Kultury całego świata opływają w narracje poświęcone duchom, demonom czy obcym. Wiele z nich liczy całe stulecia, choć istnieją też współczesne mity. Maciej Czeremski, religioznawca z Uniwersytetu Jagiellońskiego, plasuje wśród nich tzw. miejskie legendy, takie jak opowieści o czarnych wołgach porywających dzieci, lub pogłoski o białym krokodylu zamieszkującym kanały Nowego Jorku. Jednak narracje to nie wszystko, bowiem tysiące osób twierdzi, że faktycznie przeżyły spotkanie z nadprzyrodzoną siłą.
Co piąty Amerykanin uważa, że doświadczył obecności ducha, a co dziesiąty miał widzieć UFO. W 1967 r. dwóch kalifornijczyków nagrało film przedstawiający rzekomą Wielką Stopę, zaś lata 90. przyniosły dziesiątki doniesień o kontakcie z Chupacabrą, „wysysaczem kóz” dręczącym gospodarstwa Ameryki Łacińskiej. Po naszej stronie globu badanie przeprowadzone w Wielkiej Brytanii wśród studentów pokazało, że 14 proc. doznało kontaktu ze zmarłymi, a odpowiednio 5 i 4 proc. widziało UFO lub doświadczyło działania czarów. Skąd biorą się podobne świadectwa?
Padaczka, brzytwy i dusiołki
Jeśli założymy nawet, że w większości tych przypadków mamy do czynienia z mistyfikacją, wciąż możemy zadać sobie pytanie, skąd bierze się reszta podobnych doniesień. Jednym ze sposobów wyjaśniania tych zjawisk może być odwołanie do zaburzeń w funkcjonowaniu ludzkiej percepcji. Po pierwsze, doświadczenia kontaktu z nadprzyrodzonymi siłami mogą być halucynacją wynikającą z ataku padaczki, epizodu psychozy czy działania substancji psychoaktywnych.
Jerzy Vetulani był orędownikiem zwłaszcza tego pierwszego wyjaśnienia. Jak argumentował, padaczka obejmująca obszary skroniowe naszego mózgu (podczas epizodu dochodzi do gwałtownej aktywacji neuronów) może wywoływać wrażenie obecności lub jedności ze światem. Tę dość popularną ideę poddano testom z użyciem przezczaszkowej stymulacji magnetycznej, jednak aktywacja tą metodą kory mózgowej nie przyniosła żadnych specyficznych rezultatów. Tak czy inaczej, wydaje się, że „spotkania trzeciego stopnia” wymagają bardziej systematycznego wyjaśnienia niż sporadyczne i wysoce indywidualne zaburzenia poznawcze.
Nieco lepsza pod tym względem jest teoria zaproponowana przez brytyjską psycholożkę Susan Blackmore, zainteresowaną wyjaśnieniem, skąd biorą się świadectwa nocnych porwań przez UFO. Za punkt wyjścia Blackmore obrała doświadczane przez wiele osób paraliże przysenne, które z kolei wiążą się z bardzo złożonymi i realistycznymi halucynacjami. Paraliż przysenny to stan, w który wpadamy każdego dnia – nasze ciało na czas odpoczynku rozluźnia bowiem wszystkie niepotrzebne mięśnie. Pojęcia tego zaczęto jednak używać w odniesieniu do patologicznego, choć nieszkodliwego stanu, w którym władza nad mięśniami wraca do śniącego dopiero kilka sekund lub nawet minut po przebudzeniu.
W tym krótkim momencie „sparaliżowany” może doznać nieprzyjemnych halucynacji, takich jak poczucie obecności, ból lub wrażenie bycia duszonym. Jeśli czytelnikowi przychodzi na myśl obraz „Nocna mara” Füssliego lub wiersz o Dusiołku, skojarzenie to jest uzasadnione – Blackmore twierdzi bowiem, że w stanie paraliżu przysennego nasz umysł wypełniają obrazy osadzone w kulturze, w której żyjemy. W XVIII w., gdy Füssli malował swój obraz, śpiącego dusił zły demon; w XX w. natomiast, gdy świat przesiąkł opowieściami o UFO, demona zastąpili obcy wszczepiający ludziom chipy.
