Reklama

Cień biografa

Cień biografa

11.05.2010
Czyta się kilka minut
Biografia jest gatunkiem moralnym, nie dlatego, że przestrzega moralnych reguł, lecz dlatego, że pozwala nam lepiej zrozumieć innych ludzi. A przez to samych siebie.
K

Kto opisując współczesną historię, szuka prawdy zbyt blisko ziemi, może sobie wybić zęby" - stwierdził w XVII wieku sir Walter Raleigh, mając na myśli próby opisania rządów współczesnych mu władców. Miał rację: za swoje poszukiwania prawdy został ścięty w 1618 r. To samo można powiedzieć o ryzyku, jakie podejmuje każdy biograf, chcąc opisać życie współczesnych, a wybitnych osób. Biografistyka nieuchronnie ląduje bowiem na grząskim gruncie moralności, ponieważ narusza interesy samego bohatera, interesy jego spadkobierców, jego bliskich, agentów, wydawców.

Niezauważalna podmiana interesów na wartości jest motorem napędowym niezbyt wyszukanej kazuistyki. Co wolno, czego nie wolno? Kto ma prawo, kto nie ma prawa? Kto jest szlachetny, kto nikczemny? Gdzie leży granica przyzwoitości? Kto swój, a kto obcy? Moralistyka to chleb łatwy, ale zakalcowaty. Smaczniejszy bochen wypieczony jest z argumentów.

Życie opisane

Powiada się o kimś, że miał "barwną biografię", chcąc przez to powiedzieć, że miał urozmaicone życie. Życie i biografia są tu traktowane zamiennie, choć oczywiście w ścisłym znaczeniu tych słów synonimami nie są. Kto jednak mówi o życiu jak o biografii, nie tylko chce powiedzieć, że to akurat życie świetnie nadawałoby się na biografię, ale też - zapewne bezwiednie - już zawczasu ujmuje życie jako biografię. Czyli jak? Przecież nie jak przypadkowy zlepek barwnych zdarzeń albo kolekcję widowiskowych faktów.

Biografia to życie uporządkowane wedle jakiejś formuły, jakiegoś wzorca, jakiegoś kształtu i ten porządek, ten kształt od nas pochodzi, nie z samego życia, które jako takie kształtu żadnego, poza organicznym, nie ma. To, co dla jednych bywa barwne, dla drugich jest okrutne. Czemu jedni przypisują znaczenie, inni traktują obojętnie. Co dla jednych spektakularne, dla innych nie odgrywa żadnej roli. Życie samo nie jest ani dobre, ani złe, ani szlachetne, ani podłe. To z naszego punktu widzenia takie lub inne się staje i nabiera wartości lub ją traci, a jest tak dlatego, że jesteśmy naszym życiem "żywotnie", by tak rzec, zainteresowani i nie traktujemy go obojętnie, lecz wytrwale nadajemy mu znaczenia. Jedni te znaczenia produkują bledsze, inni bardziej rumiane, a najlepsze efekty pojawiają się wtedy, gdy zajmujące życie otrzymuje zajmującą formę.

Sztuka wyboru

Jako narracja na temat życia, biografia jest sztuką wykluczeń, wyborów i pominięć. Oczywiste jest, że nie da się niczyjego życia opisać w całości: trzeba wybierać. Ale wedle jakich kryteriów? Nie ma przecież jednego wzorca biografii, nie ma obowiązującego zestawu kryteriów, nie wszystkich ciekawi to samo. Co rozstrzyga? Naiwni obserwatorzy życia literackiego powiadają: obiektywność i bezstronność. Ale przecież nawet w najsumienniej poskładanym rejestrze zdarzeń, w najuważniej skompilowanej kronice faktów czyjegoś życia nie da się zobaczyć tego życia ze wszystkich perspektyw.

Trzeba wybierać, nie ma rady. A dokonując niezbędnej selekcji faktów i dokumentów, już zaczynamy kształtować jakąś fabułę, już nam się czyjeś życie pokazuje jako powieść, już nam się znaczenia składają wedle jakiegoś wzoru. Biograf pracuje z misternie wystruganymi szufladkami: do jednej wkłada dzieciństwo, do drugiej miłości, do trzeciej skandale, do czwartej jeszcze - idee. Układa dokumenty wedle już gotowego porządku, który uznaje za najbardziej znaczący. To on poukładał szufladki, których tak naprawdę w życiu nie uświadczysz. W życiu wszystko dzieje się niemal jednocześnie: skandale erotyczne przeplatają się ze wzniosłymi ideami, dzieciństwo rozstrzyga o kłopotach wieku dojrzałego, stosunek do kobiet ma wpływ na gramatykę (i odwrotnie). Sam biograf rozstrzyga, który porządek przyjmie, jaki - jak powiedzieliby filozofowie nauki - wzorzec eksplanacyjny uzna za najskuteczniejszy.

