Bartosiak i inni: skąd się wzięła polska moda na geopolitykę

Chcemy odnaleźć niezmienne reguły i skryte zależności rządzące światem. Dzisiejsze masowe zainteresowanie geopolityką to wołanie o klucz do chaosu. Kto nam go daje?
Czyta się kilka minut
Piyapat / stock.adobe.com
Piyapat / stock.adobe.com

Dlaczego internetowi analitycy i blogerzy zajmujący się „geopolityką” stali się dziś wręcz celebrytami? 

Dlaczego książki o tematyce ładu międzynarodowego, doktryn i teorii polityki czy rywalizacji kontynentalnych bloków są bestsellerami, a spotkania z udziałem ich autorów wypełniają sale w całej Polsce? 

Czemu wykłady o programie atomowym Pakistanu, znaczeniu portów czarnomorskich i amerykańskim realizmie tryumfalnie podbiją platformy cyfrowe?

Czyżbyśmy zainteresowali się wreszcie światem poza naszymi granicami?

Zanim jednak opowiem, co się stało, wytłumaczę, dlaczego używam „geopolityki” w cudzysłowie. Nie kieruje mną poczucie wyższości: chcę raczej zaznaczyć, że nie mam na myśli nurtu myślenia, perspektywy badawczej czy ideologii. Chodzi mi o „geopolitykę”, która zeszła pod strzechy i trafiła do naszych głów – być może pod postacią, której nie rozpoznaliby ani jej historyczni twórcy, ani dzisiejsi praktycy.

„Geopolityka” jako zjawisko medialne, internetowy fenomen czy wręcz pewna męska subkultura jest dalece popularniejsza niż jako subdyscyplina czy perspektywa naukowa, której raczej się w Polsce nie wykłada i niekoniecznie darzy w łonie akademii szacunkiem. Dziś, kiedy chcą o niej rozmawiać mój fryzjer i taksówkarz, jest ona także żartobliwym (i – przyznaję – nieprecyzyjnym) kluczem do nowego typu konsumenta mediów. Bo coraz częściej w potocznym użyciu tego słowa „interesować się geopolityką” znaczy „interesować się wszystkim, czego nie ma w mediach głównego nurtu” – od militariów i rewizjonistycznych albo obrazoburczych wizji historii, przez niuanse amerykańskiej prawicowej polityki i teorii realizmu, po tematy globalnych rynków surowcowych, systemu walutowego, hegemonii dolara i roli kryptowalut, po chińską inicjatywę Pasa i Szlaku oraz „śmierć Europy”, wojnę płci i kryzys demograficzny.

Krótka historia zakazanego owocu

Powołanie do życia geopolityki przypisuje się Halfordowi Mackinderowi i jego rozmyślaniom z początku XX stulecia. Brytyjski autor uważał, że podział na mocarstwa lądowe i morskie jest kluczowym zagadnieniem stosunków międzynarodowych, a ich konflikt – „morskiej” Wielkiej Brytanii i Rosji – zdominuje kolejne dekady. Pomimo całego rozwoju techniki, sztuki wojskowej i więzi handlowych – geografii oszukać się nie da, przekonywał. A imperia morza i lądu będą rywalizować o kontrolę nad terytoriami kluczowymi dla kontroli nad światem.

Dwie wojny z Niemcami jeszcze za życia Mackindera zadały – zdaniem krytyków – kłam jego teoriom, ale początek zimnej wojny odnowił geopolityczne proroctwo. Świat podzielił się na dwa bloki, a naprzeciwko siebie stanęły projekty atlantycki i sowiecki. Nowy globalny hegemon, czyli USA, był potęgą par excellence morską, jego radziecki konkurent dysponował największym lądowym imperium w historii. Geopolityka została uratowana od zapomnienia – choć inni jej europejscy praojcowie, Niemcy Karl Haushofer czy Friedrich Ratzel, zostali okryci niesławą. Równolegle Amerykanie nigdy nie porzucili podobnych rozważań, nawet jeśli nie nazywali ich wizjami geopolityki, a np. „wielkiej strategii”, albo kładli większy nacisk na kluczową rolę handlu ponad ekspansję terytorialną.