Choć koncepcja Blackmore nie wyjaśnia wszystkich nadprzyrodzonych doświadczeń, skraca przynajmniej naszą listę o jedną pozycję. By wyjaśnić szeroką gamę doświadczeń kontaktu z nadprzyrodzonymi istotami i zjawiskami, potrzeba jednak bardziej uniwersalnej teorii. Odwołanie do substancji psychoaktywnych czy paraliżu przysennego jest kuszące, ponieważ pozwala całe zjawisko sprowadzić do prostej modyfikacji działania umysłu.
Sprawa robi się jednak złożona, gdy weźmiemy pod uwagę np. to, że spotkania trzeciego stopnia bywają nieraz doświadczeniami zbiorowymi i wręcz poszukiwanymi (np. przy grupowym wywoływaniu duchów) i że zdarzają się one osobom zupełnie zdrowym. Co więcej, istnieją miejsca znane z wielkiej ilości podobnych zdarzeń, takie jak nawiedzone lasy i domy. W literaturze opisano nawet tzw. syndrom jerozolimski, który polega na tym, że niektórzy pielgrzymi do świętych miejsc doświadczają depersonalizacji, dezorientacji oraz urojeń o tematyce religijnej.
W swojej ostatniej książce „Rozpad umysłu” amerykański psychiatra Jeffrey Lieberman wyznaje, że podczas wizyty pod Ścianą Płaczu sam doznał tego syndromu. Jak się zdaje, aby w pełni wyjaśnić, skąd pochodzą podobne świadectwa, konieczne jest przyjrzenie się nie tyle zaburzeniom umysłu, co samym podstawom jego działania.
Umysł w kulturze
Psychologia zwykła traktować umysł jako przypominający komputer system zamknięty w granicach naszej czaszki, obojętny na ciało i na otaczające nas środowisko. Dominującą metodą badań był i wciąż pozostaje izolowany eksperyment, w którym osoby badane reagują na przedstawiane im na ekranie komputera bodźce, a badacze rejestrują poprawność i czas wykonywania zadań, a niekiedy także aktywność mózgową.
Choć podejście takie owocuje niezliczonymi wynikami, narażone jest ono na zarzut braku tzw. trafności ekologicznej. W naszym naturalnym funkcjonowaniu rzadko reagujemy na kropki, światełka i dźwięki produkowane przez komputer, siedząc w fotelu zamkniętym wewnątrz czterech ścian laboratorium. Bardziej realistyczny obraz ludzkiego poznania zakłada, że nasze myśli są silnie związane z tym, co właśnie robimy i jakie przyświecają nam cele (np. czy poszukujemy jakichś doznań, czy unikamy ich), jakie sygnały płyną z naszego ciała, a także z kulturą, w której jesteśmy zanurzeni.
Choć wątki te nie są w psychologii nowością – rozwijał je William James, jeden z prekursorów tej dyscypliny jeszcze w XIX w. – począwszy od lat 70. XX w. badacze, tacy jak noblista Herbert Simon, przyjęli zarysowany wyżej, raczej ascetyczny obraz umysłu po to, by móc badać go w ściśle kontrolowanych eksperymentach. Niemniej jednak, w ostatnich dekadach postuluje się zerwanie z owym ascetyzmem, stawiając na próby wyjaśniania umysłu jako powiązanego ściśle z kulturą, otoczeniem i ciałem.
Jak prąd powyższych zmian w rozumieniu umysłu przekłada się na temat spotkań trzeciego stopnia? Koncepcja umysłu „odizolowanego” od ciała i kontekstu społecznego wymaga, by nadprzyrodzone doświadczenia konceptualizować wyłącznie w kategoriach zaburzeń. Nowe podejście zmusza zaś, by wziąć pod uwagę, że przeżycie kontaktu z czymś nadprzyrodzonym może wiązać się z tym, jak wpływa na nas otaczająca kultura, w tym religia. Spekulować można, że święte miejsca – takie jak Jerozolima – są nasycone artefaktami, kierującymi uwagę wiernych na treści religijne i wytwarzającymi oczekiwania przeżyć religijnych.
