Francuski interior to przede wszystkim dyscyplina spożywania posiłków w porach tu przyjętych. W urokliwych miasteczkach z kamienia, z których niemal każde ma romański kościół, nikt nie okaże litości, gdy obiad postanowisz zjeść po czternastej, gdy pojawisz się na kolacji bez rezerwacji, lub gdy zajmiesz stolik bez pytania. Pokora przydaje się w kontakcie z restauracjami najbardziej. W przeciwnym razie przychodzi przeżyć pół dnia na orzeszkach, bo nawet sieciowa pizzeria zamyka się po południu. Ale gdy już się opanuje ten reżim, można halsować od romańskiej wieży kościoła do kolejnego zamku, szukając przy okazji miejsca na obiad i kawę, i próbując tych wszystkich regionalnych specjałów z ziemniaka i lokalnej kiełbasy. Oraz koniecznie ciasta z suszoną śliwką.
Między te leniwe wakacyjne przyjemności niepostrzeżenie wplątali mi się, a jakże, biskupi. I to biskupi o bardzo różnych obliczach. A wraz z nimi kawał historii Kościoła.
Miasteczko, którego fundatorem był kardynał Richelieu, minister Ludwika XIII, powstało w miejscu, z którego pochodził. Nazywa się oczywiście Richelieu, bo to był dumny i wszechwładny kardynał. Piął się na szczyty kościelnej i państwowej kariery bez skrupułów. Mimo wakacji i bliskości Loary Richelieu jest senne. Trzy restauracje karmią tylko wczesnym wieczorem, wrażenie poprawia piątkowy targ, na którym warzywa wykładane są w wiklinowych koszach, a miejscowi, niczym w modnej kooperatywie, przychodzą z plecionymi siatkami podobnie jak wiele dziesięcioleci temu, przed erą reklamówek.
Kardynał w rodzinnej okolicy budował do końca życia ogromny, strojny pałac, dekorowany tkanymi złotem i srebrem obiciami, z komnatami o złotych sufitach oraz zawierający imponującą kolekcję ówczesnej sztuki i największą w Europie kolekcję rzymskich antycznych rzeźb. Nie zdążył zamknąć projektu przed śmiercią. Nieukończoną budowę odwiedzali możni ówczesnej Europy, wspominając jej przepych. Jednak po pałacu w Richelieu nie został niemal ślad. Zaskoczeni zgadujemy, że może gniewny lud rozebrał go w czasie rewolucji. Pudło. Rzeczywistość jest banalna. Zarządca niszczejącej nieruchomości sprzedał go na materiały budowlane w 1805 r. okolicznym chłopom. W ich obejściach do dziś można pewnie znaleźć fragmenty dumnej kardynalskiej budowli. Krucha okazała się ziemska chwała.
Między Richelieu a Poitiers jest tylko godzina drogi i nieco ponad 50 km w prostej linii, a jaka przepaść. Oprócz dwóch ważnych średniowiecznych bitew, Poitiers, dziś niewielkie i niezbyt turystycznie atrakcyjne, słynie ze świętego biskupa. Ten starożytny duchowny jest ponoć do dziś popularnym we Francji świętym, oczywiście proporcjonalnie do popularności samego chrześcijaństwa. Hilary urodził się w Poitiers w dobrej, pogańskiej rodzinie, która zapewniła mu wykształcenie retora. Jednak pod wpływem lektury Pisma Świętego ochrzcił się w 345 r. wraz z żoną i córką Abrą, a pięć lat później został wybrany biskupem. Takie to były czasy, że w zarządzaniu młodym Kościołem nie przeszkadzała rodzina, a biskupów wybierali wierni.
Chwilę później w sporze z arianami opowiedział się po stronie Atanazego z Aleksandrii, który bronił bóstwa Chrystusa, za co cesarz Konstancjusz zesłał go do Frygii w Azji Mniejszej. Spędził kilka lat na poznawaniu teologii i obyczajów chrześcijańskiego Wschodu, po czym zyskał opinię pierwszego ekumenisty, dążącego do porozumienia Wschodu z Zachodem. Po powrocie budował jedność Kościoła Galii wokół nicejskiego credo. Wielki biskup małego miasta.
Na tym nie kończy się biskupia turystyka. Zupełnie przypadkowo zajeżdżamy bowiem na zamek Chalais. Przyznaję, pobudki były niskie, szukaliśmy niewielkiego, lecz urokliwego miejsca na kawę. Tutejsze opactwo ma rozmytą deszczem i wiatrem romańską fasadę, ale za to niewielkie chateau za zwodzonym mostem zaprasza do restauracji równie sennej, jak sama miejscowość.
Czekając, aż któryś z piątki kelnerów zlituje się i wreszcie zrobi kawę swoim jedynym gościom, czytam, że w tym chateau Talleyrand, swego czasu też biskup, spędził najpiękniejsze dwa lata swojego dzieciństwa. Owszem, duchownym został tylko dlatego, że zmusiła go to tego rodzina, uznając, że kulawa noga dyskwalifikuje go jako dziedzica. Na zamek w Chalais trafił zaś, gdy zaniedbanego u niańki odnalazł go wuj. To tu uczył się o dworskich obyczajach od wspominającej służbę na dworze Króla Słońce prababki. Do kapłaństwa przekonały go lektury o politycznie potężnych duchownych i wuj, sam będący biskupem. Pierwsze święcenia uczcił przy grobie Richelieu. Biskupem został, choć bardzo się starał nim nie być. Diecezję opuścił po miesiącu, żeby wsiąknąć w paryską politykę. Charakteryzowały go koniunkturalizm, niezwykła dyplomatyczna sprawność, rozpusta i łapówkarstwo. Nie jest to modelowy biskup, ale tak też bywa.
Kończy się lato i wakacje, tymczasem trzy ważne polskie metropolie czekają na swoich nowych arcybiskupów. Ciekawe, z którego modelu biskupiej posługi czerpać będą nowi metropolici Warszawy, Krakowa i Poznania. Myślicie, że z Poitiers?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















