Reklama

Libia: bez wyboru

Libia: bez wyboru

w cyklu STRONA ŚWIATA
14.12.2021
Czyta się kilka minut
Wyznaczone na 24 grudnia wybory miały zakończyć dekadę wojny domowej. Nie zakończą. Trzeba będzie je odwołać albo przynajmniej przełożyć.
Plakat wyborczy: „Twój udział jest przyszłością kraju”, Trypolis / fot. MAHMUD TURKIA/AFP/East News
N

Nie tylko uliczny bunt, a przede wszystkim wojskowe wsparcie Zachodu i samoloty NATO doprowadziły do upadku rządzącego Libią przez prawie pół wieku Muammara Kadafiego. Tropiony i ścigany, Kadafi wpadł w końcu w zasadzkę i został zlinczowany przez rebeliantów. Podzielił los wielu satrapów podczas arabskiej Wiosny Ludów. Tych, którzy wiązali z nią nadzieje na pokój i nowe otwarcie, często spotykało gorzkie rozczarowanie. W Libii, Syrii i Jemenie rewolucje przerodziły się w krwawe i trwające do dziś konflikty zbrojne.

Powstańcy co prawda przejęli rządy w Trypolisie, ale szybko doszło między nimi do sporów o podział władzy, a w 2014 roku do nowej wojny domowe. Libia rozpadła się na dwie wrogie części. W zachodniej Trypolitanii rządzili watażkowie z Misraty i Zawiji, którzy stali na czele buntu przeciwko Kadafiemu. Wschodnią Cyrenajkę kontrolowali liderzy z Tobruku i Benghazi, którzy  tych z zachodu uważali za muzułmańskich fanatyków i dżihadystów.

Trypolitania, uznawana przez ONZ za prawowite władze Libii, znalazła sprzymierzeńców w Turcji, Algierii, Włoszech i Katarze, Cyrenajka – w Rosji, Francji, Grecji, Egipcie i bogatych królestwach z półwyspu Arabskiego. W 2019 roku armie Cyrenajki dowodzone przez samozwańczego marszałka polnego Chalifę Haftara zaatakowały na Trypolitanię i wdarły się na przedmieścia stolicy.

Tam jednak zostały zatrzymane, natarcie ugrzęzło na przedpolach Trypolisu. Obrońcom miasta i wojskom Trypolitanii pomogła Turcja, która przysłała partyzantów z Syrii, a przede wszystkim bezzałogowe samoloty, które rozgromiły kolumny Haftara i zmusiły je do odwrotu. Przed całkowitą klęską uratowali Haftara Rosjanie, którzy podesłali mu prawie półtora tysiąca żołnierzy zwerbowanych przez podległą Kremlowi, ale oficjalnie niemającą z nim nic wspólnego firmę najemniczą Wagner.

Rok pokoju

Jesienią, przy mediacji dyplomatów z ONZ, Trypolitania i Cyrenajka (libijskie południe, pustynny i prawie bezludny Fezzan pozostaje pod wpływami silniejszej wojskowo Cyrenajki) podpisały porozumienie o zawieszeniu broni, a w marcu przedstawiciele obu obozów wspólnymi siłami wybrali tymczasowy rząd, który miał przejąć władzę i pod koniec roku urządzić wolne wybory, kończące czas wojny i podziału.


CZYTAJ WIĘCEJ

STRONA ŚWIATA to autorski serwis Wojciecha Jagielskiego, w którym dwa razy w tygodniu reporter i pisarz publikuje nowe teksty o tych częściach świata, które rzadko trafiają na pierwsze strony gazet. CZYTAJ TUTAJ


Za zaskoczenie uznano wybór nieznanego szerzej Abd-al Hamida Dubajdy, 61-letniego, zamożnego przedsiębiorcy budowlanego, na tymczasowego premiera, ale i w tym dopatrywano się dobrej wróżby. Dubajba, choć dorobił się za czasów Kadafiego, nie należał ani do jego szczególnie zagorzałych zwolenników, ani przeciwników. Jako człowiek znikąd, ugodowy, dawał nadzieję, że jego osoba nie będzie głębiej dzielić Libii, a może nawet zacznie ją na powrót godzić.

Uznano też, że najważniejsi polityczni gracze postanowili poczekać do grudniowych wyborów, by w nich ubiegać się o najwyższe stanowiska. Porozumienie lutowe stanowiło bowiem, że politycy, którzy zasiądą w rządzie tymczasowym i będą urządzać wybory, sami nie będą mogli w nich wziąć udziału.

Sprawy miały się dobrze aż do września. Do udziału w wyborach zarejestrowało się prawie trzy z siedmiu milionów Libijczyków, co ONZ uznała za dowód wiary ludzi w to, że dzięki demokracji uda się zakończyć wojnę. We wrześniu jednak przewodniczący parlamentu Aguila Saleh, jeden z najbardziej wpływowych polityków kraju, niekryjący, że jego ambicje sięgają prezydentury, ogłosił, że wyborów do parlamentu nie uda się przeprowadzić w terminie i z końca grudnia zostają one przełożone na luty bądź marzec przyszłego roku. Wybory prezydenckie miały się jednak odbyć zgodnie z planem – 24 grudnia. Już tę decyzję Saleha podważyli jego polityczni wrogowie i konkurenci. Twierdzili, że nie dopełnił wszystkich proceduralnych wymogów, a na posiedzeniu parlamentu nie było wystarczającej liczby posłów, by podjąć takie postanowienie. Najbardziej krytykowano go za to, że pochłonięty marzeniami o prezydenturze, zaniedbał prace nad ordynacją wyborczą i w rezultacie pierwsza wolna elekcja miała się odbyć bez ustalonych reguł gry. Libijczycy nigdy wcześniej nie wybierali sobie przywódcy; najpierw rządził nimi król, a od zamachu stanu w 1969 roku – Kadafi.

