Reklama

Badania przemocy ekonomicznej: co dziesiąty z nas ofiarą

Badania przemocy ekonomicznej: co dziesiąty z nas ofiarą

28.04.2015
Czyta się kilka minut
W przemocy ekonomicznej chodzi nie tyle ściśle o samą ekonomię, co o psychiczne uzależnienie oraz upokorzenie jednej ze stron – ekonomia w tym układzie staje się narzędziem.
Przemoc ekonomiczna. Fot: Freeimages.com
P

Przemysław Wilczyński: – On zarabia 10 tys. złotych, ona zajmuje się domem. On wydziela jej kilkaset złotych na „jej wydatki”, z reszty drobiazgowo ją rozliczając. Przemoc ekonomiczna?

Agata Chełstowska, badaczka Instytutu Spraw Publicznych: – Osoby badające to zjawisko mają często problem: czy to już przemoc, czy jeszcze małżeński konflikt? W opisanym przez pana przypadku niepokoi zwłaszcza to „drobiazgowe rozliczanie”. Choćby dlatego, że zarobione przez niego pieniądze są środkami wspólnymi, i nie powinno być mowy o „rozliczaniu”. Niby wspólnota majątkowa jest czymś oczywistym, a jednak w praktyce społecznej – nie jest tak do końca.

A teraz sytuacja nieco inna. On zarabia 2,5 tys., ona – podobnie jak w przypadku pierwszym – zajmuje się domem, mają pod opieką dwójkę dzieci. Do dyspozycji ma środki nawet mniejsze niż w przytoczonym wyżej przypadku, ale wynika to po prostu z niedostatku.

To dobre przykłady, bo pokazują, że przemoc ekonomiczna to coś innego niż bieda. Oszczędność, gospodarność, dzielenie środków przez obie strony to naturalna sytuacja w wielu rodzinach. Kluczowe jest pytanie: czy my jako małżeństwo lub inny związek podejmujemy razem finansowe decyzje, czy może są one jednostronnie narzucane? Czy razem planujemy wydatki, np. ile można wydać na tydzień, czy ten, kto zarabia uważa, że pieniądze są jego i łaskawie „wydziela” je żonie lub dzieciom?

W przemocy ekonomicznej chodzi nie tyle ściśle o samą ekonomię, co o psychiczne uzależnienie oraz upokorzenie jednej ze stron – ekonomia w tym układzie staje się narzędziem. Zjawisko to może wyglądać zupełnie inaczej w zależności od tego, czy mamy do czynienia z domem posiadającym skromne dochody, czy zamożnym – dlatego jeszcze trudniej przemoc ekonomiczną zdiagnozować.

Również dlatego, że nie da się jej oddzielić od tej psychicznej.

Niektóre kobiety wręcz opowiadają, że nauczyły się rozpoznawać nastrój partnera, by prosić go o pieniądze w odpowiedniej chwili… Wyobraźmy sobie, że żyjemy choćby przez kilka godzin w takim świecie: jesteśmy w centrum Warszawy, bez żadnych pieniędzy i bez szans na ich zdobycie. Nie mamy biletów, nie możemy do nikogo zadzwonić. W Centrum Praw Kobiet opowiadano mi o kobiecie – pozbawionej środków do życia przez swojego męża – która do ośrodka pomocy w Centrum musiała iść z Ursynowa na piechotę…

Przemoc psychiczna towarzyszy wszystkim pozostałym rodzajom przemocy: fizycznej i seksualnej, które są zapisane w polskim prawie, a także ekonomicznej, która jeszcze zapisana nie jest.

Nie tylko nie jest zapisana, ale też pozostaje właściwie nierozpoznana. Pierwszą próbę badań zjawiska podjął Instytut Spraw Publicznych – przy pani współpracy.