Przyglądając się idei geopolityki po II wojnie światowej Charles Clover, autor książki o rosyjskim nacjonalizmie, „Black Wind, White Snow”, zauważył także ciekawy paradoks jej recepcji w Rosji. Stwierdził, że to, co angielscy czy amerykańscy autorzy traktowali jako ostrzeżenie, rosyjscy intelektualiści i politycy wzięli za obiektywny opis rzeczywistości i instrukcję działania. Wyciągnęli z nich wniosek o nieuchronności konfliktu z zachodem, wielkim geograficznym powołaniu Rosji do panowania nad Eurazją (na wzór USA rozpostartego na kontynencie amerykańskim) i jej wrażliwości na atak ze strony morskich potęg. Tak geopolityka stała się w ostatnich latach ZSRR najpierw nieoficjalną, a po rozpadzie już coraz bardziej oficjalną ideologią władzy – siostrą bliźniaczką rosyjskiego nacjonalizmu.

Nacjonalizm służył do rozpalania ducha mas, geopolityka – do teoretycznego i intelektualnego uzasadnienia nacjonalizmu dla elit. Z tego też powodu anegdota mówi, że władze ZSRR pozwalały wykładać geopolitykę na własnych uczelniach, ale zabraniały w zależnych od siebie demoludach. Do tajemniczej i złowrogiej legendy o geopolityce z pewnością dołożył się fakt, że jej czołowym promotorem był w pewnym momencie Aleksandr Dugin – współtwórca ruchu narodowych bolszewików i płodny autor, rzekomy doradca Putina, a później także popularna osobowość internetowa.

Niezależnie od tego, ile prawdy tkwi w legendach, niewątpliwie te dwa skojarzenia – z Rosją, i z pewną wiedzą tajemną, dostępną wyłącznie ludziom władzy i nielicznemu gronu zaufanych – do dziś wiszą nad słowem „geopolityka”. Krytycy słyszą w nim przede wszystkim echa teorii popularnych w ZSRR i Rosji – groźnych i antyzachodnich. Do fanów dużo bardziej przemawia druga część mitu: geopolityka jako klucz do poznania rzeczywistości, który trzyma się z dala od mas.

W nieco przewrotny sposób legenda o wpływie geopolityki na rosyjskie elity zdeterminowała jej odbiór w Polsce. Nad Wisłą „geopolityka” nie oznacza po prostu kolejnej akademickiej teorii stosunków międzynarodowych – jest wśród nich zakazanym owocem. Co z pewnością wyjaśnia przynajmniej część fenomenu, jaki towarzyszy jej zasięgom w sieci.

Strategie i przyszłość wyświetleń i lajków

Bo jeśli mówimy o miejscu „geopolityki” w dzisiejszej polskiej debacie, trzeba porzucić świat bibliotek i seminariów, a spojrzeć na to, co ogląda się w serwisie YouTube.

Dla wielu słowo „geopolityka” jest tożsame z nazwiskiem Jacka Bartosiaka. Ten prawnik z wykształcenia, który przez chwilę pełnił funkcję prezesa spółki CPK, kojarzony jest powszechnie jako autor niezwykle popularnych wykładów i rozmów, analiz i książek o polityce międzynarodowej. Oprócz indywidualnego i komercyjnego sukcesu udało mu się zbudować środowisko analityków wokół założonego przez siebie think-tanku Strategy&Future. Bartosiak z powodzeniem wykorzystał mechanizmy sieciowego finansowania, bo jego projekt należy do jednych z najchętniej wspieranych w serwisie Patronite, a pierwszą książkę wydał własnym nakładem.

