Początek może się kojarzyć z amerykańskim serialem „Cudowne lata”, ale migawki z niegdysiejszej sielanki co chwila przerywa jakiś brutalny obraz.
Wybitna Fernanda Torres
Jesteśmy w Rio de Janeiro pod koniec 1970 roku, w pierwszych latach dyktatury, która trwać będzie jeszcze półtorej dekady. Widzimy, jak w filmie Waltera Sallesa przelatujący nad plażą helikopter burzy spokój zanurzonej w oceanie kobiety, jak uliczny patrol terroryzuje wracających z kina młodych ludzi, a telewizyjne wiadomości zapowiadają przykręcenie śruby, psując okołoświąteczny nastrój. Dlatego rodzina Paiva – w zgranym składzie 2+5, nie licząc przygarniętego właśnie psa – już za chwilę przekona się, iż beztroskie rodzinne filmiki należą do przeszłości.
Wraz z uprowadzeniem męża i ojca, architekta i byłego kongresmena, blaknie ów ciepły, nostalgiczny filtr i zaczyna się kino, w którym to Eunice, czyli żona, matka, gospodyni domowa, zamienia się w aktywistkę walczącą ze zbrodniczym systemem. A potem z otaczającym go milczeniem.
Przedstawiona w „I’m Still Here” autentyczna historia zniknięcia Rubensa Paivy, oskarżanego o związki z komunistycznym terroryzmem, kronika prześladowań jego rodziny i wielkiej determinacji Eunice – powstała na podstawie wspomnień spisanych przez ich syna, wydanych w 2015 roku. Marcelo miał jedenaście lat, kiedy w domu zjawili się „smutni panowie”, i wtedy rozpoczyna się ta właściwa opowieść o państwowym terrorze, który jeszcze długo nie zostanie nazwany po imieniu, nie mówiąc o konkretnych rozliczeniach.
Większość czasu ekranowego zajmuje tu Fernanda Torres, wybitna aktorka brazylijska, nominowana za tę bardzo powściągliwą rolę do Oscara. W finale zaś, u kresu życia bohaterki, zastępuje ją inna gigantka tamtejszego kina, Fernanda Montenegro, prywatnie matka Torres i przy okazji gwiazda „Dworca nadziei” (1998), najgłośniejszego dotąd filmu Sallesa.
Kruchość demokracji w filmie Sallesa
To bliskie i międzypokoleniowe spotkanie ma wymiar symboliczny – w kraju, gdzie nadal zwleka się z ukaraniem reżymowych zbrodniarzy, powstał film rozrachunkowy i zarazem wychylony ku współczesności. W Brazylii był ogromnym sukcesem kasowym, na festiwalu w Wenecji dostał nagrodę za scenariusz, na oscarowej gali pokonał „Nasienie świętej figi”, „Dziewczynę z igłą” czy „Emilię Pérez”. Zbiorową ekscytację wokół „I’m Still Here” porównywano do brazylijskiej gorączki futbolowej, było w niej też coś z łapania oddechu po brunatnej prezydenturze Jaira Bolsonaro.
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
I nic dziwnego, że dzieło Sallesa jest filmem wysoce problematycznym dla tamtejszej prawicy. Wśród współpracowników eksprezydenta były osoby mocno umoczone w niedawnej dyktaturze i on sam wielokrotnie wychwalał taką formę rządów. A publiczność, nie tylko krajowa, zobaczyła na ekranie, jak krucha może być demokracja i jak złudny bywa spokój sytych, kochających się rodzin, nawet tych bezpośrednio nieuwikłanych w politykę.
Uniwersalna siła emocji mocną stroną „I’m Still Here”
Oczywiście, osobisty charakter materiału wyjściowego nadaje sentymentalny ton również samemu filmowi. Widziana oczami chłopca scena, w której matka wypuszczona z kilkunastodniowego aresztu próbuje zmyć z siebie cały brud, ma cechy przeżycia traumatycznego, choć wiele w tym spojrzeniu tkliwości. Eunice długo będzie chronić swoje dzieci przed prawdą o ojcu, one zaś będą czasami udawać, że niczego się nie domyślają. Bo Salles stworzył kino bardzo emocjonalne i, mimo silnego brazylijskiego kontekstu, odwołujące się do uniwersalnych doświadczeń. Także tych związanych z pamięcią indywidualną i zbiorową.
W przypadku Eunice Paivy odkłamywanie przeszłości sięgnęło potem znacznie dalej, aż do brazylijskiej „prehistorii” i praw rdzennych mieszkańców kontynentu. Tak narodziła się opowieść nie tylko o indywidualnej czy rodzinnej sile przetrwania, ale też o pogłębianiu się politycznej świadomości i społecznego zaangażowania – nakręcona w dużej mierze „miękkim” językiem kina familijnego, co wcale nie znaczy, że osłabiło to jej krytyczną wymowę.
„I’M STILL HERE” („Ainda Estou Aqui”) – reż. Walter Salles. Prod. Brazylia/Francja 2024. Prime Video, Premiery CANAL+, Rakuten, Polsat box go, Player
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















