie ręki, potem szeptanie: „Pokój nam wszystkim”, teraz zostały pokłony. I bywa tak, że niektórzy klęczą już, zanim usłyszą: „Przekażcie sobie znak pokoju”. Żeby tylko tej ręki nie podać, bo to ich „rozprasza” albo narusza świętość mszy. Bo jeśli jest już tak, że najlepiej czujemy się i modlimy w pustym kościele, to znaczy, żeśmy się z tego Kościoła wypisali. 

No bo skoro trzymamy się na dystans, to nie jesteśmy dla siebie siostrami i braćmi. Jesteśmy może w jednym miejscu, ale na pewno nie razem. Mówimy „Ojcze nasz”, ale patrzymy w sufit. Zasiadamy do wspólnego „eucharystycznego stołu”, ale wróciwszy na swoje miejsce, chowamy twarz w dłoniach dla „głębszego skupienia”.

Zamiast garnąć się do siebie, od siebie uciekamy i nie zauważamy, że w każdą niedzielę dołączamy do owych beztroskich biesiadników. Szczęśliwych, bo bezdennie obojętnych.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Szczęśliwi obojętni