Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Ciocia Ania z Polski

Ciocia Ania z Polski

26.03.2018
Czyta się kilka minut
„Kontakty z Polakami zmieniają nas. Nie tylko dzięki pomocy materialnej” – uważa Lena, ordynatorka ze szpitala psychiatrycznego w Donbasie. Korespondentka „Tygodnika” była tam już kolejny raz.
W szpitalu psychiatrycznym w Swatowie, 2018 r. MONIKA ANDRUSZEWSKA
Z

Z dziecięcą niecierpliwością zaglądają z korytarza, gdy pielęgniarki rozkładają na stołach przywiezione przez nas słodycze. Ci, którzy wiedzą już, co oznacza przybycie gości, podskakują z radości. Jeszcze bardziej cieszy ich widok zabawek.

Starszy mężczyzna chwyta największego misia i kryje się w pokoju. Tam schowa się przed światem, pod naciągniętą kołdrą.

Na pacjentach szpitala psychiatrycznego w Swatowie – to jeden z większych takich szpitali w Donbasie, położony w jego części kontrolowanej przez Ukrainę, kilkadziesiąt kilometrów od okupowanego Ługańska – nie robi już wrażenia trwająca wojna. Zdążyli zapomnieć, że może istnieć inny świat. Naśladują rozmowy, które słyszą. – Ile na Ukrainie kosztuje masło? Ile w Rosji? – porównują. – Żołnierze stojący w moim mieście mają lepszy sprzęt od twoich! – licytują się.

DOKTOR LENA, ordynatorka oddziału, opowiada, że jeszcze rok temu wszyscy śmiertelnie bali się fajerwerków. Za bardzo przypominały wojnę, eksplozje. Lena wspomina, że gdy noworoczną noc rozświetliły sztuczne ognie, wychodzili, aby popatrzeć. – Słabo walą – komentowali. – Jak strzela Grad, to dopiero widać! Kilka bum-bum i całe niebo płonie.

Lena pokazuje wysokiego chłopaka o nieruchomej twarzy. Bez emocji, grymasów.

Chłopak cierpi na głęboką amnezję, której przyczyn nie potrafią zdiagnozować. Nie dałoby się zauważyć, że ma problemy psychiczne, gdyby nie to, że gdy obok coś upadnie, on od razu rzuca się na ziemię. Kilka miesięcy lata 2014 r., gdy tutaj, w Donbasie, zaczynała się wojna, spędził w przyfrontowej miejscowości. To lekarze wiedzą od wojskowych, którzy go przywieźli. Strach przed wojną tkwi w nim w wyuczonych reakcjach organizmu.

– Boję się, choć nie pamiętam czego – próbuje tłumaczyć. – Wiem, że było coś złego i się skończyło. Ale we mnie jakby to trwa nadal.

MASZ DOKUMENTY? – upewnia się pan Aleksander, lat 80. Jego papiery ukradła sąsiadka, która pobiera teraz za niego rentę.

Wyrabianie nowych dokumentów lub odzyskiwanie straconych to problem pacjentów. Są wśród nich nawet Rosjanie, którzy nie mogą wrócić, bo nie mają paszportów. Większość pacjentów nie pamięta nazwisk ani adresów. – Czasem udaje się pomóc, ale nie mamy możliwości jeżdżenia z pacjentami po froncie i szukania ich rodzin – rozkładają ręce pracownicy.

Do rangi zbiorowej tragedii urosło wyłączenie ukraińskich sieci na terytorium obu rosyjskich „republik”. – Spróbujemy? Może telefon już działa? – proszą raz po raz pacjenci, których rodziny zostały po tamtej stronie.

Lena pozwala im dzwonić. W końcu też ma krewnych pod Ługańskiem. Wprawdzie nazywają ją „ukraińską banderówką”, ale rodzina to rodzina. Także Lena martwi się, że nie może się z nimi skontaktować.

Płaczą ci, którzy bezskutecznie wpisują numery bliskich. Płaczą ci, którzy nie mają krewnych. Może jeśli więcej z nich będzie płakać, jest szansa, że telefon zadziała?

Nie wiedzą, że w miejsce wyłączonych ukraińskich sieci w „republikach” utworzono nowego operatora o nazwie Feniks. Z Feniksa można zadzwonić na Ukrainę, ale kosztuje to dwa razy więcej niż do USA. Bliskim, którzy nie dają znaku życia, pewnie po prostu szkoda pieniędzy. Niektórzy mówią wprost: – Nie dzwońcie. Jak umrze, przyjadę na grób.

CZASEM RODZINA SIĘ STARA. Dzwoni do lekarzy: – U nas jest spokojniej, niech wróci do domu. Już prawie nie strzelają.

Taki telefon od bliskich to szczęście, którego wszyscy w szpitalu zazdroszczą.

Pacjent pakuje wtedy swoje rzeczy, pielęgniarki wyszukują mu wśród darów najlepsze ubrania. Jest gotów do drogi. Gdy pochodzi z terenów, które są pod kontrolą Ukrainy, rodzina po niego przyjedzie. Jeśli z tych, które Ukraina straciła – czeka go podróż przez front, samodzielna.

Niektórzy pokonywali tę trasę wiele razy. Lena odstawia pacjentów do autobusu, który dowozi ich do Stanicy Ługańskiej. Tam jest najbliższy punkt „graniczny” między Ukrainą i tzw. Ługańską Republiką Ludową. Lena uprzedza kierowców, aby nie pozwolili pacjentom wysiąść wcześniej, niż powinni.