Temat podejmowało już wcześniej Centrum Praw Kobiet, coś już więc na ten temat się mówiło, ale rzeczywiście nie było na ten temat badań. Te zrobione przez nas niedawno też są niewystarczające – chciałoby się przeprowadzić bardziej kompleksowe. Zrobiliśmy więc badania, które mają swoje ograniczenia, ale też coś nam powiedziały.

Co takiego?

Dały nam – w części jakościowej – przegląd najróżniejszych zachowań, które można nazwać przemocą ekonomiczną. Rozmawialiśmy z osobami, które na przemoc reagują: przedstawicielami Centrum Praw Kobiet, Niebieskiej Linii, z psychologami, prawnikami. Najwyraźniejsze okrycie? Że przemoc ekonomiczna dzieje się w każdej konfiguracji zarobkowej: czy on zarabia 100 proc., a ona zero, czy jest odwrotnie, czy może oboje zarabiają po połowie – nie musi mieć to większego znaczenia. Różnica jest tylko taka, że jeżeli ona – bo to kobiety są zwykle ofiarami – zarabia jako jedyna, a jednocześnie pada ofiarą przemocy ekonomicznej, to trudniej taki proceder rozpoznać i udowodnić. Bo ona wtedy słyszy: „Po co ty z nim jesteś?”. Albo: „Masz pieniądze, niezależność, wyprowadź się i już”.

Ludzie, którzy tak mówią, nie wiedzą, na czym polega istota przemocy. Że to nie tylko przestępstwo, ale również zjawisko psychologiczne. Tylko tak na to spoglądając, możemy odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego ktoś długotrwale krzywdzony pozostaje w sytuacji kryzysowej. Ostatnio była akcja w internecie – Why I stayed? i Why I left (dlaczego zostałam / dlaczego odeszłam). Na te pytania odpowiadają kobiety, które żyły w przemocowych związkach. Mówią, jak je to osłabiało, jak były pozbawiane siły. W przemocy ekonomicznej dochodzi jeszcze jeden element: „Gdzie – i za co – pójdę z dzieciakami?”.

Ale może być równie dobrze odwrotnie. Rozmawiałam z kobietą, która naprawdę dużo zarabiała – pieniądze, o których nawet mi się nie śni. Była ofiarą wszystkich czterech rodzajów przemocy: fizycznej, seksualnej, ekonomicznej i psychicznej. Udało jej się z tego wyjść tylko dzięki pomocy przyjaciół i „Niebieskiej Linii”. Ale najważniejsza jest pointa tej historii. Po odejściu ta kobieta została z długami, a on – z zapisaną na siebie, choć kupioną za zarobione przez nią pieniądze nieruchomością.

Jak ten proces opisać: to stopniowe, ledwo na co dzień zauważalne uzależnianie jednej strony od drugiej?

Kluczowe jest słowo „stopniowe”. Ludzie zajmujący się pomocą w podobnych sytuacjach opowiadają historię o żabie w garnku. Jeśli wrzucimy ją do wrzątku – natychmiast wyskoczy. Jeśli włożymy do garnka z wodą zimną, która będzie stopniowo ogrzewana, to żaba się ugotuje. Tak niestety działają przemocowe relacje: na początku super, wspólne pieniądze, wspólne rzeczy. Później coś zaczyna się psuć, ale przemoc wychodzi na jaw dopiero w sytuacji konfliktowej. Okazuje się, że jedna strona jest całkowicie uzależniona od drugiej.

Jeśli do tego dochodzi odium społeczne, to jest jeszcze trudniej. W ogóle nie jest łatwo przyznać się do porażki w związku. A jeszcze trudniej przyznać się do słowa „przemoc”.

Zwłaszcza jeśli ofiara nie ma nikogo, do kogo można się zwrócić. Wyobraźmy sobie: prowincja, brak pieniędzy, brak rozumiejących krewnych, przyjaciół. I przekonanie ludzi naokoło, że skoro on zarabia, to ma prawo „dzielić kasę”…

Dochodzi do tego niemożność wyrwania się z miejsca zamieszkania, by zwrócić się o pomoc z zewnątrz. Tak, izolacja ofiary bywa często kluczowa.