Bardziej systematyczną koncepcję na temat tego, w jaki sposób nasze otoczenie kulturowe może sprzyjać doświadczeniom religijnym, zaproponowała amerykańska antropolożka Tanya Luhrmann. Podjęła się badań małej społeczności chrześcijańskiej należącej do kościołów ze stowarzyszenia Winnica (ang. Vineyard Church). Badaczka odkryła, że wierni z tej wspólnoty angażują się w praktyki religijne, które stopniowo zmieniają ich rozumienie własnego umysłu.
Psychologia potoczna
Ludzie posiadają potoczne rozumienia umysłu (np. każdego dnia nieświadomie zakładamy, że innymi ludźmi kierują pewne intencje i że mają oni jakieś przekonania). W większości kultur Zachodu ta tzw. psychologia potoczna zakłada, że umysł jest prywatnym systemem, do którego bezpośredni dostęp ma wyłącznie jego „posiadacz” – tylko ja mogę myśleć i czuć w obrębie mojego umysłu. Tymczasem praktyki w kościele „Winnicy” stopniowo wpływają na to konkretne założenie i sprawiają, że koncepcja umysłu u wiernych staje się bardziej „porowata” – dopuszcza, że Bóg może komunikować się ze mną przez mój umysł.
Dzięki tej zmianie w postrzeganiu własnego umysłu, członkowie Winnicy zaczynają interpretować treść własnych myśli jako przekaz od Boga, co ostatecznie skutkuje żywymi i głębokimi doświadczeniami rozmowy ze Stwórcą. W taki oto sposób otaczające nas praktyki kulturowe mogą modyfikować naszą interpretację źródła własnych myśli, w efekcie prowadząc do przeżywania kontaktu z siłami nadprzyrodzonymi. Badania Luhrmann wskazują, że kultury, w których umysł jest naturalnie postrzegany jako porowaty, są najbardziej obfite w zjawiska takie jak opętania czy kontakt ze zmarłymi. W tym sensie kultura, w której jesteśmy zanurzeni, może sama w sobie otwierać nas na niezwykłe doświadczenia.
Przedmioty używane w kontekstach nadprzyrodzonych również mogą mieć wielkie znaczenie. Wskazuje na to eksperyment Marca Andersena z Uniwersytetu w Aarhus i współpracowników. Badacze byli zainteresowani tzw. planszą Ouija używaną podczas seansów spirytystycznych. Na planszy tej rozpisany jest alfabet, a osoby biorące udział w seansie kładą wspólnie dłonie na małym, ruchomym przyrządzie, którym można przesuwać po planszy, wskazując kolejne litery. Podczas seansów uzyskane w ten sposób słowa są interpretowane przez świadków jako przekaz z zaświatów.
Jak pokazało badanie, choć wszystkie osoby biorące udział w seansie z użyciem Ouija same poruszają przyrządem, robią to z niskim poczuciem sprawstwa, zupełnie jak gdyby bagatelizowali własny wpływ na ruch przyrządu. Jednocześnie uczestnicy eksperymentu nie potrafili przewidzieć, jaka będzie kolejna litera, którą wskaże przyrząd, kiedy używali planszy razem z innymi osobami – gdy natomiast korzystali z planszy sami, ten efekt zupełnie znikał. Jak komentują autorzy, dzięki temu, że Ouija używana jest kolektywnie, wszystkie zaangażowane osoby mają wrażenie, jak gdyby ruchem przyrządu kierowała nieprzewidywalna, zewnętrzna siła, co w świetle kontekstu nadprzyrodzonego skutkuje doświadczeniem kontaktu ze zmarłymi.
Siła oczekiwań
Są jednak i takie sytuacje, gdy ludzie nie próbują rozmawiać z Bogiem ani nie mają przed sobą planszy Ouija, a jednak doświadczają spontanicznego kontaktu z istotami nadprzyrodzonymi. Jak wyjaśnić tę klasę doznań?
