Bogatsi rzadziej trafiają na front. Andrij Lubka o wojnie i niesprawiedliwości

Ukraiński pisarz Andrij Lubka opowiada o wojnie, społecznych nierównościach i życiu w kraju, który od czterech lat odpiera rosyjską inwazję.
z Ukrainy
Czyta się kilka minut
Na placu zabaw po rosyjskim ataku. Szostka w obwodzie sumskim, Ukraina, 4 maja 2026 r. // Fot. Francisco Richart / Anadolu / AFP / East News
Na placu zabaw po rosyjskim ataku. Szostka w obwodzie sumskim, Ukraina, 4 maja 2026 r. // Fot. Francisco Richart / Anadolu / AFP / East News

W styczniu tego roku z własnej woli zgłosiłem się do ukraińskiej armii – ja, do tej pory pisarz i wolontariusz. Decyzja ta zdumiała wielu moich przyjaciół, z zagranicy oraz z Ukrainy. Ci pierwsi pytali: dlaczego? Ci z Ukrainy: dlaczego dopiero teraz?

W tych dwóch pytaniach odbija się, niczym w lustrze, odmienność doświadczeń, tam i tutaj. Dla moich przyjaciół z Europy wojna jest, rzecz jasna, czymś strasznym, ale jednak odległym. Dla tych z Ukrainy wojna jest wszechobecna: dotyczy nas wszystkich i zmienia wszystkie sfery naszego życia. Jesteśmy w jej epicentrum.

Przyjaciele z Europy pytali: dlaczego się zgłosiłeś, skoro, pozostając w cywilu, mógłbyś być bardziej przydatny niż w mundurze. Jako pisarz jeździłeś za granicę, a twoje wystąpienia i teksty tam publikowane pokazywały prawdę o tej wojnie. Z kolei jako wolontariusz, który oddał swoje nazwisko i wiarygodność w służbie dobru wspólnemu, robiłeś zbiórki i kupowałeś auta terenowe, tak potrzebne na froncie (i kupiłeś ich 415 sztuk). To była konkretna robota, mógłbyś ją kontynuować. Dlaczego postanowiłeś to zmienić?

Natomiast przyjaciele z Ukrainy pytali: dlaczego zgłosiłeś się dopiero pod koniec czwartego roku inwazji, skoro nie poszedłeś walczyć w jej pierwszych dniach? Jaki miałeś powód, by zrobić to teraz, a nie na przykład w ubiegłym roku? Albo: czy nie mogłeś poczekać z tą decyzją do końca roku 2026? Może wojna skończy się do jesieni?

Dlaczego Andrij Lubka zgłosił się do armii

Łatwiej mi odpowiedzieć na pytania z Ukrainy. Otóż na początku inwazji wydawało mi się, że będę bardziej użyteczny jako pisarz – jako ukraiński głos w świecie. Ponadto z czasem udało mi się zbudować zespół wolontariuszy i nieść konkretną pomoc naszej armii (co dawało również, nie ukrywajmy, moralną satysfakcję).

W 2025 r. nie zgłosiłem się, gdyż mimo wszystko wierzyłem, że Donald Trump będzie w stanie pomóc w zakończeniu tej wojny – jeśli nie w 24 godziny, to przynajmniej do końca roku 2025. Nastał jednak rok 2026, wojna trwa i postanowiłem nie odkładać już tej decyzji. Jestem przekonany, że ona nie skończy się szybko.

Fakt, że zgłosiłem się właśnie teraz, ma jeszcze jedną przyczynę, osobistą. Jesienią 2025 r. moja młodsza córka poszła do przedszkola i dobrze się tam zaaklimatyzowała, co jest ważne dla mojej żony, która od stycznia została sama z dwiema małymi córkami na głowie (druga, starsza, idzie jesienią tego roku do szkoły).

Rzadko, zbyt rzadko się o tym mówi: mężczyźni, którzy idą na wojnę, budzą ogólny szacunek w sferze publicznej. Natomiast ich żony, na których barkach spoczywa odtąd podwójny ciężar, już nie – choć dla mnie ich brzemię jest równoważne. Dziękuję, moja Julio. Kocham cię także za to!

Ukraiński pisarz: było mi wstyd żyć na tyłach

Gdy zaś idzie o pytania przyjaciół z Europy, to nie mam jednej odpowiedzi, heroicznej i jednoznacznej. 

Przyznam, że męczyłem się z tym przez te cztery lata, a na kilka miesięcy przed decyzją przestałem sypiać i nocami przewracałem się w łóżku. Miałem też huśtawkę nastrojów: czasem bardzo się bałem i wydawało mi się, że na froncie zginę od razu. Innym razem przeciwnie: myśl, że tam będę, napełniała mnie siłą i energią. W końcu, gdy podjąłem decyzję (było to w październiku), poczułem niewiarygodną ulgę.

Było to trochę tak, jakbym zrzucił z siebie ciężar, który męczył mnie przez minione cztery lata.

