Reklama

Chalifa ante portas!

Chalifa ante portas!

w cyklu STRONA ŚWIATA
09.04.2019
Czyta się kilka minut
Chalifa Haftar, którego partyzanci oblegają Tripoli, nie ukrywa, że widzi siebie w roli nowego przywódcy i zbawcy libijskiego państwa.
Żołnierze armii rządowej patrolują okolice lotniska w Tripoli, w oczekiwaniu na szturm sił Chalify Haftara, 8 kwietnia 2019 r. / Fot. Mahmud Turkia / AFP / East News
Żołnierze armii rządowej patrolują okolice lotniska w Tripoli, w oczekiwaniu na szturm sił Chalify Haftara, 8 kwietnia 2019 r. / Fot. Mahmud Turkia / AFP / East News
W

W ubiegłą środę, w kwaterze głównej w Benghazi, Haftar wydał swoim wojskom rozkaz do natarcia na stolicę. Dwa lata temu Haftar narzucił swoje rządy Benghazi i wschodniej części kraju, dawnej Cyrenajce. W styczniu jego armia ruszyła na roponośny Fezzan, na pustynnym, górzystym i prawie bezludnym południu. Gdyby teraz jego wojskom udało się podbić libijski zachód, Tripolitanię, zapanowałby nad całym krajem. W ten sposób stałby się drugim po marszałku polnym Abdelu Fattahu as-Sisim z Egiptu wojskowym dyktatorem, wyniesionym do władzy wskutek ulicznych rewolucji przetaczających się po raz drugi w ciągu ostatnich dziesięciu lat przez kraje Maghrebu.

Sisi dokonał przewrotu w Kairze w 2013 r., odbierając władzę rządzącemu niespełna rok prezydentowi Muhammadowi Mursiemu, pierwszemu egipskiemu przywódcy, wybranemu w wolnych wyborach. Egipcjanie, udręczeni chaosem, przemocą i biedą, jakie przyszły po Arabskiej Wiośnie wraz z obaleniem tyrana Hosniego Mubaraka, i wolnością, przyjęli pucz z ulgą, a w generale widzieli zbawcę. Nie żałowali Mursiego, przywódcy Braci Muzułmanów, którzy korzystając z dobrodziejstw demokracji wygrali wolne wybory po to, by przymusić Egipcjan do nałożenia gorsetu religijnych nakazów i zakazów.

Haftar też przybył do Libii z Arabską Wiosną, by przyłączyć się do buntu przeciwko dyktatorowi z Tripoli, pułkownikowi Muammarowi Kaddafiemu. Już wtedy marzył, by go zastąpić i rządzić krajem tak, jak Sisi włada dziś Egiptem: twardą ręką, na rozkaz, jak oświecony dyktator. Z Kaddafim zaś miał stare porachunki.

Towarzysze broni

Byli rówieśnikami. Kaddafi urodził się w beduińskiej rodzinie w Syrcie, Haftar w nieodległej Adżdabiji, położonej bardziej na zachód, niedaleko Benghazi. W tym samym czasie wstąpili do wojska. Haftar szkolił się potem także w Związku Radzieckim i Egipcie, gdzie zaraził się rewolucyjnymi ideami Gamala Nasera i jego Wolnych Oficerów. Kaddafi kształcił się na oficera tylko w Libii, a zafascynowany Naserem założył w Benghazi libijską filię ruchu Wolnych Oficerów. W 1969 r., jako dwudziestokilkuletni oficerowie wraz z innymi, równie młodymi towarzyszami broni, dokonali zamachu stanu i obalili króla Idrysa. Nowym przywódcą Libii został Kaddafi, a Haftar wszedł w skład Rewolucyjnej Rady, pełniącej rolę rządu. Był też jednym z najważniejszych dowódców libijskiego wojska – szefował m.in. garnizonowi z Tobruku, dzisiejszej stolicy swojego królestwa w Cyrenajce.