Poza swoistą „izolacją” umysłu, popularne koncepcje psychologiczne traktowały go jako bierną maszynę, która odbiera i przetwarza sygnały wpływające doń przez „okno na świat”, czyli zmysły. O tym, że nasz system poznawczy jest biernym odbiorcą informacji, mówił już Arystoteles – według niego przedmioty odciskają się w umyśle za pośrednictwem zmysłów. Dziś coraz więcej teoretyków przyjmuje jednak pogląd, że postrzeganie jest procesem aktywnym, tzn. kształtowanym na bieżąco przez nasze oczekiwania na temat tego, co zobaczymy, usłyszymy czy poczujemy.
Pogląd ten dobrze ilustruje zjawisko rywalizacji obuocznej. Co do zasady, nasze obie gałki oczne odbierają niemalże ten sam obraz, co prawda przesunięty o kilka stopni kątowych, ale spajany w naszym mózgu w jedną reprezentację rzeczywistości. Kiedy jednak osobom badanym założy się na głowę kask, który przedstawia gałkom ocznym dwa różne obrazy – np. kota oraz dom – nasz mózg nie miksuje tych dwóch informacji w jedną spójną reprezentację koto-domu, lecz przeskakuje raz po raz między obydwoma przedstawieniami: badany widzi przez kilka sekund kota, potem dom, potem znów kota... i tak w kółko.
Trudno wyjaśnić to zjawisko, nie odwołując się do naszych oczekiwań na temat świata: każdy z nas bowiem widział wiele kotów i wiele domów, ale bardzo niewiele koto-domów. Dlatego też, na podstawie naszych przeszłych doświadczeń percepcyjnych, oczekujemy, że w danym momencie zobaczymy tylko kota lub dom, jednak każde z tych oczekiwań (kot lub dom) wyjaśnia docierające informacje zaledwie w 50 procentach, co skutkuje ciągłą zmianą oczekiwań. Badania z wykorzystaniem bodźców poprzedzających potwierdzają tę interpretację – jeśli bowiem przed seansem w hełmie pokaże się osobie badanej obrazek z kotem, podczas badania widzieć będzie ona częściej to zwierzę niż dom.
Wirtualne duchy
Opierając się na teorii umysłu, która zakłada, że nasze oczekiwania mają silny wpływ na percepcję, wspomniany już Marc Andersen zaproponował wyjaśnienie nadprzyrodzonych doświadczeń oparte na tym efekcie.
Teoria „aktywnej percepcji” zakłada, że nasz mózg tym mocniej korzysta z oczekiwań, im bardziej niejednoznaczne są informacje, które doń docierają. Pomyślmy o sytuacji, w której patrzymy na psa w pełnym świetle dnia. Nawet, gdyby nasze oczekiwania mówiły nam, że to, co stoi przed nami, to kot; nawet, gdyby tysiąc osób powiedziało nam, że to kot; nawet wtedy oczekiwania nie mogłyby zdominować naszej percepcji, bo sygnał docierający do naszej siatkówki mówiłby wyraźnie, z czym mamy do czynienia.
Sytuacja zmieniłaby się, gdyby coś zakłócało nasze naturalne procesy rozpoznawania obiektów. Moglibyśmy np. widzieć zwierzę z bardzo daleka lub w ciemnościach, albo przez grubą szybę, która rozmazuje kontury. W takiej sytuacji nasz umysł nie ma lepszej strategii, niż zdać się w większym stopniu na oczekiwania.
Andersen zauważył, że istoty takie jak duchy rzadko kiedy pojawiają się w biały dzień, gdy nasza percepcja działa, tylko w niewielkim stopniu bazując na oczekiwaniach. W dodatku wiele z osób, które odwiedzają nawiedzone domy i owiane tajemniczymi historiami lasy, spodziewa się kontaktu z duchem: być może ktoś powiedział im, gdzie można spotkać ducha, słyszeli doniesienia o poprzednich spotkaniach, albo przynajmniej – jak typowa osoba zanurzona w naszej kulturze – mają pewne wyobrażenia na temat tego, jak zachowują się duchy.
