Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Cena rozmowy

Cena rozmowy

15.10.2013
Czyta się kilka minut
Dyskusja o polskim reportażu prowadzona bez świadomości wysiłku, jakim bywa okupiony, odchodzi w niepamięć.
S

Spośród dziesiątków książek reporterskich, które przeczytałem w ostatnich latach, jedna wstrząsnęła mną szczególnie. Nie dotyczyła (a przynajmniej nie dotyczyła przede wszystkim) okrucieństw wojny, drapieżnej kolonizacji Kongo, odysei afrykańskich imigrantów, wojen w Czeczenii, Afganistanie czy codzienności, z jaką muszą zmagać się współcześni Rosjanie. „Miłość z kamienia” Grażyny Jagielskiej to książka bezwzględna, precyzyjna, okrutna i prawdziwa. Wiwisekcja małżeństwa autorki z najsłynniejszym polskim reporterem wojennym, Wojciechem Jagielskim, pozwala zobaczyć to, o czym, zaprzątnięci lekturą kolejnych fascynujących reportaży, nie mamy pojęcia.
GŁÓD INFORMACYJNY
Możliwe, że minione ćwierć wieku literaturoznawcy nazwą kiedyś erą reportażu. Ani proza, ani poezja, ani dramat nie wzbudzały i nie wzbudzają w czytelnikach takich emocji jak relacje z terenu, zarówno krajowego, jak i egzotycznego. Być może popularność tego gatunku jest funkcją głodu informacyjnego, być może reportaż okazał się świetnym narzędziem do zrozumienia świata, lepszym niż tradycyjna proza. Jakiekolwiek byłyby przyczyny, polscy reporterzy prasowi piszą znakomitą literaturę. Przedzierają się samochodem przez Rosję, rowerem wokół Chin, kajakiem przez Bajkał, autostopem przez Kołymę; obserwują z bliska najważniejsze konflikty zbrojne i rozmawiają z ich głównymi bohaterami; przebrani za żebraków, wściekli na młodocianą bandyterkę, która terroryzuje dzieci pod blokiem; w napromieniowanej sztolni i tam, gdzie zbierają pyłek z konopii; czasem pogrążeni w upiornie długim oczekiwaniu na jedną rozmowę.
Pytanie o koszty tych eskapad jako pierwszy postawił Artur Domosławski w biografii Ryszarda Kapuścińskiego „Non-fiction”. Oburzenie części środowiska dziennikarskiego wywołał wątek relacji wybitnego reportera z żoną. Domosławski wspomniał o kochankach, o wierności żony, pozostawianej na długie lata na straży domowego ogniska, o trudnych relacjach z córką. Jednak przy „Miłości z kamienia” fakty, które przytacza, zdają się blade. Grażyna Jagielska nie pisze o zdradach. Opisuje natomiast cenę, jaką wrażliwa kobieta płaci za wieloletni związek z człowiekiem, który zawodowo ociera się o śmierć. Zastanawia się nad motywacjami, nad drugim dnem zawodu dziennikarza. W przeciwieństwie do Alicji Kapuścińskiej, która wybrała milczenie i lojalność wobec nieżyjącego męża, autorka mówi, dużo i mocno.
Zostawię na inną okazję bardzo dwuznaczne odczucie, jakie towarzyszy lekturze tej książki – jest ona z pewnością terapią, ale sprawia też wrażenie regularnej zemsty za zniszczony kawał życia. Bardziej interesujące wydaje mi się pytanie o obraz reportera, jaki budowany jest w „Miłości z kamienia”. Główny bohater wyjeżdża w świat gnany nie tylko poczuciem obowiązku i chęcią zdania relacji. Wojna bywa też sposobem na realizację niepohamowanej żądzy przygód, na hodowanie w sobie awanturniczej żyłki, na sławę, prestiż, poczucie własnej wartości. Wojna, czy szerzej, zawód reportera, może być sposobem na ucieczkę od rutyny codzienności, której pielęgnację pozostawia się bliskim, wartość tekstów w skali makro może wiązać się z dramatem w skali mikro. „Czasem, kiedy na wyjeździe dużo się dzieje, mam wrażenie, że żyję pełnią życia” – mówi korespondent do swojej żony. Mówi tak, jak mówią o swoich wyjazdach himalaiści. Pełnia życia jest tam, gdzie strzelają, gdzie trwa polowa narada komendantów. Raczej nie w domu, nie na tapczanie Gaweł, nie w ustabilizowanej, nudnej przestrzeni. Raczej tam, gdzie licytuje się wysoko, gra ryzykownie, a czasem płaci zdrowiem lub życiem.