Ich drogi rozeszły się pod koniec lat 80., gdy Kaddafi mianował Haftara dowódcą libijskiego korpusu ekspedycyjnego, toczącego najeźdźczą wojnę w sąsiednim Czadzie. Wyprawa wojenna Haftara zakończyła się klęską: nie tylko przegrał bitwę z Czadyjczykami, wytracił ludzi i sprzęt, ale sam wraz z pół tysiącem żołnierzy dostał się do niewoli. Wściekły Kaddafi wyparł się towarzysza broni. Odciął się od niego także dlatego, że Libia twierdziła, iż w czadyjskiej wojnie nie uczestniczy, a jedynie wspiera politycznie tamtejszego prezydenta walczącego o władzę z premierem, cieszącym się poparciem Francji i USA.

Haftar uznał, że został zdradzony i nigdy tego Kaddafiemu nie zapomniał. Jeszcze w niewoli w Czadzie zgodził się na współpracę z amerykańską CIA, szukającą sposobów pozbycia się Kaddafiego. Libijczyk uchodził w tamtych czasach za głównego mecenasa wszelkiej maści terrorystów, od Palestyńczyków z Czarnego Września, po Irlandzką Armię Republikańską. Prezydent Ronald Reagan wyzywał go nienawistnie od „wściekłych psów”, a rok przed nieszczęsną wyprawą wojenną Haftara do Czadu, w odwecie za zamachy bombowe, Amerykanie zbombardowali pałace, bunkry i koszary Kaddafiego.


Polecamy: "Strona świata" - specjalny serwis "TP" z analizami i reportażami Wojciecha Jagielskiego


 

Uwolniony z czadyjskiej niewoli Haftar zgodził się stanąć na czele wspieranego przez CIA Narodowego Frontu Ocalenia Libii i poprowadzić jego partyzantów do zwycięskiego marszu na Tripoli. Nie udało mu się jednak ani obalić Kaddafiego, ani nawet wywołać partyzanckiej wojny. Wdzięczni Amerykanie, nie rezygnując z dalszych usług Haftara, przyznali mu wizę wjazdową do USA, a wkrótce potem nawet obywatelstwo. W Ameryce osiadł z rodziną w stanie Virginia, w nieprzypadkowo bliskim sąsiedztwie kwatery głównej CIA. W Libii uchodził przez lata za amerykańskiego szpiega i kiedy podczas Arabskiej Wiosny w 2011 r. wrócił do kraju, by przyłączyć się do rebelii przeciwko Kaddafiemu, wszyscy sądzili, że zrobił to na rozkaz swoich szefów z CIA.

Ale powrót Haftara do kraju nie zakończył się triumfem, na jaki liczył. Owszem, skrzyknął na wschodzie kraju partyzanckie wojsko i stanął na jego czele, ale losy powstania rozegrały się w Trypolitanii, gdzie rebelianci z Misraty obalili i w październiku zabili Kaddafiego, po czym ustanowili własny rząd w Tripoli. Rozczarowany Haftar znów wyjechał do Ameryki.

Operacja Godność

Niespodziewanie pojawił się w Libii trzy lata później. Po upadku Kaddafiego Libia błyskawicznie stoczyła się do pozycji państwa upadłego, zawłaszczonego i plądrowanego przez rozmaitych watażków, przemytników, piratów, handlarzy żywym towarem i dżihadystów. Trwała wojna domowa, a na libijskim wybrzeżu i pustyni swoje przyczółki zakładali i umacniali partyzanci z Państwa Islamskiego. W 2012 r. w Benghazi mudżahedini kalifatu zabili ambasadora USA, a rok później wysadzili bomby przed przedstawicielstwem Francji. Zagraniczni dyplomaci wyjeżdżali z Tripoli. W kraju panowała bieda, bandytyzm, przemoc, chaos i bezkrólewie, a ludzie zaczynali powoli tęsknić za czasami Kaddafiego.

I właśnie wtedy Haftar objawił się w Benghazi i wezwał Libijczyków, by szli pod jego komendą na wojnę z winnymi bezprawiu. Swojej wojennej wyprawie nadał kryptonim „Operacja Godność”. Obiecał, że ogniem i mieczem rozprawi się ze wszystkimi warchołami i watażkami, ale także z rządem z Tripoli, który według niego legitymizował bezprawie i rozdawał ministerialne posady dżihadystom. Haftar zebrał pod swoje skrzydła żołnierzy z dawnej armii Kaddafiego i ruszył na wojnę.