Główna przyczyna tego ciężaru jest prosta: było mi wstyd. Wstydziłem się, że w czasie, gdy żyję moim życiem na tyłach, ktoś inny, być może, płaci w tym momencie swoim życiem za bezpieczeństwo moje i moich bliskich. Że mężczyźni i kobiety na froncie bronią mnie i moich dzieci, choć przecież jestem, przy moich 38 latach, wciąż względnie młody i nadal zdrowy, więc jak najbardziej mógłbym ich tam zastąpić.

Wojna w Ukrainie i ciężar nierówności

Zastąpić – to kluczowe słowo. 

Przez minione ponad cztery lata pełnoskalowej wojny w Ukrainie – podobnie jak zapewne w każdym kraju, który doświadczał wojny, niezależnie od epoki historycznej – zaostrzyły się podziały w społeczeństwie, a nierówności stały się bardziej widoczne. Podczas wszystkich wojen jeden mechanizm jest odwieczny i podobny: im jesteś zamożniejszy i im więcej masz „układów”, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że trafisz do armii i na front.

To wielka niesprawiedliwość. Zwłaszcza wobec tych, którzy na tej wojnie są od kilku lat. Ukraińskie realia, czytaj: braki ludzi w wojsku, są tak poważne, że nie można odesłać do domu nawet tych weteranów, którzy na froncie są od czterech lat – bo nie ma ich kim zastąpić. 

A gdy ktoś jest tam tak długo, to nawet gdyby miał przysłowiowe dziewięć kocich żyć, kiedyś one jednak mogą się skończyć. To zaś oznacza, że idąc na tę wojnę, idzie się jakby z biletem w jedną stronę. Bo wyrwać się z niej można tylko na dwa sposoby: ginąc lub odnosząc tak poważne rany, że odtąd jesteś inwalidą, niezdolnym do dalszej służby.

W takich okolicznościach bycie młodym i zdrowym mężczyzną gdzieś na tyłach – to wstyd. Wyobraź sobie: bawisz się ze swoimi dziećmi na placu zabaw. Obok, ze swoimi dziećmi, stoi kobieta, której mąż, wiesz o tym, od czterech lat jest na froncie. I napotykasz jej spojrzenie.

Decyzja o służbie wojskowej jako przykład dla dzieci

Ale najważniejsze jest coś innego. W tym roku, jak wspomniałem już, moja starsza córka pójdzie do szkoły. Jest bystra, zadaje najtrudniejsze pytania na świecie. Nie chciałbym doczekać chwili, gdy spojrzy na mnie swoimi niebiańsko czystymi oczami i zapyta: tato, ojcowie wielu moich kolegów i koleżanek z klasy są na wojnie, a dlaczego ty nie?

Nie chciałbym zapaść się wtedy w ziemię pod ciężarem tego pytania, które sam sobie zadawałem od czterech lat. Nie miałbym też dobrej odpowiedzi, która nie brzmiałaby jak samousprawiedliwienie. Obrona własnego kraju – to sprawa wszystkich, więc teraz moja kolej. To uczciwe i sprawiedliwe. Chcę być dobrym ojcem, a najlepszy sposób wychowania to własny przykład.

Jest jeszcze inna przyczyna, dlaczego się w końcu zgłosiłem; mniej ważna, za to racjonalna. Jestem przekonany, że ta wojna potrwa jeszcze długo i na koniec walczyć będą musieli wszyscy. Może być też tak, że jej „gorąca” faza zostanie wstrzymana, ale dopóki nie zostaną rozstrzygnięte zasadnicze sprawy między Zachodem a Chinami (i ich autorytarnymi sojusznikami, w tym Rosją), spokojnego życia nie będzie nie tylko w Ukrainie, lecz także w Europie.

Jeśli więc miałoby być tak, że prędzej lub później i tak zostałbym powołany, wolałem zrobić to na własnych warunkach. Ta logika się zresztą sprawdziła: kto w Ukrainie zgłasza się sam, może wybrać jednostkę, w której chce służyć, oraz przyszłą funkcję (na ile odpowiada to, rzecz jasna, kompetencjom). Najlepsze jednostki wojskowe konkurują o zmotywowanego ochotnika.

Jakby paradoksalnie to nie zabrzmiało, w armii czuję się teraz bezpieczniej – jestem przeszkolony i gotów bronić mojego życia. Teraz nie jest już tak, że ktoś inny musi bronić mnie i moich dzieci, gdyż sam potrafię o siebie zadbać. To niezwykłe uczucie.

Pisarz na wojnie: od wolontariatu do armii

Jest jeszcze jedna okoliczność, głupawa i egoistyczna, że aż niezręcznie mi o tym pisać. Przez całe życie marzyłem, by zostać dobrym pisarzem, napisać coś prawdziwego. Tymczasem wojna to doświadczenie, które określa całe moje pokolenie. 