GŁÓD ŚMIERCI
Współczesny reporter, przynajmniej ten z najwyższej półki, uprawia sporty ekstremalne nie tylko wtedy, kiedy jedzie na wojnę. Czasem, jak Mariusz Wilk, wpada w opisywaną przez siebie rzeczywistość po szyję, uznając, że tylko takie rozwiązanie gwarantuje wiarygodność przekazu. Poszukiwania autora „Wołoki” mają charakter zarówno geograficzny, jak i filologiczny, pragnienie poznania duszy rosyjskiej wypycha go na odległe prowincje, gdzie przebywa na tyle długo, że z przybysza przeistacza się w tubylca, upor­czywie poszukującego starych słów i gestów nieobecnych w modernizującej się Europie. W wywiadzie udzielonym „Tygodnikowi Powszechnemu” opowiadał: „Wtedy też zaczęła się moja przygoda miłosna z rosyjskimi domami na Północy. To są niezwykłe domy: wielkie, drewniane, z bali, z ogromną ruską pieczką, która jest ich duszą. Z głupia frant zapytałem Kuzienkowa, czy w pobliżu nie ma domu do kupienia. Owszem, niedaleko jest kołchoz Siewiernyj, jedenaście wsi, na pewno coś się znajdzie. Jedziemy do jednej z tych wsi, Tajwengi – prawie wszystkie domy można kupić, bo mieszkańcy wymierają, trzy wsie już całkiem bezludne. Dom i przewiezienie go w inne miejsce, nad jezioro, kosztuje mnie tyle co dwie skrzynki wódki. Doczekaliśmy jeszcze obmycia pierwszego wieńca, żeby się dom nie zwalił – i pojechałem na wojnę do Abchazji.
Jechałem przez Czeczenię, chciałem się zabrać z ochotnikami czeczeńskimi, którzy mieli pomóc Abchazom, ale ci ochotnicy bardzo długo się zbierali, wiecowali – machnąłem na nich ręką i pojechałem na wojnę autostopem. Gruzińską Wojenną Drogą, przez cały Kaukaz; po drodze była jeszcze jedna linia frontu, w Osetii. Wylądowałem w Tbilisi, stamtąd psim swędem udało mi się polecieć samolotem z gruzińskimi najemnikami. Chodziłem po pustej plaży w Suchumi, a nade mną latały pociski, bo za rzeką Gumista były już oddziały abchaskie. Napatrzyłem się tam na różne obrzydliwości, złe emocje, śmierć. (...) Po powrocie z Tbilisi do Moskwy mówię do Weroniki: Mam dosyć Południa i w ogóle wojennych emocji, pojedziemy nad Białe Morze, jeszcze tam nie byliśmy. Punktem zaczepienia był znajomy w Archangielsku, a z Archangielska popłynęliśmy ostatnim rejsem na Sołowki. Był koniec września 1992”.