Badania ISP przynoszą też wyniki ilościowe. Co dziesiąty przebadany przez was respondent okazał się ofiarą przemocy ekonomicznej.

Tak, choć nie pytaliśmy respondentów o samo pojęcie przemocy ekonomicznej. Zadawaliśmy pytania o konkretne sytuacje, choćby o to, „czy doświadczył pan / doświadczyła pani zabierania pieniędzy”, albo „konieczności proszenia o pieniądze”. Na to pierwsze pytanie twierdząco odpowiedziało 11 proc. pytanych, na drugie – 16 proc. Jeszcze więcej osób – nawet do 26 proc. – zna kogoś, kto doświadczył podobnych sytuacji.

Ale zwróciłabym szczególną uwagę na coś innego: akceptację dla przemocy ekonomicznej. Jedna trzecia z nas uważa, że można usprawiedliwić wydzielanie pieniędzy w związku przez jedną stronę drugiej. Co trzeci Polak uważa zatem, że sytuacja, w której jedna osoba zarabia, a druga „ma wydzielane pieniądze”, nie jest niczym złym. To pokazuje nie tylko, że dla wielu z nas wspólnota majątkowa nie jest pojęciem wiążącym, ale również że zajmowanie się domem i dziećmi nie jest traktowane jako praca. Idąc dalej, 18 proc. z nas uważa, że utrudnienie partnerce / partnerowi pracy zarobkowej i posiadania własnych środków można usprawiedliwić, zaś 17 proc., że można zaakceptować niepłacenie alimentów!

Gdybyśmy spytali kogoś, czy bicie partnerki albo partnera można usprawiedliwić, wszyscy odpowiedzieliby przecząco. Podobnie byłoby pewnie z pytaniem o zmuszanie do kontaktów seksualnych. Tymczasem przemoc ekonomiczna jest nadal dość powszechnie akceptowana.

Widać też zmiany. „O co ci chodzi: nie pije, nie bije i jeszcze zarabia” – takiego zdania w młodszych pokoleniach już dzisiaj raczej nie usłyszymy. Choć w naszym badaniu co piąta kobieta przyznała, że zna kogoś, kto obawia się zakończyć związek z przyczyn ekonomicznych. To rzuca pewne światło na pytanie, „dlaczego ona nie odeszła?”.

Pojęcie przemocy ekonomicznej pojawia się w ratyfikowanej niedawno przez prezydenta Konwencji tzw. antyprzemocowej. Nie wchodząc po raz kolejny w argumenty za nią i przeciw niej, chciałbym panią zapytać, czy nie przeceniamy roli tego – było nie było – dokumentu?

Podobna wątpliwość może wynikać albo z fatalizmu, albo z tego, że nie chcemy robić nic, by zapobiegać przemocy.

Zatrzymajmy się na fatalizmie, bo on ma swoje racjonalne podstawy. Kiedy kilka lat temu wchodziła w życie – również w jakimś sensie rewolucyjna – ustawa o przemocy w rodzinie, wiele sobie po niej obiecywano. Świata nie uleczyła.

To logika: „Po co się myć, skoro i tak się ubrudzę”. W każdej sprawie społecznej, w której jest źle, korzystniej jest powiedzieć: pracujmy dalej, zwiększajmy świadomość, szukajmy narzędzi. Nie mam złudzeń, że ten dokument zmieni wszystko, ale nadzieja jest potrzebna wszystkim, którzy chcą coś robić. Nie mam wątpliwości, że musimy zmieniać świadomość i prawo. Przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości muszą mieć lepsze narzędzia prawne i większa świadomość możliwości ich wykorzystywania, jeśli mają zacząć odpowiadać za przeciwdziałanie zjawisku przemocy ekonomicznej.