Oczywiście najbardziej znaczącym porządkiem jest chronologia, ale przecież najciekawsze biografie wcale chronologii dogmatycznie nie przestrzegają: wędrują tam i z powrotem, tną linię czasu, wplatają nieskończone dygresje. Nie zwykłe następstwo zdarzeń rozstrzyga, ale to, jak można rozumieć czyjeś życie. Biografia jest narracją, która nadaje życiu sens. Im ten sens wyrazistszy, im więcej możemy z czyjegoś życia zrozumieć, tym biografia lepsza. Kiedy Peter Ackroyd w swojej biografii Dickensa lub D. J. Taylor w biografii Thackeraya wstawiają wymyślone rozmowy z opisywanymi pisarzami, to wyłącznie dlatego, że forma wyobrażonego dialogu pozwala im lepiej pojąć, o co mogło chodzić w życiu bohatera ich studiów.

A więc biograf musi wyjaśniać, gdyż bez wyjaśnienia nie zrozumie tego, o czym pisze. Ale wyjaśniając, musi być stronniczy i zmyślny, albowiem wszelkie wyjaśnienie jest stronnicze i twórcze: nie da się wyjaśnić wszystkiego, nie da się wyjaśnić całego życia, trzeba mierzyć skromniej, szukać znaczących zdarzeń, strzępów wypowiedzi, drobnych utrwalonych gestów i potem montować je w jakąś całość, jakiś wzór, jakąś narrację, bo inaczej zostaniemy z pustymi rękami. W tej stronniczości ujawnią się jego zaangażowanie i jego namiętność, bez których żadna biografia nie ma prawa powstać.

Huzia na Józia

Ale namiętność ta, co oczywiste, musi napotkać opór, zwłaszcza jeśli biografia nie dotyczy czasów elżbietańskich lub wiktoriańskich. Im bliżej naszych czasów, im więcej żywych wśród bohaterów biografii, tym gorzej dla biografa. Wielcy (i mniej wielcy) tego świata chętnie godzą się na biografie, ale pod warunkiem, że oni nadadzą im ostateczny kształt. O tym opowiada Roman Polański w ostatnim swoim filmie "Ghost writer": dwóch biografów pracujących nad biografią byłego premiera Anglii oskarżanego o łamanie prawa międzynarodowego ginie w tajemniczych okolicznościach.

Rzecz nie dotyczy jedynie konwencji kryminalnej. Każdy chciałby zapanować nad własnym życiem, nikt nie chce dopuścić, by sens jego życia wymknął się spod kontroli, by odkryli go inni, najmniej do tego powołani. Zrozumiałe, ale naiwne przekonanie. Nikt nie jest panem własnego życia do tego stopnia, by kontrolować każde jego znaczenie. Nasze życie krzyżuje się z innymi, zapożycza się u nich, kradnie użyteczne narzędzia, naśladuje obce wzory, wycieka poza granice, któreśmy sami ustanowili, wyślizguje się naszemu uchwytowi. Nasz, naprawdę nasz, jest jedynie wzór, za pomocą którego te wszystkie niewłasne klocki układamy. Tyle że wzór ten nie dla nas jest czytelny, to inni go potrafią dostrzec i opisać, albowiem tylko ktoś inny potrafi napisać naszą biografię.

Kto chce to zrobić sam, tworzy taką samą opowieść jak zawodowy biograf, ani lepszą, ani gorszą, najczęściej najmniej wiarygodną. Tak jak nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, tak nikt nie jest autorem własnej biografii.

Jaka jest więc istota oporu przeciwko biografiom żyjących ludzi: ogólna? humanistyczna? moralna? Łatwe wytłumaczenie, lecz fałszywe. Chodzi o rzeczy prostsze, bliższe naszej skórze: kto broni biografom dostępu do czyjegoś życia, ten sam chciałby swoje życie ocalić przed obcą interwencją, nie chciałby stracić nad nim kontroli, do końca chciałby czuwać nad jego sensem. Bardzo to ludzkie, lecz z zasady niemożliwe do realizacji.

Życia do końca skontrolować się nie da, nie da się wziąć w karby wszystkich jego znaczeń i kto się tego podejmie, sam się prędzej czy później oszuka. Zgadzam się, że świadomość ta jest bolesna, bardzo bolesna, lecz niestety inaczej być nie może. Nad każdym twoim krokiem unosi się cień twojego biografa, co oznacza tylko tyle, że twoje życie to coś więcej, niż możesz sobie o nim wyobrazić. Nie tylko psychoanaliza podpowiada, że nikt nie jest panem we własnym domu, ale też każda biografia. Chciałoby się powiedzieć: po prostu żyj tak, żeby potem nie trzeba było zabijać wdowy po tobie, by napisać twoją biografię. Kuszące przykazanie i na dodatek bardzo miłosierne.