GŁÓD ROZKŁADU
Inaczej wygląda przypadek Jacka Hugo-Badera. Autor „Białej gorączki” podczas swoich podróży dotyka dna postradzieckiego piekła i zdaje z tego relację w przystępnej, popularnej formie. Rozpad imperium, alkohol, narkotyki, rosnący na żyznym podkładzie tęsknoty za komunizmem nac-bolszewizm, niejasne fortuny, weterani wojny afgańskiej, zrujnowana Czeczenia, aul Sarżał, którego mieszkańcy penetrują pozostałe po podziemnych wybuchach jądrowych sztolnie, wydłubując z nich miedziany drut... Owszem, jest w jego reportażach wyraźna romantyka brudu, ale rozpad pozostaje rozpadem, a upadek upadkiem, nawet jeśli opowieść o nich skrzy się od żartów, błyskotliwych porównań i ostrych dialogów. Rozpad pozostaje rozpadem nawet wtedy (a może tym bardziej), gdy reporter leci 300 km za koło podbiegunowe, żeby na własne oczy zobaczyć miejsce, w którym biją źródła potęgi Gazpromu: „Przyleciałem więc na tę Północ, w tę dzicz, tundrę, gdzie po pustkowiach grasują stada polarnych wilków, a od czasu do czasu zapuszczają się nawet białe niedźwiedzie, a tu na lotnisku pakują mnie do mercedesa, informują, że razem z kierowcą jest do mojej dyspozycji, wiozą mnie do hotelu i lokują w apartamencie, gdzie kaloryfery tak grzeją, że muszę zacząć od wietrzenia. kto by pomyślał, że na 68. równoleżniku dostanę łazienkę, w której będzie włoskie mydło toaletowe, ręcznik z wyszytym złotą nitką napisem »Modern-Paris« i karteczka na sedesie z informacją, że obiekt jest dezynfekowany. (...) Wszystkie posiłki dostawałem w hotelowej jadalni, w której stołuje się z żonami kierownictwo firmy. Jadałem zawsze przed nimi lub po nich. Stoi tam jeden wielki stół nakryty dla 14 osób, na którym pysznią się piramidy pomarańczy, fig i ananasów, z przepełnionych pater zwisają dorodne kiście winogron, a przy każdym nakryciu stoją kryształowe kieliszki do wina białego i czerwonego oraz wódki”.
Tak, figi za kołem podbiegunowym smakują wspaniale, ale trudno zapomnieć o okraszonej łzami gryce, którą wyjadały ze słoików rosyjskie kobiety poszukujące swoich synów zaginionych na czeczeńskiej wojnie. Owszem, wspaniale smakuje krymski koniak Żan-Żak, sączony na jałtańskim nabrzeżu, ale to chyba jednak smak lodowatej wódki, obalanej na moskiewskim podwórku wspólnie z bezzębnym raperem, ma znaczenie podstawowe i, wbrew wszelkim zmianom zachodzącym w Rosji, decydujące. Rosja z reportaży Badera jest przede wszystkim krajem patologii, korupcji, uzależnień i biedy, niewiele w niej miejsca na stabilizację czy normalność. To dziurawy jak sito kraj, z którego wycieka dobra energia. To kraj, któremu bliżej do wizji z wywrotowych książek Zachara Prilepina niż opisującego chwiejną, ale jednak stabilizację Wiktora Pielewina.
Teksty Hugo-Badera można traktować jak nowoczesną wersję opowieści łotrzykowskiej, barwnej, rozgrywającej się na peryferiach dobrze ułożonego świata.
Dlatego w reportażach tych, niezależnie w jakiej części świata się rozgrywają, zazwyczaj nie napotkamy luminarzy kultury i znanych polityków. Częściej – drobnych pijaczków, przypadkowych żebraków, prostytutki, narkomanów, pstrokatą nędzę, oglądaną z uwagą i nieustannym mimo upływu lat zdumieniem. Każdy człowiek jest dla reportera mikrokosmosem, wyzwaniem, nowością, o rutynie w stosunkach reporter–bohater nie ma mowy, choć schematy spotkań czasem się powtarzają: „Misza to chłop wielkości transatlantyku. Stary, trzydziestoletni żul. Poznałem go na stacji kolejowej w Lubercach. Chciał mnie huknąć w zęby, bo zrobiłem mu zdjęcie. Był luberem, teraz jest pijaczkiem i drobnym bandytą, którego można wynająć do brudnej roboty. Kiedyś w centrum miasta rozebrał mi się do majtek, żeby policzyć wszystkie blizny po nożach: dziewięć szytych i jeszcze sześć innych”.