Na wojnie jest teraz ciszej. Wprawdzie niemal codziennie ktoś ginie, ktoś zostaje ranny. Ale jak na kilkaset kilometrów – to niewiele. Przynajmniej z perspektywy dnia czy tygodnia. Dopiero potem, w skali miesiąca czy roku, statystyki pokażą liczbę zabitych i rannych, która robi wrażenie.

W STANICY ŁUGAŃSKIEJ sprzątnięto gruz z ulic, po których trzy lata temu można się było tylko czołgać pod kulami. Mieszkańcy remontują domy z nadzieją, że nie spadną już pociski.

Tutaj pacjent wysiada. Ma pamiętać, by iść „tam, gdzie wszyscy”.

O to nietrudno: codziennie przechodzi tu „granicę” nawet po kilka tysięcy ludzi. Czasu jest mało, zimą przejście zamykają o siedemnastej. Gdy nadchodzi zmierzch, kolejka nerwowo nasłuchuje, bo pod wieczór może się zacząć ostrzał.

Miejscowi wracają do Ługańskiej Republiki objuczeni torbami z jedzeniem. Większość była na zakupach. Albo żeby pobrać z bankomatu emeryturę, wypłacaną przez Ukrainę. – Chcecie żyć w ruskim mirze, ale po kasę to do nas idziecie? – ironizują ukraińscy żołnierze.

Gdy zmęczony pacjent dotrwa do pierwszego posterunku, czeka go podwójna kontrola ukraińskich służb. Żołnierze krzyczą na ludzi, którzy dziwnie się zachowują. Chorzy płaczą, zdezorientowani. Wojskowi nie rozumieją.

JEŚLI PRZEJDĄ KONTROLĘ, przed nimi kilkaset metrów pieszo do mostu, nad którym wiszą flagi „Ługańskiej Republiki”. Tu sytuacja się powtarza. Separatyści krzyczą dokładnie tak jak Ukraińcy.

– Czasem potrafią się okrutnie zabawić – mówi Lena. – Znamy przypadki, gdy wciskali chorym granaty do rąk i mówili: „No, głupku, zanieś prezent na tamten posterunek”. Czy to ważne, czy Ukraińcy, czy separatyści? Młodzi, zdrowi faceci robią tak osobie bezradnej i chorej. Tak kilku naszych pacjentów wzniosło się do nieba... Brak tolerancji wobec psychicznie chorych to bagaż, który po czasach Stalina odziedziczyły dawne republiki sowieckie.

Jeśli wszystko pójdzie bez problemu, w rodzinnym domu chory przeżyje kilka tygodni, może miesiąc szczęścia. Aż do momentu, gdy jego bliscy zadzwonią do Leny. – On podnosi wszystko z ziemi i przynosi do domu. A u nas po krzakach leży pełno niewybuchów! – tłumaczą zdenerwowani. Albo po prostu: – Nie przysyłajcie go więcej! Nie mamy go za co utrzymać!

Pacjent wraca więc do szpitala. Czasem z eskortą krewnych, czasem sam. Przybity, dopóki jego tęsknoty nie uciszą lekarstwa.

PACJENCI MONTUJĄ nowy stół do ping-ponga, dar z Polski.

Lena: – Wcześniej tylko leżeli i pili herbatę. Teraz mają się czym zająć. Ale kontakt z Polską pomógł nam nie tylko ze względu na pomoc materialną. Z wieloma Polakami rozmawiam stale na Face- booku. U was podejście do chorych psychicznie jest inne niż tutaj. Zrozumiałam, że społeczeństwo nie zmieni się, dopóki trzymamy pacjentów zamkniętych. Dlatego zaczęłam im organizować wycieczki. Chodzimy na przedstawienia w domu kultury. Niedawno byliśmy w stadninie. Niektórzy pacjenci pierwszy raz widzieli konia!

Waldek, który pochodzi z okupowanego dziś Alczewska, tak jak rok, dwa i trzy lata temu znów pochyla się nad rysunkiem. Nadal nie wiadomo, co stało się z jego rodzicami.

Wcześniej Waldek rysował ogryzkami tanich kredek. Teraz pokazuje lśniące pudełka z flamastrami, przysłane przez darczyńców z Polski. – Mam tu wszystkie kolory, zobacz! Teraz mogę namalować cały świat.

– A to dla mojej cioci Ani – pokazuje wozy pancerne, namalowane zielonym flamastrem.

Anna, czytelniczka „Tygodnika”, wysyła do szpitala kartki pocztowe tak często, że Waldek uwierzył, że jest jego prawdziwą ciocią.

Tak jak inni pacjenci, do których przychodzą pocztówki z Polski, Waldek trzyma swoją zawsze przy łóżku, na stoliku. – Rodzinna pamiątka – wyjaśnia poważnie. – Jedyna, jaką mam. ©

Poprzednie trzy korespondencje ze Swatowa, które ukazały się w „Tygodniku”, są dostępne na stronie: powszech.net/swatowo

Osoby zainteresowane kontaktem z pacjentami szpitala prosimy o wiadomość do redakcji.

Dla szpitala w Swatowie

Stowarzyszenie Pokolenie (skupiające ludzi z dawnej opozycji w PRL) organizuje pomoc dla szpitala w Swatowie. Przelewy (ze „Swatowo” w tytule) można przekazywać na konta:

Przelew krajowy: ING Bank Śląski 89105012141000002319853707

Przelew zagraniczny: SWIFT/BIC: INGBPLPW IBAN: PL89105012141000002319853707

Adres: Stowarzyszenie Pokolenie, ul. Drzymały 9/4, 40-059 Katowice.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]