We współczesnej ekonomii uwagi wszystko to jednak – analizy, książki, konferencje – blednie w zestawieniu z jedną miarą sukcesu: generowaniem wyświetleń, lajków i kliknięć. A w tej dziedzinie Bartosiak jest marką sam w sobie. Dość powiedzieć, że na kanale Strategy&Future materiały poświęcone tak, wydawałoby się, niszowej tematyce jak „Polska a proliferacja broni nuklearnej”, „protokół proporcjonalności”, „kierunek polskiej polityki kosmicznej” oraz „globalny system monetarny i rola dolara” generują dziesiątki, a nawet setki tysięcy wyświetleń. Dziesięciogodzinna (!) prezentacja „Armii Nowego Wzoru”, którą zespół Bartosiaka przygotował w grudniu 2021 r., zebrała do dziś ponad 730 tys. wyświetleń.

I choć Bartosiak oraz Strategy&Future wypracowali sobie pozycję – proszę wybaczyć geopolityczny żart – hegemoniczną, to nie są sami. Kanał Piotra Zychowicza „Historia Realna”, który często porusza podobną tematykę, choć w bardziej tabloidowym tonie, cieszy się liczbą blisko 650 tys. subskrypcji na YouTubie. Wykładowca i ekspert od Bliskiego Wschodu dr Wojciech Szewko ma ich ponad 140 tys., a jego nagrywane z imponującą częstotliwością (kilka w tygodniu) programy z łatwością zbierają między 100-300 tys. wyświetleń. Ostatni na tej liście dr Leszek Sykulski i jego „Podcast Geopolityczny” ma tych subskrypcji 109 tys.

Sykulski domaga się w tym gronie wyjątkowej uwagi. Nie tylko bowiem najbardziej jednoznacznie bierze „geopolityczną” tożsamość za swoją własną (napisał książkę pod tym tytułem, o geopolityce prowadzi szkolenia i działa w zakresie doradztwa dla firm). Jest także jedynym otwarcie krytycznym wobec USA, Zachodu i Ukrainy oraz promującym normalizację stosunków z Rosją i Białorusią. Utrzymuje kontakty z rosyjskimi badaczami, Rosję odwiedza i w wielu wymiarach popiera. Z tego powodu jako chyba jedyny popularny internetowy komentator polityki międzynarodowej ściągnął na siebie uwagę rządu – publicznie jego narrację „niebezpieczną” dla Polski nazwał w 2023 r. pełnomocnik ds. bezpieczeństwa przestrzeni informacyjnej RP.

Inni popularni analitycy mogliby się oczywiście obrazić za fakt postawienia w jednym szeregu z Sykulskim. Łączą ich jednak nie poglądy, a społeczne i oddolne metody finansowania działalności publicystycznej, skupienie na youtube’owej formie wykładu czy komentarza, własny rozpoznawalny żargon i wierna społeczność słuchaczy. Przede wszystkim zaś to, że mówią coś, co w istotnym wymiarze odbiega od narracji głównego nurtu. Czy chodzi o Izrael (Szewko), USA, NATO i polityczny realizm (Bartosiak i Strategy&Future), czy sympatię do Rosji (Sykulski). Istotą zjawiska „geopolityki” w Polsce jest bowiem jej odrębność od dotychczas obowiązujących narracji. A ta stała się, również w czysto finansowym sensie, sposobem na życie.

Zatruwanie i odtrutka

Ale z tego też powodu temat geopolityki jest wściekle polaryzujący. Choć odbiorca mediów głównego nurtu na co dzień z tezami internetowych analityków się raczej nie styka, jedno jest pewne: o „geopolityce” usłyszy przy okazji jakiegoś skandalu. W jego świecie zjawisko budzi zainteresowanie, gdy kogoś podejrzewa się o współpracę z Rosją, gdy dojdzie do pyskówki w mediach społecznościowych, gdy ktoś wyciągnie komuś stare pretensje czy długi. Albo gdy – jak ostatnio w przypadku Jacka Bartosiaka – padnie zarzut plagiatu, który na całe miesiące zelektryzował zarówno jego fanów, jak i przede wszystkim krytyków w serwisie X (w czerwcu 2024 Rada Naukowa ISP PAN podjęła uchwałę o unieważnieniu doktoratu Bartosiaka, który zapowiedział odwołanie i „prawniczą batalię” w obronie swojego dorobku).