Odniósł pierwszy sukces, ale tylko połowiczny. Stolicy nie udało mu się zdobyć, a i o Benghazi, gdzie miał najwięcej zwolenników, musiał bić się z watażkami i dżihadystami długie trzy lata. W końcu przegnał ich z miasta i z całej Cyrenajki, a jej rząd z Tobruku, jeden z dwóch działających w Libii, nadał mu tytuł marszałka polnego.

Twarda ręka

Poza rządem z Tobruku, nieuznawanym przez świat, ale kontrolującym przynajmniej Cyrenajkę, w Libii działał jeszcze rząd w Tripoli, ustanowiony przez zwycięzców powstania przeciwko Kaddafiemu – rząd, którego rzeczywista władza nie rozciągała się nawet na całe miasto, ale uznawany przez ONZ i świat (Haftar nie uznawał i nie uznaje rządu z Tripoli ani za prawowity, ani za odpowiedni).

Odkąd wrócił do Libii, Haftar przekonuje, że na trudny, porewolucyjny i wojenny czas krajowi i jego 6 milionom obywateli potrzebny jest oświecony dyktator, który dzięki swoim dowódczym talentom, przywiązaniu do dyscypliny i rządom twardej ręki zapanuje nad chaosem i narzuci surowy porządek. Haftar nie ukrywa nawet, że sam się do tej roli nadaje najlepiej. Przedstawia się także jako niezłomny obrońca świeckości państwa i wróg dżihadystów, panoszących się – jak mówi – w Trypolitanii.

Zdaniem znawców libijskiej polityki świadomy swojej wojskowej potęgi Haftar nie pozwala, by zależny od niego rząd z Tobruku podjął jakiekolwiek rozmowy z rządem z Tripoli. Jeśli już ma dojść do układów – powtarza Haftar – to ze mną, bo ja reprezentuję rzeczywistą władzę. Szantażuje oba rządy, żeby nie zostać pominięty lub zlekceważony podczas ewentualnych politycznych targów. Powtarza, że uzna tylko te władze, które zostaną wyłonione w wyborach. Wierzy, że wyczerpani chaosem, przemocą i bezprawiem Libijczycy w wolnej elekcji właśnie jego wybraliby sobie na przywódcę. Ponieważ jednak do wyborów droga daleka, Haftar chce, by już teraz rządy z Tripoli i Tobruku poszły pod jego komendę, jako wojskowego dyktatora.

Opatrznościowy mąż

Według zagranicznych dziennikarzy z Maghrebu coraz więcej zmęczonych bezprawiem i bezkrólewiem Libijczyków widzi w Haftarze męża opatrznościowego. Na jego korzyść działa też koniunktura w światowej polityce i pozawierane międzynarodowe sojusze. Odkąd narzucił swoje rządy w graniczącej z Egiptem Cyrenajce, jego najważniejszym sprzymierzeńcem stał się dyktator z Kairu, Abdel Fattah as-Sissi. Egipcjanin, który brutalnie stłumił u siebie wolnościowe ruchy, wyrosłe z Arabskiej Wiosny, i rozgromił Braci Muzułmanów, beneficjentów ulicznej rewolucji, chętnie widziałby bratnią duszę u steru rządów w Libii. Mając za sąsiada zaprzyjaźnionego wojskowego dyktatora, Sissi mógłby być pewien, że na libijskiej pustyni nie znajdą kryjówek i nie założą partyzanckich baz prześladowani w Egipcie Bracia Muzułmanie ani dżihadyści z kalifatu, który po klęsce nad Eufratem i Tygrysem próbuje przeprowadzki na Synaj i do północnej Afryki. Egipt nie skąpi Haftarowi broni, dobrych porad i politycznego wsparcia, a szejkowie z Dubaju i Abu Zabi, zaprzyjaźnieni z Egipcjaninem i tak samo jak oni wrogo nastawieni do Braci Muzułmanów, nie szczędzą pieniędzy. Haftar może też liczyć na Jordanię i Arabię Saudyjską, przywódczynię arabskiej koalicji z Bliskiego Wschodu.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Saharyjski mur i Europa za zamkniętymi drzwiami


