Było lato 2023 roku, gdy na mokradłach Czibajisz, na południu Iraku, poziom rozlanego na tym obszarze szeroko Eufratu spadł do niespełna 60 centymetrów. Tam, gdzie jeszcze dekadę wcześniej sunęły wąskie łodzie, teraz rozciągało się spękane błoto. Bawoły brnęły przez kałuże, szukając resztek wody, chorowały i padały. Nieco wcześniej, w ciągu ledwie pół roku, jedną tylko prowincję opuściło 1200 rodzin, a dwa tysiące bawołów nie dożyło jesieni.
Wtedy wydawało się, że gorzej być nie może.
Biblijny ogród Eden na mokradłach Bliskiego Wschodu
To nie jest pustynia, choć tak wygląda. To największe mokradło Bliskiego Wschodu, a zarazem miejsce, które tradycja od wieków wiąże z rajem. Księga Rodzaju opisuje Eden jako ogród, z którego wypływała rzeka rozdzielająca się na cztery ramiona; dwa z nich nosiły imiona Tygrysu i Eufratu.
Obie te rzeki spotykają się właśnie w tym miejscu, na południu Iraku, w miasteczku Al-Kurna, którego nazwa znaczy tyle co „Zakątek”. To tutaj od wieków umieszczano ogród Eden, a bujne, tętniące życiem mokradła pośród pustyni zdawały się tę legendę potwierdzać.
Mieszka tu lud, którego sposób życia trwał niemal niezmieniony od czasów Sumeru. Właściwie: mieszkał. Cała jego historia jest historią wody i właśnie dlatego to, co się dziś dzieje, jest czymś więcej niż kolejną klęską suszy. Aby to zrozumieć, trzeba cofnąć się do czasów, gdy woda była dla tego ludu nie tłem życia, lecz jego tworzywem.
Arabowie bagienni. Czy ten lud to potomkowie Sumerów?
Nazywa się ich Ma’dan, Arabami bagiennymi. Żyli na sztucznych wyspach z trzciny i mułu, w domach plecionych w całości z jednej rośliny, wysokiej trzciny qasab. Najokazalsza z tych budowli, mudhif, dom gościnny plemienia, to katedra z trzcinowych łuków, stawiana bez gwoździ. Ma’dan hodowali bawoły i łowili ryby, a między osadami przemykali wąskimi czółnami zwanymi tarada. Niemal wszystko, czego potrzebowali, dawała im woda dookoła.
W latach 50. XX w. żył wśród nich brytyjski podróżnik Wilfred Thesiger – spędził tam z przerwami siedem lat, a świat ten opisał w klasycznej książce „The Marsh Arabs”. Thesiger zobaczył coś niezwykłego: ciągłość, od tysiącleci. Kształt trzcinowych kolumn i łodzi odpowiadał temu, co widać na sumeryjskich płaskorzeźbach sprzed pięciu tysięcy lat.
Stąd uporczywie powtarzane określenie, że Arabowie bagienni są „potomkami Sumerów”. Trafniejsze od pokrewieństwa krwi jest jednak pokrewieństwo sposobu życia; to ono przetrwało kolejne imperia, które przewalały się nad Mezopotamią.
Wtedy, w połowie XX w., było ich około pół miliona. W większości szyici, choć na mokradłach żyli obok nich także mandejczycy, ostatni wyznawcy późnoantycznego gnostycyzmu, znani jako budowniczowie łodzi. Lud cichy i ubogi. A przy tym, co okaże się kluczowe, trudno dostępny.
Mokradła Iraku: twierdza, którą Husajn postanowił ją osuszyć
Woda nie tylko żywiła, ona dawała również schronienie. Do wielu osad można było dotrzeć wyłącznie łodzią, przez labirynt trzcin, w którym obcy gubił się po kilku minutach. Przez stulecia mokradła były naturalną twierdzą, schronieniem dla buntowników i zbiegów, miejscem, dokąd władza z Bagdadu nie sięgała. Lud, który nic nie chciał od państwa, i którego państwo nie umiało dosięgnąć, mógł trwać przy swoim.
Ta sama cecha, która dawała wolność, okazała się słabością. Twierdza z wody ma jedną wadę: można ją opróżnić.
W 1991 r., po klęsce ówczesnego irackiego dyktatora Saddama Husajna w wojnie o Kuwejt, na szyickim południu Iraku wybuchło powstanie. Husajn utopił je we krwi, a niedobitki schroniły się tam, gdzie zawsze: na mokradłach (jeszcze w wojnie z Iranem, w latach 80., Ma’dan stali po stronie Bagdadu).
Husajn uznał, że skoro nie może wkroczyć do trzcinowego labiryntu, to go osuszy.
Katastrofa większa niż susza
Pomysł nie był nowy. Już w latach 50. XX w. brytyjscy inżynierowie zaczęli odprowadzać wodę z mokradeł, uznawszy je za bezużyteczne, za wylęgarnię komarów. Saddam ten projekt zamienił w broń. Jego ludzie wykopali sześć kanałów o łącznej długości ok. 5 tys. kilometrów. Główny zwał się po prostu Rzeką Saddama; inne nosiły nazwy rodem z koszmaru, jak Kanał Chwały czy Rzeka Matki Wszystkich Bitew.
Kanały odcięły wodę od bagien i spuszczały ją wprost do Zatoki Perskiej. Dwie trzecie mokradeł odcięto od wody już do 1993 r., a do końca dekady wyschło niemal 90 proc. całego systemu. Światowi naukowcy nazwali to jedną z najgorszych katastrof inżynieryjnych w dziejach. Mokradła, które niegdyś sięgały 20 tys. km. kw., skurczyły się raptownie.