Powiedzieć, że polemika między światem geopolityki a ekspertów związanych z akademią i tradycyjnymi instytucjami jest ostra – to nic nie powiedzieć. Zorganizowana przed kilkoma laty debata Bartosiaka z dr. Michałem Lubiną, specjalistą od Azji oraz autorem książki o zbliżeniu Rosji i Chin, w ogóle nie przypominała debaty. Były to raczej nieprzecinające się monologi dwójki pogniewanych na siebie ludzi. Nie inaczej wyglądały wymiany zdań (póki jeszcze do nich dochodziło) między Bartosiakiem a Witoldem Juraszem, niegdyś dyplomatą, a dziś autorem popularnego podkastu „Raport Międzynarodowy”. Zarzuty braku wiedzy, kultury i doświadczenia należały do łagodniejszych.

Z tym, że Jurasz o całym nurcie geopolitycznym ma jak najgorsze zdanie i nie ukrywał go od dawna. „Moda na geopolitykę współgra z melodią do tej pory graną przez Kreml” – pisał w swojej krytycznej analizie na stronach Onetu jeszcze w 2018 r. I dodawał, że polscy geopolitycy nie mają wiele do zaoferowania poza powtarzaniem cudzych teorii. A podważając znaczenie NATO, USA i sojuszników z UE dla polskiej obronności i pozycji, „zamiast wzbogacać debatę, zatruwają ją”. Swój tekst kończył wnioskiem, że „geopolityka jest na rozdrożu i albo stanie się synonimem fermentu intelektualnego, albo synonimem szarlatanerii i agentury”. Można zgadywać – choć nie będzie to zagadka trudna – co dziś sądzi o drodze, jaką poszła geopolityka od czasu jego pierwszych sporów z jej polskimi popularyzatorami.

Zdanie Jurasza podziela też dr hab. Łukasz Fyderek z Instytut Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ. „Geopolityka uprawiana na YouTubie sprawia wrażenie szumu złożonego z kakofonii bon motów, kontradykcji, neologizmów i romantycznych metafor” – pisał jesienią 2022 r. w miesięczniku „Znak”. I przypomniał czytelnikom, że teorie geopolityczne „stanowią jeden z koncepcyjnych filarów rosyjskiego imperializmu ery Władimira Putina”. Gdyby spór ten był nie dość ostry, wiosną 2024 r. okazało się, że część naukowców krytykujących publicznie geopolitykę zostało powołanych jako eksperci w postępowaniu PAN mającym rozstrzygnąć kwestię doktoratu Bartosiaka.

Tam jednak, gdzie eksperci widzą rękę Kremla albo szarlatanerię, setki tysięcy widzów znajdują coś innego: odtrutkę na nudę, zblazowanie i wsobność tych samych ekspertów. Nawet bowiem zażarci krytycy „geopolitycznej bańki” niechętnie przyznają, że jeśli chodzi o talent do popularyzatorstwa, korzystania z nowych mediów i komunikowania swoich idei, geopolitycy wyprzedzili instytucjonalną debatę o całe lata.

Ten konflikt wynika jednak z czegoś jeszcze innego niż personalne animozje i był w pewnym sensie nieunikniony.