W Europie, przerażonej widmem zalewającego ją uchodźczego potopu, Haftar cieszy się poparciem Francji, która widzi w Libijczyku brutalnego i okrutnego, ale skutecznego strażnika, mającego przegrodzić libijskie szlaki przemytnicze i śródziemnomorskie wybrzeża, którymi imigranci z Afryki przebijają się do Europy. Może też liczyć na Rosję. Podczas Arabskiej Wiosny Kreml sprzeciwiał się zbrojnej interwencji Zachodu w Libii, która doprowadziła do obalenia i zabójstwa Kaddafiego. Śmierć Libijczyka, uważanego za sojusznika, odebrano w Moskwie jako policzek i kolejny przejaw arogancji Zachodu. Stawiając na Haftara, Rosjanie usiłowali przeciwstawić go prozachodniemu rządowi z Tripoli i w ten sposób odbudować swoje wpływy w Libii. Rosja wielokrotnie gościła u siebie Haftara, sprzedaje mu broń, drukuje pieniądze, a według brytyjskiego wywiadu pod koniec zeszłego roku podesłała do Cyrenajki pół tysiąca najemnych żołnierzy z podległej Kremlowi prywatnej korporacji ochroniarskiej Wagner, rosyjskiej odmiany amerykańskiego Blackwater.

Haftar nie jest już jednak jedynym faworytem Rosji w Libii. Ma swoje lata (76), kłopoty ze zdrowiem (w zeszłym roku leczył się na serce w Paryżu). Po wycofaniu się stamtąd Stanów Zjednoczonych i powszechnej niechęci Libijczyków do Zachodu Moskwa nawiązała kontakty także z rządem z Tripoli, a nawet z synem Muammara Kaddafiego, Saifem al-Islamem, by mieć najwięcej do powiedzenia w Libii bez względu na to, kto będzie nią rządził.

Koniunktura na ofensywę

Według znawców libijskiej polityki pewny siebie i swojej potęgi Haftar już dawno zamierzał ruszyć na stolicę i wymusić własne warunki podziału władzy. Prowadził rozmowy z ONZ i emisariuszami rządu z Tripoli jedynie po to, żeby zyskać na czasie. Już w styczniu zajął roponośny Fezzan na południu kraju. W marcu złożył wizytę w Rijadzie, gdzie rozmawiał ze starym królem Salmanem i faktycznym przywódcą kraju, koronnym księciem Mohammedem ibn Salmanem. W tym samym czasie koronny książę z Abu Zabi odwiedzał marszałka polnego Sisiego w Kairze. Niemożliwe, by najważniejsi sojusznicy i dobrodzieje Haftara nie wiedzieli, co zamierza.

Sprzyjała mu także międzynarodowa koniunktura. W Algierii, najsilniejszym wojskowo i politycznie z państw Maghrebu i Sahelu, w wyniku ulicznej rewolucji odsunięty od władzy został panujący od 20 lat prezydent Abdul Aziz Buteflika. Algieria, która pod koniec zeszłego stulecia przeżyła krwawą, barbarzyńską wojnę domową (prawie ćwierć miliona zabitych), bardzo pilnowała, by w nowych władzach libijskich znalazło się miejsce także dla zwolenników muzułmańskiej rewolucji, lokalnej odmiany Braci Muzułmanów. Udział we władzy miał ich zniechęcić do wojny. Niepokój Algierczyków o Libię wynikał wyłącznie z troski o własne bezpieczeństwo. Rozgromieni podczas wojny algierscy dżihadyści zostali przegnani z Sahary i ukryli się aż na afrykańskim Sahelu. Wojenny chaos w Libii mógłby otworzyć im z powrotem drogę na pustynię – mogliby znów przenieść swoje bazy za algierską miedzę. W normalnej sytuacji Haftar nie ośmieliłby się wystąpić przeciwko Algierii. Uliczna rewolucja, abdykacja prezydenta i polityczna niepewność w Algierze odciągnęły jednak tamtejszych rządzących od spraw Maghrebu. Libijczyk postanowił skorzystać z nadarzającej się okazji i w środę wydał swoim wojskom rozkaz do natarcia na Tripoli.