„Nie marnowałem czasu. Obserwowałem. Jakież tam typy chodzą. Choćby ten. Wielki jak góra, kusy garniturek wypchany mięchem. Gęba ciemna, sztywna czupryna, nos złamany, brwi krzaczaste – gość z Kaukazu. Od razu widać, że garnitur pożyczył od kolegi, a na co dzień nosi panterkę”.
„Chodząc do metra, lubiłem się gapić na towarzystwo okupujące parapet. Podmiejskie żule, bezdomni, nielegalni imigranci z Kaukazu i Azji Środkowej, kopiejkowe prostytutki, dworcowi pijacy. A jakie mordy! Ja rozumiem – ryba tropikalna, rozgwiazda, muchomor, ale żeby taki kolor miał człowiek!”
WŻYĆ SIĘ W INNYCH
Zarzut zbytniego naturalizmu i niezdrowej fascynacji w przypadku rosyjskich tekstów Hugo-Badera wydaje się jednak nietrafiony. Trudno też mieć pretensje, że reporter opisuje postaci żywcem wyjęte z prozy Wieniedikta Jerofiejewa. Opisy rzygowin, plam moczu na śniegu, krwi, połamanych nosów, zbójeckich rajdów w zapomnianych guberniach mają na celu nie tyle epatowanie drastycznym obrazem, ile pokazanie świata od dołu, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Reporter sam o sobie pisze, że w poprzednim wcieleniu musiał być psem – dlatego lubi się szwendać. I rzeczywiście, ogląda świat z psiej perspektywy. Widziana od dołu Rosja w ten właśnie sposób wygląda. Jest to być może dno społecznego piekła, ale, podobnie jak u Andrzeja Bursy, ludzie tam gotują, płodzą dzieci i kiszą kapustę.
Zadaniem reportera jest zdanie relacji w możliwie najtrafniejszy sposób. W przypadku Badera relacja jest na tyle trafna i wciągająca, że czytelnik wzdycha z zazdrością, myśląc, „dlaczego mnie tam nie ma”, choć, bądźmy szczerzy, powinien za to panu Bogu dziękować.
Zdaje się, że Jacek Hugo-Bader znalazł własny sposób na realizację dziennikarskiego posłannictwa takiego, jakim rozumiał je Kapuściński: jeździ ze swoimi bohaterami, pije to, co piją oni, marznie i ryzykuje życiem, miesiącami żyje na wariackich papierach. Gada i gada, do upadłego, czasem więcej niż napotkani rozmówcy, bardzo dużo dając z siebie i równie dużo otrzymując w zamian. Na mdłą stoliczną zazwyczaj nie ma ochoty, zdaje sobie jednak sprawę, że w Rosji bywa ona niezbędnym warunkiem rozmrożenia skostniałych dusz; na mrozie nikomu normalnemu marznąć się nie chce, bez tego jednak opowieść o mieszkających na dalekiej północy Rosjanach będzie historią niepełną. Żaden racjonalnie myślący człowiek nie przejdzie przemytniczym szlakiem dookoła posterunku milicyjnego, z obawy przed napotkanym patrolem; Hugo-Bader przechodzi, żeby zbliżyć się do sytuacji narkotykowego kuriera. Niespotykany dziennikarski temperament nie powinien jednak mylić – reporter często podkreśla, że ryzyko zmniejsza do niezbędnego minimum. Z przypadkowymi postaciami nie pije, jak dotąd nieomylny węch chroni go przed kłopotami.
Ostatnio zagrał, jak mówią piłkarze, na jeszcze większym ryzyku: pojechał w Karakorum razem z ekipą poszukującą ciał Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego. Pojechał, żeby zobaczyć, co ciągnie ludzi w wysokie góry, jak wyglądają rozmowy wspinaczy uwięzionych przez długie dni w namiotach, co to znaczy czekać na okienko pogodowe albo wycofywać się tuż przed upragnionym celem.