Hierarchia w świecie bez hierarchii

Przyczyną kontrowersji wokół geopolityki jest zderzenie się dwóch niemożliwych do pogodzenia zjawisk. Pierwsze to mechanizm tworzenia dystynkcji i hierarchii, który umożliwia istnienie debaty eksperckiej i naukowej. Eksperci muszą zazdrośnie strzec granic swojego terytorium i nie wpuszczać byle kogo. Temu służą tytuły, konferencje, punkty, dyplomy, znajomości – oraz zachłanna obrona swojej specjalizacji przed laikami. Bo jeśli każdy będzie mógł wypowiedzieć się na temat finansów publicznych, budowy lotniska albo polityki zagranicznej USA – to może dojść do inflacji wiedzy eksperckiej. A wówczas wszystkie żmudnie zdobywane elementy prestiżu stracą na wartości.

„Specjaliści wszystkich dziedzin czują się zmotywowani, by przedstawiać je jako trudniejsze, niż są w rzeczywistości, bo tym mogą uzasadnić pobieranie wysokich opłat za swoje usługi”, jak pisał Ha-Joon Chang o ekonomistach (sam również ekonomista). Ale jego złośliwa obserwacja może równie dobrze dotyczyć innych obszarów wiedzy. Przy czym w Polsce specjaliści od polityki zagranicznej i tak raczej – w odróżnieniu od, powiedzmy, lekarzy czy informatyków – nie mogą liczyć na wielkie wynagrodzenie.

Co gorsza, miejsce panelistów na prestiżowych konferencjach, honoraria za dyskusje i czas antenowy w mediach są ograniczonym dobrem, o które trwa zażarta rywalizacja. Nie po to eksperci budują latami wiarygodność, uczestniczą w towarzyskich grach i intrygach, znoszą upokarzająco niskie pensje i trud badania niszowych zagadnień, aby z dnia na dzień wygryzł ich youtuber, prawda? Tak przynajmniej wygląda problem z punktu widzenia samej klasy dyskutującej. Lubi ona pewną przewidywalność, a ponad wszystko podejrzliwie patrzy na nuworyszy i ludzi znikąd. Spauperyzowana i zmuszana do uprawiania coraz bardziej wyjałowionej ziemi „debaty publicznej” ma uzasadnione powody, żeby przyglądać się zachodzącym zmianom z niepokojem.

Bo drugim zjawiskiem, o którym tu mowa, jest oczywiście radykalna demokratyzacja produkcji wiedzy i rozszczelnienie debaty publicznej przez platformy cyfrowe. Jak na ironię: dzisiejszy internetowy oligopol wielkich platform sam zakończył i ośmieszył wcześniejszy i dużo dłuższy monopol „tradycyjnych” mediów: telewizji, radia i prasy. To truizm, ale fakt, że można docierać do setek tysięcy ludzi (w Polsce) czy setek milionów (globalnie) bez pośrednictwa redakcji i wydawnictw, naprawdę zrewolucjonizował kulturę. Jedno z najwyżej wycenianych nazwisk całej anglojęzycznej przestrzeni medialnej, Joe Rogan, zanim założył swój podkast, był komikiem, komentatorem sportów walki i prowadził reality shows. Dziś na platformie Spotify, która kupiła wyłączne prawa do emisji jego programu za ćwierć miliarda (!) dolarów, ma więcej słuchaczy (ponad 16 mln subskrypcji), niż „New York Times” czytelników. Z punktu widzenia dotychczas obowiązującej hierarchii wygląda to tak, że błazen naprawdę został królem.

Kariera geopolityki jest ciekawa i sporo o nas mówi (do czego jeszcze wrócę). Gdy jednak spojrzeć na rewolucję komunikacyjną ostatniej dekady, wydaje się wręcz banalna. Geopolitycy nie są wyjątkiem, przeciwnie: są wręcz podręcznikową ilustracją reguły, którą doskonale wyłożyli apostołowie internetu 2.0 i misjonarze nowej ery contentu.