Krytycy dokumentu mówią, że w polskim prawie nie ma co prawda tego pojęcia, , ale są w różnych kodeksach paragrafy, które zakładają penalizowanie konkretnych czynów po nie podpadających. Zaś z Konwencją – dodają – jest na odwrót: daje ogólne i abstrakcyjne pojęcie, ale brak jakichkolwiek konkretów. Wniosek z tego ma być taki: nie potrzebujemy Konwencji, bo niczego nowego – również w sprawie przemocy ekonomicznej – nie wnosi do naszego prawa.

Chcę zapytać tych krytyków: skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Dlaczego prokuratura w niektórych miejscach umarza 90 proc. postępowań o przemoc? Dlaczego wspomniane przez pana paragrafy odnoszące się do przemocy ekonomicznej nie są stosowane?

Konwencja, przypomnijmy, to jest umowa międzynarodowa. Jako taka nie daje więc, bo nie może, szczegółowych przepisów. I dobrze: wtedy byłby dopiero krzyk, że dokument ingeruje w nasz porządek prawny! W tej Konwencji chodzi o to, by się pomiędzy krajami umówić: wykonajmy wspólny wysiłek, by coś – między innymi na polu przemocy ekonomicznej – zmienić.

Z naszych doświadczeń i badań wynika jasno, że jeżeli przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości nie mają jasno wyłożonych definicji, jaki czyn podpada pod jaki rodzaj przemocy, to pewne narzędzia pozostają po prostu niestosowane. Owszem, w kodeksie karnym są cząstkowe paragrafy podpadające pod przemoc ekonomiczną. Ale jak powiedziała mi kiedyś znajoma prawniczka, zawody sędziego czy prokuratora to nie są zawody, w których ceni się szczególnie kreatywność i innowacyjność. W nich się ceni postępowanie zgodne z doktryną. Jeszcze gorzej jest z praktyką pracy policji: ta reaguje na przejawy przemocy fizycznej, która jest zapisana w „Niebieskiej Karcie”, ale już przemoc ekonomiczna jest pojęciem słabo znanym.

W kodeksie karnym jest kilka artykułów, na które warto w tym kontekście zwrócić uwagę. Np. jest art. 207, który mówi ogólnie o przemocy, 209, mówiący o uporczywym uchylaniu się od łożenia na najbliższe osoby. Jest też artykuł 191: „Kto stosuje przemoc wobec osoby lub groźbę bezprawną w celu zmuszenia innej osoby do określonego działania, zaniechania lub znoszenia…”. Tylko co z tego, skoro w praktyce te artykuły nie są stosowane do przypadków przemocy ekonomicznej. Powiem więcej: adwokat Grzegorz Wrona, specjalista od spraw dotyczących przemocy domowej, z którym rozmawiałyśmy, nie spotkał się z przypadkiem, by art. 207 Kodeksu Karnego posłużył do ścigania tego rodzaju przemocy!

Konwencja ma na tym polu dwa cele: by przemoc ekonomiczna została zaakcentowana w polskim prawie, i byśmy zwrócili większą uwagę na uświadamianie oraz profilaktykę. Po prostu musimy sobie uświadomić, że mamy cztery, a nie trzy, rodzaje przemocy: psychiczną, fizyczną, seksualną i ekonomiczną. Trzy pierwsze zagościły już jako tako w naszej świadomości, czwartej – nadal w Polsce lekceważonej – trzeba nadać odpowiednią rangę.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Przemysław Wilczyński / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

– może jako zjawisko samodzielne przemoc ekonomiczna rzeczywiście nie jest szczególnie zauważana ale jako rodzaj przemocy towarzyszący innym jej formom już tak - wielokrotnie spotkałam się z wyrokami skazującymi za przemoc wobec rodziny, w których obok tradycyjnych form przemocy wymieniano uzależnienie ekonomiczne lub drobiazgowe rozliczanie wydatków.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]