Jakkolwiek ona się skończy, wojenna trauma pozostanie z nami do końca naszych dni. Nie chciałem pozostawać jedynie obserwatorem. Wybaczcie, jeśli zabrzmi to jak wyznanie cokolwiek chłopięce, ale poszedłem do armii także po to, aby nie tylko znać prawdę, lecz mieć również moralne prawo, aby ją opisywać.

Ostatnią zaś kroplą, gdy idzie o moją decyzję, okazało się to, co na pierwszych etapach tej wojny pozwalało mi poczuć własną skuteczność i sprawczość na tyłach: wolontariat. Powiem szczerze: w tej dziedzinie wypaliłem się, maksymalnie.

Bo wolontariat, realizowany jako idea, jest jak wiersze dla poety: piszesz je, gdy masz natchnienie. Powinna to być też praca wykonywana w czasie wolnym, tymczasem pożerała ona coraz więcej i więcej czasu oraz sił, więcej niż główne zajęcie zawodowe. Z czasem zbieranie pieniędzy i utrzymanie tempa stawało się coraz trudniejsze, a poczucie satysfakcji z tej roboty, wykonywanej 24 godziny na dobę i siedem dni w tygodniu, było coraz mniejsze. 

Żartuję sobie, że po prostu zachciało mi się przejść na inny poziom: z tych, którzy pomagają, stać się tym, komu się pomaga.

Szkolenie wojskowe w Ukrainie 

W styczniu zostałem więc żołnierzem. Początek służby to było dwumiesięczne podstawowe szkolenie. Z jednej strony – klasyczna musztra, która nie zmienia się od czasów imperium rzymskiego: wczorajszych cywilów uczy się znosić wysiłek fizyczny, posługiwać bronią i funkcjonować jako zgrany pododdział.

Podczas tego szkolenia najtrudniejsze były dla mnie warunki bytowe. Nasza jednostka przypominała w istocie rzymski legion, który zatrzymał się na odpoczynek w marszu gdzieś w zimowym lesie. Życie w namiocie, gdy naokoło mróz sięga minus 25 stopni, to przygoda interesująca, ale nikomu bym jej nie życzył.

Kiedy masz prawie 40 lat, to właśnie brak codziennego komfortu staje się pierwszą próbą. Przyznaję, było ciężko, ale przetrwałem, a to za sprawą kilku prostych rzeczy. Miałem małe rytuały: budziłem się wcześniej i gotowałem w metalowym kubku moją ulubioną kawę. Mimo zmęczenia i zimna, codziennie zmuszałem się do starannej higieny. Przed snem choćby przez 15 minut, ale jednak czytałem książkę (elektroniczną).

Zarazem, choć było to szkolenie podstawowe, dostosowano je do realiów współczesnego frontu, a konkretnie do realiów wojny rosyjsko-ukraińskiej. Np. uczono nas, jak ostrzeliwać się z broni gładkolufowej, tzw. pompki, przed atakiem drona FPV, albo jak maskować swoje pozycje nie tyle już przed wrogą piechotą, co przede wszystkim przed rozpoznaniem z powietrza, przez wrogie drony. Także kurs medycyny taktycznej skupiał się bardziej na ranach od odłamków niż od kul.

Operator drona o strachu, rodzinie i samotności

Jednak wojna zmienia się szybciej niż szkoleniowe programy. To jak z nowym smartfonem: starzeje się w chwili, gdy wychodzisz z nim ze sklepu. Współczesna wojna rozwija się w szalonym tempie i myślę, że to właśnie zdolność adaptowania się do zmian, a nie siła ognia, zdecyduje o zwycięzcy.

Po kursie podstawowym „nowobraniec”, jak nazywamy w Ukrainie rekruta, zaczyna szkolenie specjalistyczne. Wybrałem służbę w Siłach Systemów Bezzałogowych. Po pobycie w lesie, gdzie czułem się jak rzymski legionista z początków naszej ery, trafiłem więc od razu w wiek XXI, gdzie wojna prowadzona jest za pomocą tabletów, konsoli sterowniczych i gogli, przypominając – zwodniczo – grę wideo.

Co może wydać się dziwne, teraz najbardziej boję się nie śmierci, bo w takich warunkach śmierć to fatum, na które masz ograniczony wpływ – tutaj pozostaje liczyć na szczęście. Najbardziej boję się, że czas i dystans zniszczą moją rodzinę, zerwą moją więź z dziećmi. Że choć poszedłem ich bronić, to wojna i rozłąka zmienią nas tak bardzo, że nie będę miał do kogo wracać.

Czy żałuję mojej decyzji? Przeważnie nie. Czasem tylko czuję gorycz, a to za sprawą samotności. W takich momentach przypominam sobie jeden z moich pierwszych dni w armii, gdy, ubrany już w mundur wojskowy, zmarznięty, wszedłem do przydrożnego wiejskiego sklepiku, aby kupić gorącą kawę.

Starsza kobieta przygotowała kawę, podała mi papierowy kubek i zamiast podać cenę, powiedziała: dziękuję.

To wystarczy.

Andrij Lubka // Fot. archiwum prywatne
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 21/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Dlaczego się zgłosiłem