Fakty i fikcje

Dyskusja nad biografią dotyka fundamentalnej kwestii, którą co rusz trzeba przypominać. Chodzi o relację między faktami a fikcją. Powiada się zwykle tak: fakty są, jakie są, istnieją obiektywnie, niezależnie od naszych wyobrażeń o nich, natomiast fikcja nakłada się na nie, wykrzywiając je niemożliwie, przeinaczając, tłamsząc. Takie stanowisko odsuwa fakty i fikcje na bezpieczną odległość i daje zdecydowane pierwszeństwo tym pierwszym. Wszystko, co nie należy do sfery "nagich" faktów", jest zmyśleniem, które trzeba temperować. By oczyścić zepsute przez ludzkie fabulacje powietrze, trzeba powrócić do "samych faktów".

Jak odpowiedzieć na to powtarzane do znudzenia wezwanie? Śmiesznie prosto. Fakty oczywiście istnieją: ktoś się urodził, napisał kilkanaście książek, założył rodzinę, lubił hazard, wiele podróżował, wreszcie zachorował i zmarł (Jezu, co to za życie!). Jaki jednak związek mają te fakty ze sobą? Jaki ma związek hazard z książkami, chorobą, podróżami? Na pewno jakiś, bo niezbite fakty tworzą czyjąś biografię, należą do tej samej osoby, choć nie tak samo jak jego meble czy bielizna. Musimy w takim przypadku zapytać o sens tych faktów, bo jako takie nic one nie znaczą, nie mają żadnego sensu. Jest tak dopóty, dopóki nie zaczniemy owych faktów łączyć ze sobą za pomocą od nas pochodzących nici, dopóki nie nadamy tej niejednorodnej serii faktów jakiejś formy.

Sens życia erotycznego bohatera biografii nie tkwi w samym życiu, albowiem nie sposób tłumaczyć życia przez życie. Trzeba popatrzeć na nie z innego kąta, zostawić życie bohatera i szukać gdzie indziej. Forma, jaką się narzuca owemu życiu, nie wynika sama z życia autora i to nie autor (tym mniej jego przedstawiciele, od agentów przez rodzinę po spadkobierców) nad nią panuje. Sens nie tkwi nigdy w żadnym zjawisku, w żadnej rzeczy, w żadnym wydarzeniu, ale jest ustanawiany przez kogoś, kto zjawisko ogląda, rzeczy używa, w wydarzeniu uczestniczy. A więc sens czyjegoś życia nie tkwi w nim samym, lecz w tym, jak to życie krzyżowało się z innymi życiami, jak było interpretowane, jak samo siebie kształtowało poprzez słowa, obrazy, działania.

Fakty same w sobie są głupie, mawiał Fryderyk Nietzsche i miał rację. Fakty o sobie nic nie wiedzą i domagają się naszych słów, by przemówić. Fakty postawione koło siebie sterczą tyleż dumnie, co durnie: nic z nich nie wynika i dopiero wpasowane w nasze opowieści nabierają sensu. Fikcja nie jest prostym, kłamliwym zmyśleniem. Jest formą, dzięki której fakty mogą przemówić. A jeśli mają mówić, niech robią to interesująco i powiedzą także coś ważnego o nas. Tak właśnie rozumował Samuel Johnson, twórca nowożytnej biografii, którego biografia, pióra Jamesa Boswella, jest do dziś arcydziełem literackim. 13 października 1750 roku, w 60. numerze czasopisma "Rambler", Johnson pisał o biografii tak: "żaden gatunek piśmiennictwa nie zdaje się tak bardzo wart uprawy jak biografia, albowiem żaden nie może w takim stopniu przynosić zadowolenia lub pożytku, żaden nie może skuteczniej przykuć umysłu lub podsunąć nauki każdemu stanowi".

Biografia jest gatunkiem moralnym, nie dlatego, że przestrzega moralnych reguł, lecz dlatego, że pozwala nam lepiej zrozumieć innych ludzi. A przez to samych siebie.