Razem z wodą zniknęła większość ludzi. Z 250 tys. żyjących na mokradłach w 1991 r. zostało może 40 tys. Reszta uciekła do irańskich obozów i na ubogie przedmieścia Bagdadu i Basry, a tysiące zginęły. Lud, przez tysiąclecia nieuchwytny, zniknął wraz z wodą.
Jak ludzie przywrócili życie na mokradłach
Potem jednak stała się rzecz w tej części świata rzadka: katastrofę udało się cofnąć.
Wiosną 2003 r., wkrótce po upadku Saddama, ludzie z bagien, nie czekając na żaden program odbudowy, wzięli łopaty i zaczęli przebijać groble, którymi reżim odciął im wodę.
Wróciła ona szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał, a wraz z nią ptaki i ryby. Do około 2006 r. odżyła ponad połowa dawnych mokradeł. Wracali też ludzie, odbudowywali trzcinowe domy.
W 2016 r. UNESCO wpisało Ahwar, tj. mokradła południowego Iraku, na listę światowego dziedzictwa. Podwójnie: jako zabytek przyrody i kultury. Wpis objął bowiem nie tylko cztery obszary bagien, lecz też ruiny trzech sumeryjskich miast: Uruk, Ur i Eridu.
Pięć tysięcy lat temu Uruk, uchodzący za pierwsze prawdziwe miasto świata, otaczały słodkowodne trzcinowiska i żyzny muł, a kanałami można było dopłynąć aż do obecnej Zatoki Perskiej. Ryby i urodzajna ziemia dały nadwyżkę żywności, dzięki której z osad wyrosły miasta. Tu też wynaleziono pismo: najstarsze znaki klinowe odciskano w mokrej glinie zaostrzoną trzciną – tą samą, z której Arabowie bagienni do dziś plotą domy.
Wyglądało to na szczęśliwe zakończenie: lud i ekosystem, które dyktator skazał na śmierć, powstały z martwych.
Dlaczego iracki Eden znów umiera
Tyle że nad mokradłami zbierała się już inna susza: taka, której nie da się przebić łopatą.
Tygrys i Eufrat rodzą się poza Irakiem, w górach Turcji, i to Turcja decyduje dziś, ile wody puści w dół. Od lat 70. XX w. buduje tam GAP, Projekt Anatolii Południowo-Wschodniej, jeden z największych programów wodnych świata. Ponad 20 zapór i kilkanaście elektrowni, na czele z tamą Ilisu na Tygrysie, mają dać prąd i nawodnić ubogie południe Turcji.
Im więcej wody Turcja zatrzymuje u siebie, tym mniej dopływa do Iraku. W sumie spływa tam dziś mniej niż połowa wody, którą rzeki niosły dawniej. A im mniej słodkiej wody schodzi z północy, tym śmielej od strony Zatoki wdziera się słona i zatruwa to, co zostało.
Jakby tego było mało, Irak należy do krajów świata najbardziej narażonych na zmianę klimatu. Po 2021 r. było tu kilka susz z rzędu, z temperaturami przekraczającymi 50 stopni.
Poziom Eufratu w Czibajisz, w 2019 r. sięgający blisko dwóch metrów, w 2024 r. spadł do 55 centymetrów, a do mokradeł docierała ledwie czwarta część wody, której potrzebują. Stada bawołów stopniały o ponad trzy czwarte, a połów ryb, z którego żyła większość mieszkańców, spadł niemal do zera.
Między rokiem 2021 a 2025 całe obszary, jak Iszan Hallab, wyschły do cna, a ludzie znów ruszyli w drogę. Koordynator ONZ w Iraku nazwał to degradacją środowiska i wymazywaniem kultury. Rodziny, które odbudowały życie po Saddamie, są wysiedlane po raz drugi.
Rzeki, od których zależy życie setek milionów ludzi
Wiosną 2026 r. przyszła ulga. Po obfitych deszczach i wezbraniach obu rzek, zalana powierzchnia mokradeł wzrosła z niespełna 8 proc. do jednej trzeciej, a fala wysiedleń przyhamowała; część pasterzy wróciła. Ale nawet ci, których to ucieszyło, mówią: deszcz nie wystarczy. Woda spadła z nieba, nie przypłynęła rzeką, a rzeki wciąż są przykręcone u źródła.
Tym razem nie ma jak odpowiedzieć. W 2003 r. wodę odzyskano, bo wroga dało się wskazać: reżim, który został obalony, a jego wały przekopane łopatami. Dziś przeciwnik jest rozproszony i bezimienny – czy to tama w obcym państwie, czy ocieplenie klimatu – i nie da się go ani postawić przed sądem, ani przebić łopatą.
Łatwo uznać to za odległą, lokalną tragedię. Ale byłby to błąd. Los Arabów bagiennych jest przedsmakiem stulecia, w którym o przyszłości całych regionów zadecyduje nie armia, lecz to, kto kontroluje źródła rzek. Ta sama logika wisi nad Nilem, o który spierają się Egipt i Etiopia, a także nad Indusem, dzielonym przez Indie i Pakistan. Od tych rzek zależy życie setek milionów ludzi.
Irackie mokradła są tej rozgrywki zapowiedzią w miniaturze.
Jest w tym wreszcie ironia, od której trudno się uwolnić. Cywilizacja narodziła się akurat tutaj dlatego, że wody było pod dostatkiem; bez niej nie byłoby ani pierwszych miast, ani pisma. Pięć tysięcy lat później to samo miejsce umiera z pragnienia.
Można by powiedzieć, że nasz świat zaczyna wysychać tam, gdzie się kiedyś zaczął.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.