Tysiąc wiernych fanów

W 2008 r. Kevin Kelly, założyciel magazynu „The Wired”, postawił pewną diagnozę na temat położenia twórców w nowej cyfrowej ekonomii. „Potrzebujesz tylko tysiąca wiernych fanów” – pisał w eseju o tym samym tytule. Jeśli zbudujesz bazę sympatyków, która kupi każdą twoją książkę, obejrzy film, zapłaci za spotkanie z tobą i pomoże w ciemno sfinansować kolejne projekty – to wystarczy tysiąc (nie milion czy setki tysięcy) fanów, by utrzymać się z pracy twórczej. Im bardziej ograniczymy rolę pośredników – wydawców, mediów, agentów, wytwórni płytowych – tym bardziej bezpośrednia relacja z fanami będzie opłacać się twórcom. Tworzenie dla niszowej widowni przestanie być nieopłacalne. Przeciwnie: ci, którzy trafią do swoich nisz, będą zwycięzcami w nowym rozdaniu. Kelly opisywał mechanizmy, które dziś znamy jako crowdfunding – nie był w tym pierwszy, ale w 2008 r., gdy ledwie co pojawił się serwis Facebook i pierwszy iPhone, była to idea wciąż nowatorska. Wielkie światowe marki crowdfundingowe pojawiły się nieco później – IndieGoGo w 2008, Kickstarter w 2009, Patreon w 2013, polski Patronite w 2015.

Dziś logika, którą opisał Kelly, stała się elementem codzienności. W tym sensie również popularni w internecie dziennikarze, analitycy, komentatorzy czy blogerzy – wrzucani do jednego worka „geopolityków” – są tylko elementem większej przemiany, która zaszła w mediach i kulturze. Całkiem zasadne jest jednak pytanie, dlaczego akurat ta tematyka stała się w Polsce tak popularna. Czemu „geopolityka”?

Po pierwsze dlatego, że okazała się odpowiedzią na debatę o sprawach międzynarodowych w Polsce. A właściwie na jej brak. W tym samym czasie, gdy platformy cyfrowe wygrywały walkę o uwagę ludzi na całym świecie, a obieg informacji globalizował się bardziej niż kiedykolwiek, polskie media obcinały budżety na działy zagraniczne i spychały tematykę międzynarodową do pozycji ciekawostki i marginesu. O ile nie doszło do naprawdę dramatycznego, bezprecedensowego albo przełomowego wydarzenia – wojny, krachu finansowego czy wyboru nowego amerykańskiego prezydenta – sprawy międzynarodowe pełniły w mediach funkcję przypisu do wielkiej wojny Kaczyńskiego i Tuska.

Na tym tle zdobyć popularność czy dotrzeć do (wcale nie tak płytkiej) niszy słuchaczy lub odbiorców zainteresowanych tematyką międzynarodową było względnie łatwo. Rugowanie z mediów publicznych ciekawych treści o światowej polityce umocniło przekonanie, że zainteresowani tematem odbiorcy po prostu muszą szukać w internecie. Zaś to, z czym można było zapoznać się w głównym nurcie, i tak było boleśnie przewidywalne. Dyskusje o polityce zagranicznej – organizowane przez media, fundacje i think-tanki – były równie spontaniczne i pluralistyczne, co zebranie wojewódzkiego PZPR. Lista dostępnych na tych pogadankach stanowisk dałaby się zapisać na bilecie komunikacji miejskiej: USA ma zawsze rację, Izrael ma prawo się bronić, Rosja jest zła, Europa dobra, Chiny daleko.

Różnice, jeśli były, mogły zaistnieć jedynie jako funkcja polsko-polskiego sporu: jedni sympatyzowali z PO lub lewicą, więc mieli cieplejszy stosunek do Berlina i Brukseli, inni z PiS-em albo narodową prawicą, więc przychylniej patrzyli na Orbána, Trumpa i brexitowców. Ekspertów finansowanych z publicznej i grantowej kasy think-tanków nikt nie nauczył sztuki mówienia w sposób przystępny. A nawet jeśli – często mieli nałożony instytucjonalny kaganiec. Zaś w banalnych radiowych czy telewizyjnych setkach nie mieli szans na przekazanie oryginalnej myśli.

