No to mamy w Kościele rewolucję. A raczej możemy ją mieć, jeśli zasadnicza idea wyrażona w Dokumencie końcowym Synodu o synodalności „stanie się ciałem”, czyli zrealizuje się w konkretnych wspólnotach katolickich na świecie. Choć istnieje spore prawdopodobieństwo, że żadnej rewolucji nie będzie, a ów końcowy dokument pozostanie jednym z wielu mało znanych rozdziałów „Acta Apostolicae Saedis” (wiecie, co to za tytuł? no właśnie…).
Moja wątpliwość, czy do synodalnej rewolucji dojdzie, bierze się z dwóch powodów. Po pierwsze – paradoksalnie – właśnie z jej radykalnie rewolucyjnego charakteru: przebieg Synodu o synodalności oraz treść jego Dokumentu końcowego pokazują bowiem, jak bardzo synodalność była nieobecna w tradycyjnej postaci katolicyzmu, jak jest od niej odległa, a zatem jak wielką zmianą byłoby jej wprowadzenie. Drugim powodem wątpliwości, czy coś się w Kościele katolickim pod wpływem tego synodu zmieni, jest zaś fakt, że za owym rewolucyjnym dokumentem nie stoi żadna siła, która wspierałaby wprowadzenie w życie zawartych w nim idei (np. siła prawa, które kształtuje kościelne instytucje).
Kościół z naszych marzeń
Wyobraźcie sobie Kościół, w którym wszyscy od dziecka jesteśmy uczeni kontemplacyjnej modlitwy, uważnego słuchania siebie nawzajem, otwartości na różnorodność i szukania porozumienia z szacunkiem dla każdej uczestniczki i każdego uczestnika sporu (w sytuacjach, w których spór się pojawia). Wyobraźcie sobie, że w tym Kościele każda i każdy może wypowiedzieć swoje zdanie, nawet jeśli różni się ono w fundamentalnych kwestiach od zdania większości lub od poglądów liderek i liderów grupy – i każda/każdy może ufać, że jej/jego zdanie będzie przyjęte z szacunkiem i uwzględnione w procesie podejmowania decyzji.
Wyobraźcie sobie Kościół, w którym wszelkie ważne decyzje podejmowane są w taki, mniej więcej, sposób: wszystkie osoby z danej wspólnoty, której owa decyzja dotyczy, zapraszane są do wypowiedzenia swojego zdania i wysłuchania zdania innych; jedna z osób ma za zadanie wysłuchanie, czy w wybrzmiewających głosach nie pojawia się jakiś konsensus, sformułowanie tego, co słyszy jako przestrzeń zgody, i przedstawienie pozostałym – czy rozpoznają się w tym usłyszanym konsensusie, czy nie. Cały proces wzajemnego słuchania (tak, słuchanie jest fundamentalne!) ma na celu wypracowanie rozwiązania, z którym zgodzić się mogliby wszyscy.
Wyobraźcie sobie, że nawet w sytuacjach, w których to jedna osoba (jakiś „przełożony” grupy) ma prawo podjąć ostateczną decyzję, to ów „przełożony” uformowany jest tak, że szczerze słucha zdania wszystkich członków wspólnoty, a swoją decyzję (zwłaszcza jeśli odbiega od głosów, które we wspólnocie dominują) musi uzasadnić wobec wszystkich, po jakimś czasie zaś skutki tej decyzji podlegają ocenie tych, których dotyczyły. Wyobraźcie sobie Kościół, w którym każdy ważny proces decyzyjny jest dla wszystkich transparentny.
Wyobraźcie też sobie Kościół, w którym wierni mają wpływ na to, kto będzie ich biskupem (a także proboszczem), w którym płeć nie ma wpływu na możliwość zajmowania decyzyjnych stanowisk we wspólnocie, w którym kobiety mogą być diakonisami, w którym posługa towarzyszenia (nie: kierownictwa!) duchowego zależna jest nie od święceń, lecz od duchowego doświadczenia i umiejętności słuchania.
Wyobraźcie sobie, że w Kościele powszechnym realizowana jest zasada pomocniczości (znana z katolickiej nauki społecznej): to, co może być wypracowane na niższym szczeblu, nie jest narzucane z góry; poszczególne wspólnoty zachowują maksimum autonomii, rolą „góry” jest pomaganie tam, gdzie mniejsze grupy same sobie nie radzą, a nie narzucanie gotowych rozwiązań.
Gdzie w Kościele jest synodalność
Myślę, że są takie kościelne katolickie wspólnoty, które pasują do powyższego wyobrażenia. Ale myślę też, że nie ma ich wiele. Zapewne jest z tym różnie w różnych miejscach na świecie. Przyglądając się uważniej całemu procesowi synodalnemu, który trwał trzy lata, wydaje się, że Kościoły w Ameryce Łacińskiej i w niektórych krajach Europy Zachodniej (np. w Niemczech) są znacznie bardziej synodalne niż inne (do tych mniej synodalnych należy, niestety, także Kościół w Polsce).
Nawet jednak jeśli są miejsca na świecie, w których synodalność cechuje wiele katolickich wspólnot, dotychczasowa postać katolicyzmu – i jej ideowe, teologiczne uzasadnienie – dalekie są od wizji, która wyłania się z kart Dokumentu końcowego. Można nawet zauważyć, że tę odległość pomiędzy dominującą teologią i praktyką katolicką a zasadniczą ideą synodu widać w treści samego Dokumentu.