W tej metodzie, metodzie szaleńczej, w ryzykownych jazdach na kres świata i fizycznych możliwości kryją się niebezpieczeństwa, o których Hugo-Bader opowiada zresztą otwarcie, wspominając na przykład rowerową eskapadę wokół Chin. Dwa miesiące na siodełku, tłumacz, setki rozmów, a mimo to poczucie dziennikarskiej porażki i powierzchowności przywiezionego materiału. Chiny nie dopuszczają reportera do siebie, kody kulturowe są zbyt odległe, by w błyskawicznych rozmowach znaleźć porozumienie, wyjazd staje się dla doświadczonego reportera lekcją pokory.
Ergo: dziennikarska brawura musi czasem ustąpić przed koniecznością specjalizacji, w innym bowiem przypadku trzeba liczyć się z bolesną porażką.

REPORTAŻ CZYSTY I NIECZYSTY

W ostatecznym rozrachunku powinien oczywiście liczyć się czysty tekst, bez didaskaliów. Czytelnik nie musi wiedzieć, że w tle wybitnych reportaży o Czeczenii i Afganistanie czai się dramat psychologiczny. Nie musi zastanawiać się, czy Hugo-Badera ciągnie na wschód dziennikarskie reisefieber czy raczej chęć przekazania światu możliwie pełnej wiedzy o tym, jak głębokim tragizmem jest nadal przepełniona rzeczywistość społeczna Rosji. Nie musi pytać o to, jak stąpanie po śladach współczesnych wojen zmieniło Wojciecha Tochmana, ani jaką cenę za Sołowki płaci Mariusz Wilk. Te informacje nie powinny mieć zasadniczego znaczenia dla człowieka, który po prostu chce się dowiedzieć, jak jest gdzie indziej.
A jednak era reportażu czystego zdaje się odchodzić w przeszłość. A obok smakowania szczegółów stylistycznych czy opisów detalu równie ważna staje się buchalteria prywatnych uczuć i niewymiernych kosztów, które za świetny tekst płaci reporter wraz z bliskimi. Pisze Grażyna Jagielska: „Przywoził ze sobą różnych ludzi, ale sporo samego siebie zostawiał po tej drugiej stronie, do której ja nie miałam dostępu. Czasem miałam wrażenie, że prowadzi jakąś wymianę. Może nie robi tego dobrowolnie, ale też się jej nie przeciwstawia – dostaje opowieści, ale sporo oddaje w zastaw”.
W zastaw, dodajmy, który czasem udaje się odzyskać, a czasem przepada na zawsze.

MICHAŁ OLSZEWSKI jest dziennikarzem i reportażystą, byłym kierownikiem działu reportażu „Tygodnika Powszechnego”. Obecnie rzecznik prasowy ClientEarth. Autor zbioru opowiadań „Do Amsterdamu”, a także zbioru reportaży „Chwalcie łąki umajone” oraz „Zapiski na biletach”.

ANDRZEJ MELLER jest reporterem, publicystą, korespondentem „Tygodnika Powszechnego” z Libii i Osetii Południowej. Autor „Mirażu” – zapisu z podróży po Azji i jednego z pierwszych literackich świadectw upadku reżimu Muammara Kaddafiego („Zenga zenga, czyli jak szczury zjadły króla Afryki”). Prywatnie brat dziennikarza Marcina i syn dyplomaty Stefana Mellera.

MARIUSZ WILK jest dziennikarzem, eseistą i podróżnikiem. Aktywny działacz wrocławskiej Solidarności w latach 80., redaktor pism związkowych. Po rezygnacji z polityki wyjechał do Rosji, by relacjonować upadek imperium i pierwsze lata transformacji. Pochodzące z tego okresu zbiory reportaży „Wilczy notes” (drukowany w odcinkach w „Kulturze” paryskiej) i „Wołoka” (obie pozycje nominowane do Nagrody Nike) przełamywały kanony myślenia o Rosji w niepodległej Polsce.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, reportażysta, pisarz, ekolog. Przez wiele lat w „Tygodniku Powszechnym”, obecnie redaktor naczelny krakowskiego oddziału „Gazety Wyborczej”. Laureat Nagrody im. Kapuścińskiego...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]