W libijskiej stolicy gościł akurat sekretarz generalny NZ António Guterres, który zjechał tu na rozmowy o pokoju (w połowie kwietnia ONZ planowała ich kolejną rundę). Część znawców uważa, że to nie przypadek, a Haftar ruszył do ataku, by narzucić ONZ i rządowi w Tripoli własne warunki politycznej ugody. Inni przekonani są jednak, że Haftarowi nie chodzi o targi, ale o to, by podbić stolicę i objąć władzę w całej Libii. Twierdzą, że zachęciła go do tego ugodowość Zachodu, który zajęty wyłącznie własnymi kłopotami i sprawą imigrantów, patrzył przez palce na jego dotychczasowe poczynania, przyznając po cichu, że dla dzisiejszej Libii rządy wojskowego dyktatora byłyby może wcale nie najgorszym rozwiązaniem (ofensywa Haftara na Tripoli spotkała się z umiarkowanym potępieniem Zachodu, Amerykanie wycofali z Libii resztę wojsk i tylko nafciarze kategorycznie zażądali, by bez względu na polityczną sytuację i ewentualną wojnę, terminale naftowe i rurociągi działały bez zarzutu). „Po co w takim razie było obalać Kaddafiego?” – pytają cyniczni wyznawcy Realpolitik.

Czekając na szturm

Sukces Haftarowi miała zapewnić wojna błyskawiczna i fakty dokonane. W środę wydał rozkaz do natarcia, a już w piątek jego oddziały stały u bram Tripoli. Tam jednak natarcie się załamało. Na odsiecz stolicy ruszyli partyzanci z Trypolitanii, z Mistraty, Zintanu, Zawiji. Ci ostatni złamali ponoć umowę z Haftarem i zamiast przepuścić jego wojska do stolicy i nad granicę z Tunezją, przegrodzili im drogę, wzięli 150 żołnierzy do niewoli i odebrali im kilkadziesiąt „technicali” – terenowych toyot z zamontowanymi wielokalibrowymi karabinami maszynowymi i armatkami.

Seria zwycięstw i wojna błyskawiczna były udziałem Haftara, póki jego wojska maszerowały przez pustynne, górzyste i bezludne południe kraju. Na nadmorskich równinach wokół Tripoli natarcie zwolniło. Podczas walk w poprzednich latach szturmujący miasto potrzebowali zwykle wielu tygodni, żeby z przedmieść przebić się do centrum i położonych tam urzędów. Szybkie tempo natarcia armii Haftara sprawiło zresztą, że odwody zostały daleko w tyle za szturmowymi oddziałami i libijski marszałek polny może mieć kłopoty z zaopatrzeniem.

Haftar przechwala się, że ma pod sobą prawie stutysięczną armię, ale tak naprawdę jego doborowe brygady, dowodzone przez synów marszałka, liczą najwyżej kilka tysięcy ludzi. W Tripoli będą mieli przeciwko sobie zaprawione w walkach i rozbojach oddziały partyzanckie z Misraty i ich komendantów, którzy dorobili się na porewolucyjnym chaosie i zrobią wszystko, by korzystny dla siebie stan utrzymać jak najdłużej. Trudno sobie dziś wyobrazić – choć to pewnie kwestia ograniczonej wyobraźni – żeby Haftar miał się z nimi układać albo też, by komendanci z Misraty mieli przejść na stronę Haftara.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zachodni publicysci zdaja sie wykazywac amnezja jesli chodzi o wydarzenia historyczne. Czytajac ten artykul mozna odniesc wrazenie, ze upadek i zamordowanie przywodcy Libii to byla jakas tam wewnetrzna "rozroba", ktora zakonczyla sie przemiana Libii w panstwo upadle. Gdzies zniknela rezolucja ONZ i jej naruszenie przez kraje NATO w postaci zbrojnej interwencji, bez ktorej calkiem mozlie, z Kaddafi zylby nadal a Libia nie byla panstwem upadlym. Zreszta w podobnym stylu pisze sie o wydarzeniach w Egipcie - red. Jagielski przynajmniej uzyl slowa pucz. Pozdrawiam

Dziwny błąd ze strony tak dobrego autora jak p. Jagielski. Przecież stolica Trypolitanii nazywa się Trypolis, a "Tripoli" to wersja angielska. To tak, jakby pisać "Na wakacje pojechałem do Rome".
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]