Sto dni bałaganu

Narzekania znalazły potwierdzenie, gdy w listopadzie zaczęli się zgłaszać pretendenci do libijskiej prezydentury. Jako jeden z pierwszych swoją kandydaturę zgłosił oficjalnie Saif al-Islam Kadafi, syn byłego tyrana, który po obaleniu i zabójstwie ojca sam dostał się w ręce powstańców z Trypolitanii, został przez nich osądzony i skazany na dożywocie. Przebywał w niewoli w górach Zintanu, ale latem niespodziewanie udzielił wywiadu gazecie „New York Times” i zapowiedział powrót do polityki.

Na początku grudnia centralna komisja wyborcza ogłosiła, że z powodu ciążącego na nim wyroku nie może wpisać Kadafiego na listę pretendentów. Kadafi odwołał się do sądu, a ten orzekł, że ma on prawo walczyć o prezydenturę.  W sądzie omal nie doszło do rozruchów, bo uzbrojeni partyzanci Haftara blokowali budynek, usiłując nie wpuścić do niego zarówno współpracowników Kadafiego, jak i sędziów.

Do walki o prezydenturę stanął też sam feldmarszałek Haftar. Niegdyś prawa ręka Kadafiego, naraził się mu, gdy dostał się do niewoli podczas wojny z Czadem w latach 80., a w zamian za amerykański paszport zgodził się na współpracę z CIA. Wrócił do Libii dopiero podczas Arabskiej Wiosny. Dobiega już osiemdziesiątki i po zeszłorocznej klęsce pod Trypolisem wie, że jeśli nie zostanie prezydentem, pozostanie mu już tylko emerytura. Tym bardziej że rozczarowawszy się Haftarem, jego dobrodzieje z Rosji coraz życzliwiej przyglądają się Kadafiemu juniorowi i to jemu dziś wysyłają do pomocy najemników „Wagnera”.

Rywale od razu zaskarżyli do komisji kandydaturę Haftara, twierdząc, że jako obywatel USA nie ma prawa ubiegać się u urząd prezydenta Libii. Komisja odrzuciła skargi, a konkurenci Haftara zapowiedzieli, że pójdą z tym do sądu.

Zaskarżona została także kandydatura tymczasowego premiera Abdula Hamid Dubajby, który zgodnie z ustaleniami miał nie startować w wyborach, które sam przygotowywał. Dubajba tłumaczył, że z jego strony była to jedynie niezobowiązująca obietnica, a prawo nie zabrania mu ubiegania się o prezydenturę. Zarówno komisja wyborcza, jak i sąd oddaliły skargi przeciwko Dubajbie.

Kiedy w listopadzie, po niespełna pół roku od nominacji,  ze stanowiska szefa misji ONZ w Libii ustąpił słowacki dyplomata Jan Kubis, wiadomo było, że sprawy w Libii nie mają się dobrze.

Bez wyboru

W sobotę, na dwa tygodnie przed planowaną elekcją, komisja wyborcza obwieściła, że nie opublikuje oficjalnej listy kandydatów, dopóki nie zakończą się wszystkie postępowania sądowe w ich sprawach. Kandydatów zgłosiło się prawie stu (w tym dwie kobiety), komisja wyborcza zakwestionowała 25 kandydatur, a wszyscy złożyli apelacje.

Choć nikt tego oficjalnie nie ogłosił, bałagan prawny praktycznie wyklucza możliwość przeprowadzenia pierwszych w Libii powszechnych wyborów prezydenckich w wyznaczonym terminie. Ustalone we wrześniu przepisy gwarantują kandydatom co najmniej dwa tygodnie na kampanię wyborczą. Tego warunku nie da się jednak dotrzymać, ponieważ na niespełna dwa tygodnie przed wyborami nieznana jest nawet oficjalna lista kandydatów.

Już na początku grudnia pojawiły się głosy libijskich polityków, że wybory trzeba odwołać, przełożyć i przeprowadzić razem z parlamentarnymi na początku przyszłego roku. Badacze libijskiej polityki przyznają, że po dziesięciu latach wojny, roku pokoju i trzech miesiącach bałaganu Libię czekają tylko złe wybory. Jeśli mimo wszystko zostałyby przeprowadzone w ustalonym terminie, ich wyniki z pewnością zostaną zaskarżone, a pokonani po prostu ich nie uznają.

Z kolei odwołanie wyborów ośmieli tych, którzy uważają, że po władzę można sięgnąć przemocą. Liczne rodzime milicje zbrojne i cudzoziemscy, najemni żołnierze (mimo obietnic wciąż obecni w Libii) grożą pogłębieniem podziału czwartego największego kraju Afryki i nową wojną.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]