Co ma wspólnego książka tegorocznej noblistki z „Teksańską masakrą piłą mechaniczną”?

Wbrew tytułowi, wegetarianizm nie jest przedmiotem książki Han Kang, a jednak mimochodem służy za głos w rozterkach każdego z nas, wszystkożerców, którzy nie umieją przestać być świadomi, jak wygląda przemysłowa produkcja mięsa czy mleka.
Czyta się kilka minut
Fot. PotaeRin / Shutterstock
Fot. PotaeRin / Shutterstock

Trzydzieści trzy do jednego obstawiali klienci sieci bukmacherskich, że literackiego Nobla dostanie Ryszard Krynicki. Nieźle, bo to wedle hazardzistów tylko o połowę mniej niemożliwe zdarzenie niż nagroda dla Thomasa Pynchona lub Margaret Atwood (oboje 16/1). Albo dla wiecznego prawie-laureata Harukiego Murakamiego, którego od nie wiem już ilu lat wciąż się obstawia w pierwszej trójce. Ale dobrze wiemy, ile są warte listy pewniaków, nie tylko przed konklawe. Nieźle, jako się rzekło, tym bardziej że dokładnie takie same notowania jak nasz poeta miała jeszcze tydzień temu faktycznie nagrodzona pisarka z Korei.

A zatem Kraków nie jest wcale bez szans, jednak będzie musiał zaczekać. Tymczasem powitajmy Han Kang serdecznie w progach naszej kuchni – jej talent oraz szczerozłoty medal przychodzi nam w sukurs w idealnym momencie, bo i tak się zbierałem, by pisać o wegetarianizmie. Jedna z jej książek bowiem, przełożona na polski, nosi tytuł „Wegetarianka”. Bohaterka pod wpływem krwawego snu stawia czoło światu, wyrzucając z kuchni wszystko, co pochodzi od zwierząt. „Na kolację żona podała jedynie liście sałaty, pastę sojową, kimchi i wodnistą zupę z wodorostów” – notuje jej mąż, narrator pierwszej części. Wcale bym się nie obraził za taki posiłek, ale w literackiej rodzinie budzi to zdumienie i zażenowanie (no, zwariowała dziewczyna!).

Nie brnijmy dalej w streszczenia, przeczytajcie koniecznie. Powiedzmy tylko, że perswazja odsłania rozleglejsze struktury ucisku, a dalszy bunt prowadzi do konsekwencji bardziej dramatycznych niż awantura przy obiedzie. Pomimo wybicia w tytule, wegetarianizm nie jest przedmiotem tej książki, a jednak mimochodem będzie służyć za głos w wewnętrznych rozterkach każdego z nas, wszystkożerców, którzy nie umieją przestać być świadomi, jak wygląda przemysłowa produkcja mięsa czy mleka. Głos cichy, ale np. moją duszę przewiał znacznie silniejszym etycznym niepokojem niż dowolny film dokumentalny nakręcony tak, żeby od razu wbić mnie w poczucie winy.

Kiedy sumienie staje naprzeciw przyzwyczajeniom i potrzebom, kiedy okazujemy się wewnętrznie sprzeczni, może w ogóle działają na nas argumenty nie wprost? Pierwotnym tematem dzisiejszej rubryczki miało być okrągłe półwiecze od premiery „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” – mowa o pierwszym, kultowym filmie Tobe’a Hoopera, a nie o śmieciowych sequelach i przeróbkach.

Streszczać nie muszę, poza tym siłą tego filmu wcale nie są dające się opisać słownie detale rzezi (których po prostu tam nie ma), tylko atmosfera, tło, napięcie, odgłosy i spojrzenia. I teraz się okazuje, że ten cały aparat horroru, który sprawia, że się w kinie trzymamy fotela spoconymi dłońmi, niósł przy okazji nie tylko – jak wskazywali krytycy – głos przeciwko zdziczeniu Ameryki kryzysowych lat po Wietnamie i Watergate. Stanowi też (czy świadomie? – reżyser w wywiadach kluczył) skuteczne narzędzie perswazji wegetariańskiej.

Potworem w filmie jest wszak były rzeźnik i nie brakuje momentów, w którym kanibalskie okropności są zestawione z zabijaniem i jedzeniem świń. Bardzo wpływowa organizacja prozwierzęca PETA uwzględniła „Masakrę” na liście dziesięciu filmów, które mogą zniechęcić do mięsa obok „Babe” czy „Delicatessen” albo nieskutecznych dla mnie agitek typu „Super Size Me”. Istnieją też różne świadectwa osób z branży filmowej i nie tylko, idące w tym kierunku, i w literaturze „branżowej” wartość tego dzieła dla wegetarianizmu jest uznawana za pewnik. „Zmieńmy temat, lubię mięso” – prosi filmowa Sally, gdy rozmowa w filmie schodzi na zdzieranie skóry ze świń, zanim na dobre zostaną zabite. Temat rozmowy można łatwo zmienić. Sceny, dobre sceny, godne Nobla czy Oscara, mimochodem zostają.

Pasta z radicchio i orzechów

A gdzie by tu dostać dobre kimchi? Tylko nie bardzo ostre: niechęć do kapsaicyny w dużych dawkach przeszkadza mi cieszyć się tym koreańskim zimowym jedzeniem, a lenistwo utrudnia robienie go w domu w wersji nieostrej. Adresy warszawskie lub krakowskie mile widziane! W mojej zimowej diecie rolę taką, jak kapusta pekińska dla Koreańczyków, pełni oczywiście radicchio, którego zalety w postaci krótko duszonej na patelni nieraz już tu głosiłem. A wiecie, że dobrze wychodzą z niego pasty np. do grzanek?

  • 1 główka radicchio
  • 70-80 g orzechów włoskich
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 łyżki tartego parmezanu
  • oliwa
  • sól
  • pieprz

Zaczynamy miksować pokrojone listki, dodajemy czosnek (ilość sami musimy wyczuć), orzechy, na koniec ser i oliwę. Byle miksować krótko – tyle, żeby się jako tako połączyło. I nie przesadzić z oliwą – dać jej tyle, żeby związała całość. Jeśli jest dobra i intensywna, może przykryć inne smaki.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Mimochodem