Prywatne i publiczne

Dokładnie to samo, co o relacji między faktami i fikcją, można powiedzieć o relacji między życiem prywatnym a publicznym. Tu z kolei, podkreślając rozbieżność między życiem prywatnym a życiem publicznym, argumentuje się tak oto: Człowiek nie jest ten sam prywatnie i publicznie. Życie publiczne, z tysiącami swoich teatralnych wymogów, konwencji i nacisków, zniekształca prawdziwego człowieka, który jest tym, kim naprawdę jest, jedynie w domowym zaciszu, albo najlepiej w samotności. Tak jak fakty chcielibyśmy oderwać od fikcji, tak i tutaj życie prywatne miałoby istnieć z dala od życia publicznego, które je zniekształca i odziera z autentyczności i prawdy. Cóż, gdyby tak było, gdybyśmy rzeczywiście żyli w dwóch różnych, niezbieżnych światach, ludzka egzystencja byłaby straszną udręką.

Życie publiczne nie zaczyna się jednak z chwilą, gdy zaczynamy przemawiać w świetle reflektorów lub na łamach gazet. Zaczyna się z chwilą, gdy zaczynamy rozmawiać z innymi ludźmi (a nawet sami ze sobą), gdy zachowujemy się wedle pewnych (akceptowanych przez innych i nieakceptowanych przez drugich) reguł, gdy oszukujemy samych siebie co do znaczenia swojego postępowania i przekonujemy innych, że postępujemy właściwie.

Jeżeli człowiek jest zwierzęciem kulturowym, to także w najintymniejszych swoich zachowaniach jest istotą publiczną i na agorę wkracza na długo, zanim tam rzeczywiście pójdzie. Jest też jednak odwrotnie: w swoich najbardziej publicznych zachowaniach człowiek wystawia na widok swoją prywatność, mości się wśród ludzi ze swoją "swojskością" i dzięki temu może w ogóle cokolwiek z kimkolwiek zrobić.

Ścisły podział na życie prywatne i publiczne opiera się na założeniu, że człowiek jest kim innym, kiedy jest w gronie swoich bliskich, kim innym zaś, gdy wkracza we wrogie mu środowisko. Zakłada także, że należy chronić swoją prywatność przed obcymi, którzy mając dostęp do skrytego życia, z konieczności muszą zadać mu gwałt.

Powiem wyraźnie: i ja nie lubię, gdy mi się nieproszeni goście zwalają do domu. I ja nie cierpię, jak ktoś, kogo nie znam, wypowiada się na temat mojego życia. Żyjemy jednak w świecie, w którym granica między publicznym a prywatnym nie jest ustalona raz na zawsze, lecz podlega nieustannemu przedefiniowywaniu i nie zawsze przebiega tam, gdzie się spodziewamy. Nie mówię, że granica ta nie istnieje. Mówię jedynie, że należy zdać sobie sprawę z kłopotów, jakie sprawia jej utrwalanie.

Do czasu opublikowania drugiego tomu "Dziennika" Jarosława Iwaszkiewicza, a więc do momentu upublicznienia przez jego spadkobierców prywatnych zapisków w integralnym kształcie, żaden biograf nie śmiał pisać obszernie o jego homoseksualizmie, choć była to sprawa publicznie wiadoma. Kiedy romans z Jerzym Błeszyńskim był prywatny, a kiedy publiczny? Co zmienia sam fakt, że Iwaszkiewicz o tym romansie (i żałobie po nim) pisze, nadając mu staranną formę? Czyż gejowska (jak i heterycka) miłość nie staje się publiczna w momencie, w którym otrzymuje literacką formę? A czy nie otrzymuje tej formy w momencie, w którym się pojawia? Iwaszkiewicz wyprzedza tu ruch swojego biografa, podsuwa mu gotowe wzorce narracyjne, choć nie chce za życia widzieć, jak ktoś inny opisuje to, co opisał najlepiej sam. Może jednak zastrzec otwarcie sejfu z dziennikiem i to jest gest, który należy uszanować.

Jak w życiu

Można schować papiery w sejfie i zakazać legalnego dostępu do nich. Każdy ma do tego pełne prawo i prawo to powinno być bezwzględnie przestrzegane. Życie jednak nie składa się z pilnie strzeżonych dokumentów i dlatego nie można zakazać nikomu dostępu do czyjegoś życia, bo jest to zwyczajnie niemożliwe. Biograf to interpretator ludzkiej egzystencji, która bez wysiłku rozumienia ze strony innych ludzi pozostałaby bezsensowna. A że jedni robią to lepiej, drudzy gorzej? Jak w życiu: nie mówcie, że każdy rozumie, dlaczego nie śpicie w nocy.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Teoretyk literatury, eseista, krytyk literacki, publicysta, tłumacz, filozof. Dyrektor artystyczny Międzynarodowego Festiwalu Literatury im. Josepha Conrada w Krakowie. Stefan and Lucy...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]