Nieprzypadkowo tak wiele udanych projektów podkastowych („Raport o stanie świata”, „Dział Zagraniczny”, „Raport Międzynarodowy”, a także najmłodszy z tej listy „Na wschód od Bliskiego Wschodu”) traktuje właśnie o zagranicy i odniosło sukces dzięki pójściu wbrew obowiązującym konwencjom. Zamiast mówić krótko, lapidarnie i na siłę szukać konsensusu – są raczej dłuższe i na pewno bardziej niż stare medialne formaty nastawione na dyskusję, polemikę i świeżość.

Witajcie w klubie

Kojarzeni z „geopolityką” twórcy szybko mogli zdobyć swoich „tysiąc wiernych fanów”. Nie tylko bowiem prezentowali oryginalne w naszym kraju poglądy, ale ubierali je w nową terminologię – żargon, który budził zaciekawienie i fascynację jednych, a pogardę i rozbawienie drugich. Sukcesem „geopolityków” było sprzedanie własnej opowieści nie jako kolejnej z wielu teorii i perspektyw, ale właśnie pewnej wiedzy tajemnej. Dali swoim widzom i sympatykom nie tylko treści, jak na Polskę nowatorskie i oryginalne, ale także poczucie przynależności do pewnego elitarnego klubu. Klubu ludzi, którzy nie muszą polegać na wielkich mediach i rządowej propagandzie.

Za „geopolityką” stoi więc obietnica otrzymania klucza do rzeczywistości, który pozwoli ją zrozumieć i uporządkować. Oddzielić fakty od szumu, a w chaosie relacji międzynarodowych odnaleźć porządek niezmiennych reguł i systemowych zależności. Jak zauważyła brytyjska publicystka Helen Lewis w świetnym cyklu dokumentalnych podkastów „The New Gurus”, w świecie postreligijnym, osieroceni przez śmierć wielkich narracji i przytłoczeni natłokiem wiedzy – potrzebujemy przewodników i jesteśmy w stanie tym przewodnikom zapłacić naprawdę sporo. To właśnie – zdaniem Lewis: sprzedawanie pewnej wizji rzeczywistości, która pozwoli się zakorzenić i zyskać pewność w niepewnym świecie – jest dziś najważniejszym silnikiem ekonomicznym i kulturowym internetu. Czy może dziwić, że ta obietnica kusi? Setki tysięcy fanów geopolityki wynagradza ulubionych twórców nie tylko za to, że przekazują wiedzę – ale nawet bardziej, że sprzedają pewną tożsamość.

Geopolitycy z YouTube'a

Jacek Bartosiak, Łódź, 2022 r. // Fot. Piotr Kamionka / REPORTER

Jacek Bartosiak, prawnik, twórca think-tanku Strategy&Future (216 tys. subskrybentów na YouTubie) i autor książek o współczesnej polityce międzynarodowej, niedawno stracił doktorat z powodu zarzutu o plagiat.

Piotr Zychowicz, Warszawa, 2022 r. // Fot. Jacek Domiński / REPORTER

Piotr Zychowicz, publicysta i autor książek historycznych kreślących alternatywne scenariusze dziejów Polski, prowadzi na YouTubie kanał „Historia realna” (648 tys. subskrybentów).

Wojciech Szewko, Warszawa, 2022 r. // Fot. Forum

Wojciech Szewko, były wiceminister nauki i wykładowca akademicki. Jego kanał „Szewko, czyli na wschód od Bliskiego Wschodu” ma na YouTubie 142 tys. subskrybentów.

Leszek Sykulski, Częstochowa, 2023 r. // Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl

Leszek Sykulski, politolog, dawny współpracownik Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, dziś krytykowany za prorosyjską postawę. Jego „Podkast geopolityczny” ma 109 tys. subskrybentów na YouTubie

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Nowi władcy umysłów