Andersen zaproponował więc, by spotkania trzeciego stopnia wyjaśnić powyższymi dwoma czynnikami: brakiem dostępu do rzetelnych (tj. pełnych i dokładnych) informacji płynących przez nasze zmysły oraz wpływem oczekiwań. Wyobraźmy sobie więc osobę, która postanawia zwiedzić ruiny samotnego domu, o którym mówi się od lat, że jest nawiedzony. Znając te pogłoski, wchodzi do przybytku oczekując, że spotka tam ducha; a że w starych, sypiących się domach jest zwykle ciemno, a w powietrzu unoszą się tumany kurzu, jej pozbawiony solidnych danych mózg czerpie z oczekiwań – w efekcie bohater naszej historii ma wrażenie, że zobaczył ducha.
Andersen przetestował tę teorię z wykorzystaniem wirtualnej rzeczywistości. W jego eksperymencie badani mieli zwiedzać niewielki, wirtualny las i naciskać przycisk za każdym razem, gdy wykryją w pobliżu obecność jakiejś istoty. Trik polegał na tym, że autorzy badania nie zamieścili w wirtualnym środowisku żadnych istot. Mimo to badani wielokrotnie klikali przycisk, interpretując zwykłe cienie albo trzaski gałęzi jako świadectwo czyjejś obecności. Co więcej, zarówno oczekiwania, jak i dostęp do solidnych danych sensorycznych miały gigantyczne znaczenie, bowiem połowie badanych powiedziano, że istot w lesie jest bardzo dużo, a drugiej połowie – że bardzo mało. Dodatkowo wszyscy badani przechodzili przez dwie wersje tego samego lasu: jedną rozświetloną blaskiem dnia, drugą pogrążoną w ciemnościach i we mgle. Wyniki badania są jednoznaczne: w drugiej wersji lasu zanotowano najwięcej kliknięć, a rekordową liczbę nieistniejących stworów wykrywali badani spodziewający się dużej liczby istot.
Głosy w naszej głowie
W badaniu opisanym niedawno w czasopiśmie „Consciousness and Cognition” sprawdziliśmy, czy efekt odkryty przez Andersena działa również w przypadku percepcji słuchowej i czy w związku z tym może on wyjaśniać niekliniczne doświadczenia słyszenia głosów (np. Boga lub zmarłych). Zadaniem uczestników naszego eksperymentu było naciśnięcie odpowiedniego przycisku za każdym razem, gdy pośród dźwięków lasu usłyszą ludzki głos.
Choć w rzeczywistości głosy obecne były dokładnie w połowie dźwięków, część osób badanych poinstruowaliśmy, że będą słyszeli je bardzo często (w 75 proc. wszystkich dźwięków), a część, że bardzo rzadko (tylko w 25 proc. przypadków). Nasze badanie ponownie pokazało, że oczekiwania w istocie kształtują percepcję – osoby, które oczekiwały większej ilości głosów, słyszały ich więcej, a te, które miały mniejsze oczekiwania, słyszały mniej głosów, niż było ich w rzeczywistości. Dodatkowo odkryliśmy, że efekt ten będzie wzmocniony, gdy dźwięki są bardziej zaszumione, a przez to trudniej je jednoznacznie zinterpretować.
Jak się więc zdaje, przynajmniej część spotkań trzeciego stopnia można wyjaśnić wpływem naszej kultury, artefaktów oraz oczekiwań na nasze procesy poznawcze. A wszystko to w całkowicie zdrowym mózgu, który ewolucja zaprogramowała tak, by czerpał garściami z informacji pochodzących z jego otoczenia oraz z minionych doświadczeń. Wspomniane teorie, wciąż rozwijane i pogłębiane, mają potencjał, by wyjaśnić dużą część nadprzyrodzonych doświadczeń, choć pełne zrozumienie interakcji między naszym umysłem a sferą przekonań religijnych i paranormalnych pozostaje wciąż poza naszym zasięgiem.
Warto jednak wyciągnąć z opisanych tu badań i koncepcji jeszcze jedną lekcję: tylko odpowiednio dostrojony mózg może poczuć kontakt z tym, co „nie z tego świata”. Ostatecznie, w naszym badaniu słuchowym osoby, które oczekiwały niskiej liczby głosów, nie usłyszały tych głosów, które naprawdę tam były.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