Napięcie ujawnia się najwyraźniej w miejscach, w których wspomniana jest hierarchiczna natura Kościoła. Już sam język, który mówi o „Pasterzach” (pisanych, nie wiadomo dlaczego, z wielkiej litery), którym „powierzona została część ludu Bożego”, nie pasuje do tych fragmentów, w których idea synodalności wiąże się z akcentowaniem całkowitej równości wszystkich osób tworzących wspólnotę Kościoła i wspólnie za nią odpowiedzialnych przez pełnienie różnych, ale wzajemnie uzupełniających się funkcji.
Problematyczny jest nie tylko zbyt enigmatyczny punkt 70., w którym napisano, że „Zgromadzenie Synodalne pragnie, by lud Boży miał większy głos w wyborze biskupa” – bez jakiejkolwiek dalszej sugestii, jak taki synodalny proces wyboru biskupa miałby wyglądać. Jeszcze bardziej znamienny jest fakt, że w rozdziałach poświęconych transparentności procesów decyzyjnych w Kościele nie ma ani słowa o całkowitym braku takiej transparentności w dotychczasowych procedurach mianowania biskupów ani jakiejkolwiek sugestii, że taką transparentność trzeba wprowadzić.
Nie ma też nic o transparentności procedur mianowania proboszczów i wikarych, ani – tym bardziej – o tym, że wierni mogliby (powinni?) mieć wpływ na to, kto jest ich bezpośrednim duszpasterzem. Innymi słowy – najbardziej problematyczny z punktu widzenia synodalności element struktury Kościoła – piramidalna, scentralizowana hierarchiczność – pozostał poza krytyczną refleksją Zgromadzenia Synodalnego.
Myślenie życzeniowe
Równie znamienny jest fakt, że Dokument końcowy Synodu wydaje się najbardziej dopracowany tam, gdzie mówi się o synodalnej duchowości. Fragmenty, które dotyczą tego, jak owa duchowość powinna wyrażać się w strukturach kościelnych instytucji, są natomiast bardzo ogólnikowe.
Tak na przykład: Dokument wiele mówi o jedności w różnorodności, a co za tym idzie: o tym, że poszczególne Kościoły lokalne powinny mieć jak najszerszą autonomię, poza tymi kwestiami, które muszą być określane na szczeblu powszechnym. Niestety, w Dokumencie nie znajdujemy niemal żadnych wskazówek, gdzie – zdaniem synodu – przebiega granica pomiędzy tymi rodzajami spraw.
Możemy w Dokumencie przeczytać sugestie konieczności zmian w prawie kanonicznym tak, by dostosować je do synodalnego charakteru Kościoła. Nie ma w nim jednak żadnych poważnych konkretnych propozycji takich zmian. Ocena zaś, gdzie aktualne prawo kościelne wspiera synodalność, wydaje się raczej przejawem myślenia życzeniowego, a nie rezultatem wnikliwej analizy.
Kto wprowadzi zmiany w Kościele?
W niektórych komentarzach okołosynodalnych można znaleźć pewne wyjaśnienie powyżej zarysowanej sytuacji – podkreśla się w nich mianowicie, że synod wytyczył pewien zasadniczy kierunek, a teraz odpowiednie instytucje watykańskie (np. dykasterie odpowiedzialne za prawo kanoniczne) będą tworzyć konkretne rozwiązania.
Być może tak właśnie będzie. Ale pokazuje to tylko, jak mało synodalny jest w tym momencie w rzeczywistości Kościół. Wszak zgodnie z zawartym w samym Dokumencie opisem synodalnego podejmowania decyzji, to nie odgórne instytucje (dykasterie czy nawet papież) powinny wypracowywać konkretne rozwiązania. One powinny być sformułowane w samym synodalnym procesie, papież (lub watykańskie urzędy, które działają w jego imieniu) powinien wchodzić do gry tylko w wyjątkowych przypadkach. Jeśli zatem teraz to papież lub jakaś dykasteria wprowadzi konkretne zmiany, będzie to przeciwieństwo synodalnego sposobu działania.
Nie da się bronić tej słabości synodalnego Dokumentu mówiąc, że konkretne rozwiązania wymagają spokojnego, długiego namysłu, który teraz będą mogły podjąć watykańskie urzędy, korzystając z pomocy specjalistów. Dokument końcowy jest bowiem efektem trzyletniego procesu, w którym brało udział wiele wspólnot oraz... wielu specjalistów z zakresu teologii czy prawa kanonicznego.
Słabość Dokumentu końcowego – czyli to, że brak w nim wielu konkretów, które pokazałyby, jak ogólna idea synodalności może się realizować w praktyce kościelnych wspólnot – jest, moim zdaniem, wynikiem tego, jak bardzo duchowość i praktyka synodalności odbiegają od dotychczasowej dominującej katolickiej mentalności i praktyki. Sama idea synodalności napotykała więc na znaczny opór w wielu miejscach Kościoła. Treść Dokumentu końcowego Synodu wydaje się zatem rezultatem kompromisu pomiędzy tymi, którzy chcieliby katolicyzmu synodalnego, a tymi, którym to sformułowanie wydaje się oksymoronem. Być może taki kompromis jest dziś przejawem synodalności.
Czy czeka nas zatem rewolucja w Kościele? Zobaczymy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















